fbpx

Tekst i zdjęcia: Estera Hess

Praktyczny prezent. Do zrealizowania przez cały rok, bez względu na panujące u nas warunki pogodowe, podczas wakacji, świąt albo ferii zimowych. 

Wakacje na Seszelach to pomysł zarówno dla miłośników Afryki, ale i dla tych, którzy na urlopie szukają pięknych plaż, słońca i odpoczynku. Ja jestem akurat  w grupie pierwszej i nad plażę przekładam czynne zwiedzanie, nawet na wakacjach. Jednak latając na egzotyczne wakacje także z dziećmi, muszę czasem należeć do grupy drugiej. 

Wybieram Seszele na cel naszych letnich wakacji bardzo świadomie. Dogodny lot, z Warszawy do Stambułu, tutaj nowe, dopiero co otwarte i imponujące lotnisko, idealne na krótką przesiadkę rodzinną. Przelot jedną z moich ulubionych linii Turkish Airlines, którą cenię za komfort lotu, nowoczesne maszyny, przemiłą obsługę i smaczne jedzenie na pokładzie, poza tym dogodne przeliczniki mil na bilety nagrody. Po kilkunastu godzinach ląduję na Mahe, największej wyspie, skąd staram się jak najszybciej uciec. Nie rozkochała mnie ona w sobie, choć to już drugie podejście. Obejrzałam najpiękniejsze plaże. Jest tu ich kilka, każda inna, każda cudna. Zaimponowały mi bardzo luksusowe butikowe hotele, gdzie serwis jest największym dobrem.

Okrętujemy się na promie i płyniemy na wyspę Praslin, z niemałymi przygodami, bo kołysze nami niczym łupinką orzecha przez dobrą godzinę. Ta nieco mniejsza, bardzo zielona wyspa kojarzy mi się przede wszystkim z rezerwatem przyrody Vallee de Mai. Obejrzeć tu można z bliska słynne orzechy lodoicji seszelskiej (coco de mer) będące symbolem Seszeli i ich endemicznym gatunkiem (stempel w kształcie takiego orzecha otrzymuje każdy wlatujący na Seszele – piękna i oryginalna  pamiątka). I choćby dlatego warto tu zawitać. Ponadto kilka cudownych plaż, wspaniałe widoki i dobre jedzenie. Ale to najmniejsza spośród słynnej trójki, wyspa La Dique, robi na mnie największe wrażenie podczas pierwszej wizyty na Seszelach. Byłam tam wtedy wprawdzie zaledwie kilka godzin pomiędzy jednym a drugim promem, ale miejsce to od razu wpadło mi w oko. Jak tylko nadarzyła się okazja by tu powrócić, zabrałam do raju swoją rodzinę. Nie ma tu komunikacji innej niż rowerowa, może z wyłączeniem kilku taksówek dla wygodnych gości hotelowych czy samochodów pracujących przy budowie kładki albo nowego hotelu.

Dzień 15 sierpnia to na wyspie dzień szczególny, święto kościelne, ale i okazja do występów, koncertów, zawodów dla miejscowych podczas Festiwalu La Dique. Obok sceny nad samą plażą zadomowiły się stoiska z pysznym kreolskim jedzeniem i rumem Takamaka – tutejszym najpopularniejszym alkoholem. Czekam też na swoją ulubioną ośmiornicę, najchętniej w sosie curry, serwowaną z ryżem, która jest przepyszna. Na miłośników kuchni egzotycznej czeka natomiast gulasz z nietoperza, a i curry z nietoperza też jest w karcie. 

Dzieci od razu zakochują się w tutejszych żółwiach olbrzymach, które można spotkać po prostu na drodze. Zwabione głosem ludzi podchodzą kuszone listkami podkładanymi im pod pyszczek. Jestem świadkiem próby staranowania przez żółwia wejścia do restauracji przy plaży. Widać, że to nie pierwszy raz, bo załoga niemal natychmiast pojawia się z pajdą chleba w ręce i odłamując kawałek po kawałku wyprasza „gościa” z lokalu. Całej wyspy nie da się objechać na rowerze, bo jej fragment dostępny jest tylko podczas cudnego spaceru po skałach i kamieniach. Jak najbardziej zasadne są zachwyty nad tutejszą plażą Anse Source d’Argent od lat wiodącą prym w rankingu najpiękniejszych plaż świata. Warto wybrać się też na jednodniową wycieczkę do pobliskich miejsc z rafą koralową i mnóstwem kolorowych rybek. Nurkowanie z łodzi na otwartym morzu z maską i rurką to frajda dla małych i dużych. 

Seszele to bardzo bezpieczna destynacja. Dzieci są rozpoznawane już po dwóch dniach przez niemal wszystkich naszych sąsiadów, właścicieli sklepików lub wypożyczalni rowerów. Mogą bezkarnie przemieszczać się pomiędzy basenem a plażą, sklepem z lodami a centrum miasta, gdzie znaleźć można piekarnię, sklepik z pamiątkami. I to jest dla mnie najpiękniejsze, że poza hotelem mamy szansę na obcowanie z normalnym życiem na Seszelach. Codziennie rano mijamy w drodze na plażę te same osoby, popołudniem znane nam już grupki nastolatków z obowiązkowymi głośnikami paradują na głównej ulicy w wyjściowych strojach. Lunch w tutejszej jadłodajni za jedną dziesiątą ceny hotelowej podbija nasze podniebienia.  

Woda wokół wyspy jest jak z pocztówek, błękitna, z falami wyrzucającymi na brzeg cudne kamienie i piękne muszle. Warto pamiętać o przypływach i odpływach, by nie zostać zaskoczonym zalaniem przez falę podczas plażowania. Uwielbiam tutejsze skały i wielkie obłe głazy wyrastające z wody przy brzegu, to one są dla mnie charakterystyczną ozdobą tutejszych pejzaży. Bez względu na porę roku – informacja cenna dla wszystkich globtroterów – te najznamienitsze plaże można często mieć na wyłączność. Oczywiście w godzinach pomiędzy promami pojawia się zwykle więcej turystów, którzy zwabieni pięknem i sławą tutejszych plaż przypływają na kilka godzin i odpływają ostatnim promem. Wtedy La Dique pustoszeje, zostają tylko miejscowi. Nietoperze zlatują na nocleg do góry nogami na wysokich drzewach, milkną ptasie trele, woda się wycisza i wyspę zalewa zmrok. A nocą na Seszelach też jest pięknie. Księżyc odbija się w toni morza, na żer wychodzą gekony, w oddali słychać cykady, robi się coraz ciszej i ciszej, aż wyspa zasypia do… pierwszego piania koguta nad ranem.