fbpx

Perfekcjonizm w podejściu do zawodu, ale też komfortu pacjenta, wyjątkowa, rodzinna atmosfera, wieloletnie tradycje i ogromne zaangażowanie – między innymi dlatego do tego gabinetu pacjenci przychodzą pół godziny wcześniej i wcale nie chcą wychodzić. O swojej pracy opowiedzieli nam Magdalena i Mateusz Jarmuszkiewiczowie, właściciele kameralnej, położonej na Sołaczu Praktyki Dentystycznej Jarmuszkiewicz.  

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Sławek Drapiński

W Poznaniu powstaje coraz więcej gabinetów stomatologicznych, ale rzadko który z nich może pochwalić się trzypokoleniową tradycją. Kto w Państwa rodzinie był jej prekursorem? Czy dla Pana wybór takiej drogi zawodowej był od początku oczywisty?

Mateusz Jarmuszkiewicz: Mój dziadek, Zdzisław Jarmuszkiewicz, był technikiem dentystycznym. W okresie powojennym osoby, które parały się tym zawodem, mogły także wykonywać pewne zabiegi przy fotelu z pacjentem, więc można powiedzieć, że to dziadek był pierwszy w naszej dentystycznej rodzinie. Pracował w areszcie na Młyńskiej. Każdy zakład pracy miał wtedy własną przychodnię, a dziadek pomagał w sprawach zębowych właśnie pracownikom  aresztu. Mój tata, Przemysław Jarmuszkiewicz, kiedy opuszczał dom rodzinny, jako wyprawkę dostał od swojego taty komplet kleszczy do wyrywania zębów. Do dziś są ważną rodzinną pamiątką.

Tata kontynuował naszą rodzinną, stomatologiczną tradycję. Na studiach na Akademii Medycznej w Poznaniu poznał mamę – oboje są stomatologami – i od początku lat 80. prowadzą wspólnie prywatną praktykę. Po studiach rodzice przenieśli się do Trzemeszna koło Gniezna, wtedy w małych miejscowościach łatwiej było o pracę, ale cały czas prowadzili gabinet także w Poznaniu, na ul. Strzałkowskiego. Zachowało się nawet zdjęcie z 1993 roku, na którym siedzę na jednym z pierwszych nowoczesnych foteli dentystycznych w Polsce. Sprzedano ich wtedy w naszym kraju dosłownie kilka sztuk, jeden z nich tata kupił na raty, co było wtedy ogromną inwestycją, ale też wyrazem zmian w podejściu do stomatologii i komfortu pacjenta.

Tradycje lekarskie występują jednak w naszej rodzinie od wielu pokoleń, najbliżsi krewni ze strony mojej mamy to także doceniani od co najmniej kilkudziesięciu lat medycy.

Ja natomiast w liceum interesowałem się architekturą, inwestycjami, sporo rysowałem. Rzeczywistość zawodu stomatologa w moich młodzieńczych odczuciach była inna, praca rodziców wydawała mi się jedynie ciężką, fizyczną, bardzo angażującą harówką, więc miałem inne plany na swoją przyszłość. Rodzice są bardzo otwartymi ludźmi, nienarzucającymi innym swojej woli, więc kiedy zdążyli już pogodzić się z myślą, że nie pójdę w ich ślady, w ostatniej klasie liceum zmieniłem zdanie. Pewnego dnia odwiedził nas mój najbliższy wujek, szanowany profesor medycyny, który przekonał mnie, że mam ten rodzinny „fach” w ręku, że to świetny zawód i doradził mi, jak przez rok przygotować się do wymagających egzaminów. Do dziś wujkowi oraz rodzicom jestem za okazane wsparcie i pomoc ogromnie wdzięczny.

Stomatologia to dziś świetnie rozwinięta dziedzina nauki, a zawód, jaki wykonujemy daje ogromną satysfakcję. Dostęp do najlepszej światowej wiedzy, materiałów i technologii mamy obecnie na wyciągnięcie ręki.

Podział obowiązków jest u Państwa jasny – Pan zajmuje się leczeniem, Pani – zarządzaniem i organizacją pracy całego gabinetu. Co jest największym wyzwaniem w Państwa codziennej pracy?   

Mt.J.: Największym wyzwaniem jest spełnianie oczekiwań, nie tylko pacjenta, ale też swoich. Ważne jest dla mnie, abym po zakończonym leczeniu był z niego tak samo dumny, jak pacjent… albo i bardziej. Możliwe jest to przede wszystkim dlatego, że skupiam się na leczeniu, zawsze według wypracowanych procedur: konsultacja, diagnostyka, plan leczenia. Na pierwszą rozmowę z pacjentem często poświęcamy półtorej-dwie godziny, a takie metody diagnostyczne jak obrazowanie trójwymiarowe, badanie pod mikroskopem czy możliwość obejrzenia zdjęć i wizualizacji na dużym ekranie dają nam ogromne możliwości. Przy dobrej diagnozie i precyzyjnym planie leczenia wykonanie zabiegu czasem okazuje się tym wcale nie najtrudniejszym zadaniem.  

W ubiegłym roku uczestniczyliśmy w sympozjum w Las Vegas, poświęconym m.in. rozwojowi gabinetów stomatologicznych. Są dwie główne drogi – duża klinika, zatrudnianie kolejnych lekarzy, stworzenie marki, otwieranie kolejnych gabinetów itd. albo małe, autorskie gabinety, profesjonalnie zarządzane, często firmowane nazwiskiem lekarza. Jednak nawet w przypadku tej drugiej drogi, którą obecnie kroczymy, obliczono, że – aby wszystko funkcjonowało profesjonalnie – lekarz powinien mieć obok sobie co najmniej pięć osób personelu. Wtedy może w pełni skupić się na leczeniu.

Magdalena Jarmuszkiewicz: Nie planowaliśmy, że będziemy pracować razem. Studiowałam zarządzanie jakością, pracowałam w agencji reklamowej, gdzie nauczyłam się efektywnej organizacji pracy, zarządzania skomplikowanymi procesami. Zawsze jednak kontakty z ludźmi sprawiały mi największą przyjemność. Stopniowo spędzałam w gabinecie coraz więcej czasu, aż w końcu pacjenci i mąż namówili mnie, żebym zajęła się tym na „pełen etat”. Odpowiadam za zarządzanie, zamówienia, całą logistykę dostaw, umawianie pacjentów. Są dni, kiedy 10 godzin w pracy rozmawiam z ludźmi, a chciałabym jeszcze dłużej. Nasi pacjenci czasem celowo przychodzą pół godziny wcześniej, a prośby o założenie kawiarni przy gabinecie pojawiają się regularnie.

Pomimo młodego wieku podobno znają się Państwo od ponad 30 lat, a parę tworzą od ponad 17. To chyba musiała być znajomość z „piaskownicy”. Jak się Państwo poznali?    

M.J.: W 1986 roku trafiliśmy do jednego przedszkola w Trzemesznie. Do dziś mamy zdjęcie, na którym ja jestem Czerwonym Kapturkiem, a mąż D’Artagnanem. Od tego czasu byliśmy dobrymi znajomymi, a w liceum trafiliśmy do jednej klasy o profilu matematyczno-fizycznym. Mąż na fizyce pomagał mi np. w rysowaniu soczewek, ja natomiast uzupełniałam  mu zeszyt z religii. Parą zostaliśmy 29 maja 2002 roku, w moje imieniny, na balu pomaturalnym, właściwie w ostatnim możliwym momencie, bo później nasze drogi najpewniej by się rozeszły – ja zaczęłam studia na ekonomii, mąż na stomatologii. Pomimo tak odmiennych kierunków studiów mieliśmy wiele wspólnych zainteresowań. Wraz ze znajomymi zakładaliśmy znane dziś stowarzyszenie Inwestycje dla Poznania – ja byłam skarbnikiem, mąż wiceprezesem. Działaliśmy także w Skyscraper City – Forum Polskich Wieżowców, a to zaangażowanie zaprocentowało kontaktami w wielu miastach, także na świecie, które do dziś utrzymujemy. Już wtedy byliśmy zżyci z lokalną społecznością, działaliśmy na rzecz rozwoju miasta. Na przykład – wspierając akcję „Chcemy latać z Poznania” – jako studenci polecieliśmy do Sztokholmu promować Poznań w ludowych, wielkopolskich strojach Zespołu Pieśni i Tańca Strzecha z Trzemeszna, w którym tańczyliśmy. Wymówienie tej nazwy było dla Szwedów prawdziwym wyzwaniem.  

Czy żyjąc i pracując razem, trudno jest oddzielić sferę prywatną od zawodowej?

M.J.: Żyjemy tym gabinetem cały czas, a sfera zawodowa i prywatna cały czas się przeplata – to nasza świadoma decyzja, spełniamy się w pracy, ale oczywiście nie żyjemy tylko nią, mamy swoje zainteresowania, swoje przyjemności. Przebywanie ze sobą niemal cały czas rzeczywiście u niektórych budzi podziw, ale my jesteśmy od siebie uzależnieni. Najlepiej czujemy się razem. Nawet kiedy gotuję w kuchni, mąż nie może usiedzieć w salonie, bierze komputer czy książkę i siada obok mnie. Nie musimy nawet rozmawiać, ważne, że jesteśmy blisko. Uwielbiamy spędzać czas razem.

Mt.J.: Potwierdzam. (śmiech)

Stomatologia jest chyba jedną z najszybciej zmieniających się dziedzin w medycynie. Pan zdobywał wykształcenie nie tylko w Polsce, ale także w Niemczech, Hiszpanii czy Stanach Zjednoczonych. Nowoczesne metody leczenia rzeczywiście znacząco wpływają na rezultaty i komfort pacjentów?

Mt.J.: Wiele dziedzin medycyny rozwija się dziś bardzo szybko. Niestety część z najnowocześniejszych metod leczenia jest trudno dostępna dla pacjentów w Polsce, zwłaszcza w pierwszych etapach leczenia, najczęściej finansowanych publicznie. W przypadku stomatologii, która opiera się w dużej mierze na prywatnych gabinetach, jest jednak inaczej. Staram się czerpać z bogatych i różnorodnych doświadczeń stomatologii w innych krajach.

Stopień przestrzegania procedur w Niemczech jest dla naszej słowiańskiej duszy dobrym wzorcem, a podyplomowy kurs implantoprotetyczny na Uniwersytecie Karoliny Południowej w USA wywrócił moje podejście do zawodu do góry nogami.

Wszystkie zabiegi zaczęliśmy wykonywać w powiększeniu, pełna diagnostyka trójwymiarowa stała się normą. Jeszcze 10 lat temu tomograf komputerowy w gabinecie był science-fiction – dzisiaj to już często standard. Dzięki dobrej diagnostyce, dokładnym planowaniu leczenia czy szablonom implantologicznym udaje się ograniczyć do minimum nieprzyjemne doznania pacjentów. Wszczepienie implantu może w sprzyjających okolicznościach trwać kilka minut. Wszystkie te innowacje mają wpływ na komfort pacjentów. W wielu przypadkach dolegliwości pozabiegowe – przy leczeniu kanałowym, usuwaniu ósemek czy wszczepianiu implantów – nieuniknione jeszcze kilka lat temu – udaje się zupełnie wyeliminować.

Indywidualne podejście, profesjonalna obsługa, miła, rodzinna atmosfera, stawianie potrzeb pacjenta na pierwszym miejscu, odpowiedni czas zarezerwowany na każdą wizytę – to cytaty z opinii pacjentów, które można znaleźć w Internecie. Trudno zapracować na taką dobrą opinię?

M.J.: Prowadzimy gabinet klasy premium, świadczenie usług najwyższej jakości jest częścią naszej pracy, więc nie oczekujemy od pacjentów wdzięczności i tym bardziej doceniamy takie miłe gesty. Dostajemy nawet laurki (Pokazuje ręcznie wykonane kartki od Pacjentów z podziękowaniami: „Gratuluję gabinetu najwyższej jakości, z parą mistrzów zawodu, pasjonatów o imponującym poziomie wiedzy i kwalifikacji”, „Czynne 7 dni w tygodniu, od 5 do 25. Dziękujemy!”).

Mt.J.: To jest medycyna, różne rzeczy mogą się przytrafić. Pacjent może się przewrócić i złamać jedynkę – wtedy musi mieć pewność, że otrzyma w tej sytuacji szybką i fachową pomoc. Najbardziej cieszy nas jednak duże grono stałych pacjentów, z którymi spotykamy się na kontroli co pół roku – po wielu latach możemy ocenić, że leczenie było w pełni skuteczne.

Po sąsiedzku mamy przedszkole. Dla wielu jego wychowanków wizyta u nas była pierwszym spotkaniem ze stomatologiem i do dziś są z nami.  

Szanujemy też czas naszych pacjentów. W gabinecie nie ma opóźnień. Wychodzimy z założenia, że jeśli zabieg uda się wykonać szybciej – mamy pół godziny dla siebie lub dla pacjentów z nagłymi przypadkami.

U ubiegłym roku świętowaliśmy 10-lecie gabinetu, połączone z naszymi 35. urodzinami. Zaprosiliśmy naszych pacjentów na Młyńską12 – obecnych było kilkaset osób, z którymi zdążyliśmy się przez tę dekadę zaprzyjaźnić. Śmialiśmy się, że była to najbardziej uśmiechnięta impreza w Poznaniu, a zabawa trwała do 6 rano.

Jak jeszcze lubicie spędzać wolny czas?

Mt.J.: Sporo podróżujemy, zawsze kiedy wybieramy się na konferencję naukową związaną z naszą pracą, staramy się znaleźć też czas na zwiedzanie. Tak było w przypadku naszej ostatniej podróży do Seulu, gdzie odbywało się Neobiotech Symposium, konferencja organizowana przez jednego z najprężniej rozwijających się producentów implantów. Nowoczesna architektura i świetne jedzenie, zwłaszcza owoce morza, za którymi przepadamy, na pewno zapadną nam w pamięć. Do tej pory jesteśmy też pod wrażeniem naszych wizyt w Stanach Zjednoczonych. Urzekające krajobrazy, wyjątkowe parki narodowe, wielkie metropolie – na pewno jeszcze tam wrócimy.  

Często też biesiadujemy w gronie rodzinnym, bo relacje są dla nas na pierwszym miejscu. Moje zainteresowania architekturą, urbanistyką, historią i rozwojem Poznania są ciągle aktualne, choć coraz trudniej znaleźć na nie czas.  

Żona wolne chwile często poświęca na eksperymenty kulinarne, interesuje się m.in. projektowaniem wnętrz – co widać w naszym gabinecie – i modą. Kiedy zbliża się wyjątkowa okazja, można być pewnym, że zaprezentuje nowe, niebanalne nakrycie głowy.  

A teraz zapytam o dość nietypowe połączenie stomatologii i animaloterapii. Podobno w Waszych rozmowach z pacjentami często pojawia się temat zwierząt domowych, bo – tak jak wielu z nich – sami macie też pupila. Czy to element zaprzyjaźniania się z pacjentami, które jest u Was naturalne, czy też coś więcej?

M.J.: Nasze relacje z pacjentami są wyjątkowe, rozmawiamy na wiele tematów, dzielimy się tym, co się u nas dzieje, opowiadamy o podróżach czy nowych odkryciach kulinarnych. Pies, nasza Dziunia, jako członek rodziny, też często pojawia się w tych rozmowach i skradła serca wielu naszych pacjentów. Dopiero później zauważyliśmy, że nawet zwykła rozmowa o zwierzętach, wspomnienia o nich pomagają wielu pacjentom zrelaksować się przed zabiegiem. Naukowcy już dawno temu odkryli, że w towarzystwie zwierząt ludzie zmieniają swoje zachowanie – mają bardziej przyjazny wyraz twarzy i częściej się uśmiechają, rozluźniają się ich mięśnie, a nawet zmienia tonacja głosu. Udowodniono bowiem, że obcowanie w towarzystwie zwierząt wspomaga wydzielanie endorfin, które obniżają poziom stresu. Jeśli choć część naszych pacjentów dzięki rozmowie o naszych milusińskich zrelaksuje się przed zabiegiem – będziemy korzystać z tej „metody”, ale ważne jest też znaczenie symboliczne. Nasi domowi pupile kojarzą się z przyjaźnią, wiernością i lojalnością, a to w naszej firmie bardzo ważne wartości.