fbpx

Kogo nigdy nie zaprosiłby na kurs z Onet Rano? Czy wyobraża sobie, że dziennikarzy zastąpią kiedyś boty? Kto w jego biurze podróży jest najlepszym przewodnikiem po Namibii? Jarosław Kuźniar, który przyjechał do Poznania na zaproszenie Ligi Kobiet Sukcesu, odpowiedział na kilka naszych pytań.    

Rozmawia: Michał Gradowski 

Zdjęcia: Katarzyna Milewska

Czy Jarosław Kuźniar jest dobrym kierowcą? 

Stłuczkę miałem jak do tej pory raz, bez gościa w samochodzie. Cofając delikatnie zarysowałem stojące za mną auto, ale – kiedy skontaktowałem się z jego właścicielem – powiedział: „wspaniale, wreszcie będziemy mieli okazję się poznać!”. Realizując Onet Rano zawsze jedziemy przepisowo, bo mamy sporo widzów i chcemy dawać dobry przykład. Ale mamy też kilku wrogów, którzy po tempie przesuwania się drzew za szybami naszego samochodu próbują zgadnąć, czy czasem nie jedziemy za szybko, więc po mieście jedziemy 50 km/h. Często przy akompaniamencie klaksonów, bo mało kto jeździ tak wolno.     

Jak przygotowujesz się do wywiadów? Dokładny scenariusz, czy improwizacja?

Przygotowuję się głównie w sieci, jestem w niej zanurzony, co znajdę, co przeczytam, co podsłucham i obejrzę, to moje. Ale to nie jest tak, że ktoś udzielił ciekawego wywiadu np. jakiejś gazecie, a ja staram się zrobić wszystko, żeby mieć to u siebie w wersji wideo. Wiem, kto będzie moim rozmówcą, co mnie w nim ciekawi, uważnie słucham i zadaję pytania. To opanowana improwizacja, bo nie da się zrobić ciekawego materiału bez dobrego backgroundu. 

Z kim najbardziej chciałbyś porozmawiać, a kogo nigdy nie zaprosiłbyś do programu?  

Dawno nie rozmawiałem z Anną Dymną. Kiedy zrobiliśmy kiedyś razem odcinek Onet Rano w Krakowie, z zaplanowanej półgodzinnej rozmowy zrobiła się prawie godzina. Zawsze mówię widzom i gościom, że nasza rozmowa będzie o życiu. Spotkania z Anną Dymną są tego najlepszym przykładem, bo – niezależnie od tego, o czym rozmawiamy – jej ogromny dystans i empatia do tego, co się wokół nas dzieje, sprawiają, że są to rozmowy uniwersalne.   

Kogo bym nie zaprosił? Bezcelowa byłaby rozmowa np. z Joachimem Brudzińskim, Pawłem Kukizem czy Januszem Korwinem-Mikke. Bo to nie byłaby konstruktywna rozmowa. Czasem chodzi o to, aby nie dać komuś głosu. On sobie go i tak weźmie w innym miejscu, ale już bez naszego udziału.  

Myślałem o Twojej pracy w kontekście nowoczesnych technologii – chyba trudno będzie zastąpić Cię sztuczną inteligencją? Jak będą wyglądały media za 10 lat? 

W telekomach i firmach ubezpieczeniowych boty to powoli standard, w Chinach już spróbowano zastąpić sztuczną inteligencją lektora czytającego wiadomości. Nie mam nic przeciwko, ale uważam, że w zawodzie, w którym pracuję, gdzie liczy się relacja z czytelnikiem, słuchaczem czy widzem, człowiek zawsze wygra z maszyną.  

Media cały czas się zmieniają, a social media są już ważniejsze niż media tradycyjne. To jest sinusoida. Przerabialiśmy już dystans do social mediów, bo są lekkie, przyjemne i zamykają świat w 280 znakach, ale jednocześnie zapewniają szeroką perspektywę, bo pozwalają pokazać tę samą treść na kilka różnych sposobów. Znaczenia nabiera bycie „live”. Facebook czy Periscope dają taką możliwości od dawna, w Stanach także LinkedIn pozwala już być na żywo. Każdy może być dziś producentem treści, ale największym wyzwaniem jest znalezienie kogoś, kto będzie chciał to oglądać, słuchać czy czytać.  

Był taki moment, kiedy nikt za nic, co jest w sieci, nie chciał zapłacić, ale to się zmienia. Dzisiaj płatne treści mogą być przepustką nie tylko do dobrego dziennikarstwa, ale też do elitarnego świata, w którym jest okazja do „spotkania” z bohaterem czy autorem materiału. 

   

Często czujesz się przebodźcowany? 

Gdybym nie był po tej drugiej stronie, był tak zwanym „normalnym” użytkownikiem mediów, wiele treści mógłbym sobie odpuścić. Ale to część mojej pracy, więc często przebodźcowuję się na własne życzenie. Wiele osób ma podobnie, dlatego wracają stare/nowe newslettery – przefiltrowane treści, wybrane tematy, często przez osobę, do której mamy zaufanie, która ma podobny do nas sposób myślenia, światopogląd.  

Podobną rolę odgrywają algorytmy, bo przy miliardzie materiałów, które powstają każdego dnia, technologie są niezbędne. Algorytm jest często lepszy niż człowiek w doborze treści, choć często, kiedy dostaję nową propozycję muzyczną od platformy streamingowej, chciałbym powiedzieć: „Naprawdę? Tak źle mnie oceniacie?”. 

Na ostatnim spotkaniu Ligi Kobiet Sukcesu gościła Karolina Korwin-Piotrowska – mówiła m.in. o hejcie i specjalnym folderze, w którym zapisuje co bardziej wymyślne obelgi na swój temat. Masz podobny? 

Ostatnio, w czasie wejścia na żywo po programie, siedzę sobie wygodnie, umalowany, wydaje mi się, że wyglądam godnie, a tu nagle facet pisze 

„ależ ty, k… jesteś brzydki”. Kiedy brałem udział w kampanii społecznej HejtStop zrobiliśmy film pod hasłem #ryjkuzniara, gdzie jest kilka „cytatów” z komentarzy na mój temat. To ciągle mocny materiał i gdzieś tam zostanie w sieci, jako pamiątka naszych czasów. Sam niczego nie zapisuję, przez lata bycia w mediach udało mi się wykształcić mocny pancerz – zupełnie mnie to już nie boli i nie zostaje w mojej głowie.  

Czy to jest trochę tak, że goforworld.com – nietypowe biuro podróży, które założyłeś – przyciąga ludzi, którzy chcieliby pojechać na „wakacje z Kuźniarem? 

Na szczęście nie, choć teraz jesteśmy przed wyprawą do Namibii i są zapisy na miejsce ze mną w samochodzie, żeby była okazja sobie po prostu porozmawiać.  

Gdyby jednak to było tak, że ludzie chcą jeździć tylko z Kuźniarem – daleko bym nie zajechał. Nie o to w tym projekcie chodzi. Przede wszystkim szukamy przewodników, którzy dadzą nam wiedzę, którzy nie będą tylko pilotami wycieczek po lekturze kilku książek, ludzi, którzy porwą moich klientów w świat. Tak jak nasz przewodnik w Namibii, kapitan żeglugi ze Szczecina, który opłynął wiele razy świat dookoła, zakochał się w Namibijce i mieszka tam od 25 lat. Turystyka się zmienia, a goforworld.com jest dla tych, którzy szukają wiedzy, doświadczenia, a nie tylko zabawy.   

Twoje podróże są więc prywatne, czy służbowe? Gdzie, z miejsc które odwiedziłeś, chciałbyś wrócić?

U mnie trochę zaciera się różnica między podróżami prywatnymi a służbowymi. Nie umiem milczeć, kiedy jestem w podróży, zawsze jest na nich aparat, kamera, zawsze powstaje coś, co później widzi świat. Kiedy dzielę się wrażeniami, nawet z prywatnej podróży, siłą rzeczy wciągam w nią innych. 

Na pewno chciałbym wrócić jeszcze kiedyś na Alaskę i Kamczatkę. Dość dokładnie zwiedziłem południe Australii, w planach jest jeszcze zobaczenie   

północnej części.  

Czy jak wracasz do kraju myślisz sobie: znowu Polska? 

To zupełnie nie tak. Lubię Polskę, mam tylko dystans do zachowania niektórych Polaków. Sporo czasu spędzam w przestrzeniach co-workingowych z młodymi ludźmi, którzy pracują w kraju, ale często w międzynarodowym środowisku. Podoba mi się to Made in Poland w ich wykonaniu – świadome, ciekawe, bez przymusu i nacjonalizmu.  

Mam swój prywatny ranking osób, które szybko mówią i myślą. Rozmawiałem kiedyś z aktorką Agnieszką Grochowską i nie mogłem nadążyć za jej słowami. Z dziennikarzy podobnie szybko mówi chyba tylko Konrad Piasecki. To naturalne, czy wytrenowane? Lubisz być w centrum uwagi?  

Kiedy miałem 15 lat i zacząłem pracować w Radio Sudety, poszedłem do logopedy. Leżąc na podłodze, uczyłem się oddychać przeponą i mówić poprawnie. Kilka ładnych miesięcy spędziłem z korkiem w zębach wypluwając hektolitry śliny. Zdecydowanie więc można się tego nauczyć.  

Jest wiele osób znanych ludziom z ekranu czy sceny, które są introwertykami. Ja też należę do tej grupy. To pomaga przetrwać publiczne „występy”. Słuchałem dzisiaj piosenki Margaret „Błyski fleszy, plotki, ścianki”, która jest właśnie o tym. Dziennikarze nie istnieją bez widzów czy czytelników, ale jest też taki moment, kiedy chcemy od nich uciekać. Trudno to zrobić tak, żeby nie zostało odebrane jako bufonada.  

Propozycje powrotu do telewizji pojawiają się? 

Nie, ale też na nie nie czekam. Miejsce dystrybucji jest dziś tak naprawdę wtórne, a każdy duży portal internetowy ma grupę odbiorców podobnie liczną, jak telewizja. Wymagająca widownia, ludzie, którzy włączyli nasz program nieprzypadkowo i chcą nas oglądać nie wtedy, kiedy my tego chcemy, ale w dogodnym dla siebie miejscu i czasie – dobrze się odnajduję w takiej formule. 

Pierwsze skojarzenia z Poznaniem? Masz tutaj swoje ulubione miejsca? 

Kiedyś zamarzyło mi się, żeby zostać wykładowcą, bo na moich studiach brakowało mi zajęć z praktykami. Napisałem do SWPS z propozycją poprowadzenia zajęć. Wtedy obecność dziennikarzy na wyższych uczelniach nie była jeszcze tak powszechna jak dzisiaj, więc kilka razy upewnili się, że ja to ja i zaczęliśmy współpracę, która trwała dwa lata. Może nie prowadziłem więc w Poznaniu studenckiego życia, ale często tu bywałem.  

Współpracuję też z hotelem Puro przy organizacji spotkań podróżniczych, mam przyjaciół w agencji marketingowej Płodni.com, więc czasem bywam w Poznaniu, choć rzadziej niż bym chciał.  

Lubię Stary Rynek. Kilka razy realizowaliśmy tutaj materiały – gdzie się nie spojrzy mamy dobry kadr – na zdjęcie, na rozmowę. Ale lubię to miejsce do pewnej granicy czasowej – do momentu, kiedy wieczorem zaczyna spływać alkoholem. 

Skoro były używki, to teraz czas na sport. O czym myślałeś na trasie maratonu w Nowym Jorku, który niedawno przebiegłeś? 

Myślałem przede wszystkim o tym, żeby nie przynieść sobie wstydu, żeby nie przejść trasy, ale ją przebiec. Startowało ponad 52 tys. ludzi, pocieszające jest to, że jakieś 6 tys. z nich przybiegło jednak za mną, a mijałem na trasie gości, którzy wyglądali naprawdę zacnie, widać, że spędzają kilka godzin w tygodniu na siłowni, czego ja nie robię. 

Zawsze na wyjazdy zabieram buty do biegania. Rano, kiedy rodzina jeszcze śpi, mogę zobaczyć jak wygląda miasto bez tłumów. Pamiętam słowa profesora Balcerowicza, który mówił, że maraton to szaleństwo – dla nóg, dla organizmu, ale wierzę, że tym razem wyszło mi na zdrowie.