fbpx

Ambitna i czarująca. Muzyka wypełnia jej cały świat, przenika do najgłębszych zakamarków duszy. Subtelnie zmierzyła się z repertuarem ikony stylu i sceny muzycznej, jakim jest dla niej Frank Sinatra. Wspominając początki swojej kariery i promując najnowszą płytę Winter songs of Frank Sinatra, Natalia Świerczyńska zdradziła kilka niebanalnych szczegółów.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcie plakatu: Ksenia Shaushyshvili, autor plakatu/grafika: Kamila Koźmiańska

Zdjęcia grafik: Adam Kozioł / Koziol Production, grafika: Kamila Koźmiańska

Kiedy zrozumiała Pani, iż muzyka wypełnia Pani życie, stanowi jego kwintesencję?

NATALIA ŚWIERCZYŃSKA: Bardzo wcześnie, ponieważ zaczęłam się uczyć gry na skrzypcach w wieku siedmiu lat w Szkole Muzycznej w Wałbrzychu. Stamtąd pochodzę. Swoją przyszłość od początku edukacji widziałam jako skrzypaczka. Wszystko toczyło się wokół muzyki klasycznej. Później zaczęłam stawiać na własne wybory słuchania płyt. Przeszłam wtedy przez wiele gatunków od muzyki rockowej przez pop i jazz. Miałam swoich ulubionych wykonawców. Może to zabrzmi śmiesznie, ale ja do siedemnastego roku życia w ogóle nie śpiewałam i nie podejmowałam kroków w tym kierunku. Ze skrzypcami pożegnałam się po gimnazjum. Stoją na półce i przymierzam się, aby do nich powrócić. (śmiech) Będąc natomiast pod koniec Liceum Plastycznego, do którego chodziłam tu, w Poznaniu, zaczęłam śpiewać. Zobaczyłam, że jest to dla mnie coś idealnego. Nie muzyka klasyczna – jak w przypadku mojej siostry czy mojego męża – tylko właśnie muzyka rozrywkowa, która daje ogromne pole manewru, umożliwia kreację głosu i wolność interpretacji. W muzyce jazzowej czy rozrywkowej wszystko zależy od moich pomysłów, wizji. Mogę od początku tworzyć, jak mi się podoba, niezależnie, czy jest to standard jazzowy, czy mój autorski utwór. Kształtuję to tak, jak czuję w stu procentach. Mając osiemnaście lat, postawiłam na jedną kartę – śpiew. To była moja przemyślana i świadoma decyzja, że nie idę na grafikę, tak jak miałam przez chwilę w planach, nie będę projektować plakatów (śmiech), tylko chcę związać swoje życie z wokalem. Poznałam wspaniałego pianistę w Poznaniu, Jacka Szwaja. Dzięki niemu bardzo się rozwinęłam. Nie wiem, czy on ma tego świadomość. (śmiech) Dużo razem graliśmy. Dostałam się potem na studia na Akademię Muzyczną w Poznaniu i tak zaczęła się moja przygoda z muzyką, a dokładnie ze śpiewaniem. Droga muzyczna – niełatwa, ale teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym zajmować się czymś innym w życiu.

Utkwiła Pani w pamięci jakaś sytuacja związana z muzyką w okresie dzieciństwa?

Pamiętam dzień u moich dziadków. Miałam wówczas jakieś sześć lat. Dziadek miał taką tradycję, że około południa szedł się położyć na drzemkę. Robił sobie mocną herbatę, której aromat i przepiękny zapach unosił się w jego pokoju. Włączał Program 1 Polskiego Radia. Dziadek słuchał audycji muzycznej po hejnale. Mnie wówczas zamurowało, gdy usłyszałam piosenkę Nat King Cole’a,  którą śpiewał ze swoją córką Natalie When I fall in love. Delektowałam się tą muzyką jakby to był koncert dla mnie. Nie słyszałam wcześniej czegoś tak pięknego i przejmującego. Nie miałam świadomości, kto śpiewa ten utwór, ale musiało to być dla mnie bardzo silne przeżycie. Zapamiętałam na długo melodię tej piosenki. Cały ten dzień i wszystkie wrażenia zakodowałam doskonale. Później już, będąc nastolatką, usłyszałam tę piosenkę w telewizji. Zapisałam tytuł i wykonawcę na kartce. Pobiegłam do płytoteki, aby wypożyczyć jakąkolwiek płytę z tym nagraniem. Potem moja płytoteka nie miała końca – non stop szukałam czegoś nowego. (śmiech)

Talent muzyczny ma Pani zapisany w genach, w kodzie DNA? Rodzina jest uzdolniona muzycznie?

Gdy jako dziecko grałam na skrzypcach, wówczas moja siostra, Agnieszka, też ćwiczyła swój talent na tym instrumencie i była dla mnie inspiracją. Agnieszka obecnie związana jest z muzyką klasyczną, stricte z operą. Moi rodzice, pomimo że nie są muzykami, to zawsze słuchali bardzo dobrej muzyki. Moja mama w latach 90. fanka Whitney Houston, Michaela Jacksona, Tiny Turner, Edyty Górniak – wielkoformatowych artystów. Natomiast mój tata miał też swoich ulubieńców: Queen, Pink Floyd, Czesław Niemen. Rodzice czerpali przyjemność z słuchania muzyki. Towarzyszyła nam ona na co dzień i od święta. Na pewno miało to na mnie duży wpływ.

Jak wspomina Pani udział w VI edycji Voice of Poland? Od razu miała Pani plan dołączenia do teamu Edyty Górniak?

Muszę mówić szczerze, bo nie wyobrażam sobie inaczej. (śmiech) Wspominam ciekawie, ale to nie było dla mnie. Patrząc na ten udział z perspektywy czasu, to nie był ważny element mojej drogi muzycznej. Mało tam było o muzyce jak dla mnie. Miałam bardzo ograniczone pole manewru, jeśli chodzi o dobór utworów, nawet na ten pierwszy występ. Czułam więc konflikt ze sobą. Sama byłam odbiorcą tego programu, oglądałam wcześniejsze edycje. Miałam wrażenie i takie błędne myślenie, że przynajmniej ten pierwszy utwór jest indywidualnym wyborem artysty i że ma on pokazać jego umiejętności wokalne. Dla mnie to było narzucone. Czułam się z tym niekomfortowo, ponieważ byłam z tego rozliczana. Myślę, że to nie był format dla mnie, gdyż bycie muzykiem to nie tylko moja pasja, ale również zawód. Jestem wykształconą osobą, więc czułam się nieswojo, że w tych muzycznych kwestiach nie mogę zadecydować za siebie. Wspominam tamten czas jako ciekawą przygodę, ale nie do końca muzyczną. Nie doznałam tam żadnej krzywdy, wręcz przeciwnie, poznałam wielu wspaniałych ludzi. W tym m.in. Edytę Górniak. Zajęcia wokalne z nią i przygotowanie do występów były bardzo rzetelne, otrzymywałam dobre wskazówki, mądre uwagi. To był miły akcent, ale telewizyjny program rządzi się swoimi prawami, które mi osobiście nie odpowiadały. 

Funkcjonuje Pani w świecie muzyki, głównie w trzech dominujących gatunkach: pop, jazz i blues. Czy ktoś Panią ukierunkował, czy to była samodzielna decyzja?

Myślę, że środowisko związane z Akademią Muzyczną w Poznaniu, którego jestem częścią, miało na mnie duży wpływ i niewątpliwie sytuacja z dzieciństwa, o której wspomniałam na początku. Dla mnie muzyka jazzowa stanowiła zawsze wyzwanie i podejmując studia czułam, że dzięki niej mogę się bardzo rozwinąć i wiele nauczyć, choć daleko mi do nazywania siebie wokalistką jazzową. Lubię ładne melodie. Lubię śpiewać mądre teksty, które rozumiem i czuję. Jazz to dla mnie punkt rozwoju. Sfera, która daje mi dużo inspiracji do komponowania i pisania własnych rzeczy.  Choć nie wiem, co będzie dalej… Moich kompozycji, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego, na pewno nie sklasyfikowałabym jako jazzu. Z resztą nie lubię takich szufladek.

Sięgnęła Pani po znany i ceniony repertuar bożyszcza kobiet, Franka Sinatry, w tym jego ponadczasowy utwór My Way. Skąd taki wybór?

Kocham głos Franka Sinatry, odkąd pierwszy raz go usłyszałam. Jest dla mnie ikoną stylu, elegancji z niezwykłą historią życia. Postacią zdobywającą swoje marzenia, z jednej strony bardzo rzetelnie kształtując swój warsztat, a z drugiej – umiejąc zaryzykować. Uważam, że strach jest za darmo, a odwaga kosztuje. Frank Sinatra to piosenkarz, którego wielu artystów stara się naśladować czy czerpać z jego twórczości inspirację. Z jego piosenek, ale i z bycia na scenie. On miał klasę, szyk, wdzięk, sceniczne obycie. Sinatra jako elegant, przeszedł przez rożne odcienie jazzu. Gdy po raz pierwszy usłyszałam I’ve Got You Under My Skin, zakochałam się. (śmiech) Stwierdziłam, że ciekawe będzie wzięcie się za taki repertuar, gdyż jako kobieta opowiem to z innej perspektywy. Nie zahaczy to o kopiowanie czy naśladowanie. Twórczość Franka Sinatry traktuję jako wielką inspirację. Imponuje mi bardzo. Kojarzymy Sinatrę ze standardami jazzowymi: I’ve Got You Under My Skin, My Way, Fly Me to the Moon, Strangers in the Night, New York, New York. Jego wykonania, stylizacje muzyczne, są bardzo z nim spójne, a trzeba pamiętać, że piosenki te wykonywało mnóstwo innych artystów, ale to właśnie z Sinatrą utożsamiamy wiele z nich. Jego interpretacja utworów stanowi dla mnie wzór. Też bym tak chciała…(śmiech) po przejściu przez różne inspiracje, zostawić jak najwięcej siebie w piosenkach, które wykonuję.

Proszę przybliżyć projekt najnowszej płyty Winter Songs of Frank Sinatra, której wydanie już w listopadzie.

Jest to tak naprawdę piękna pamiątka koncertów, które już piąty sezon mam przyjemność wykonywać. Oczywiście, gramy podczas tych występów sporo amerykańskich standardów świątecznych, ale oprócz nich mamy w programie największe hity Franka Sinatry jak New York czy My Way. W zeszłym roku nawiązałam współpracę z wytwórnią muzyczną MTJ w Warszawie pod kątem nie tego materiału, ale mojej autorskiej płyty, co mnie ogromnie cieszy. Podczas rozmowy wydawca zapytał, czy nie chciałabym wydać też materiału Winter Songs of Frank Sinatra, bo to jest ponadczasowe. Byłoby zapisane, moglibyśmy do tego wrócić, pokazać w przyszłości swoim dzieciom, od czego zaczynaliśmy. Czemu nie? – pomyślałam. I nagraliśmy to w dziewięcioosobowym składzie mojego zespołu, z którym koncertuję. 

Dwa lata temu śpiewała Pani Winter Songs of Frank Sinatra w Bazie Lotnictwa Taktycznego Poznań-Krzesiny. W jakich innych oryginalnych miejscach Pani występowała?

Z tym repertuarem od razu trafiliśmy do wielkich sal koncertowych, co nie było łatwe. Pierwszy nasz koncert zagraliśmy w Auli UAM w Poznaniu i to trzy dni pod rząd. Graliśmy wówczas dwa razy dziennie. Dla mnie to był fenomen. Szokująca sprawa. Wiadomo, że nazwisko Franka Sinatry jest światowej klasy i wszystkim znane, ale moje nie. (śmiech) Jednak publiczność widocznie nam zaufała i – co bardzo nas cieszy – wraca każdego roku na te koncerty. Dopiero w drugim sezonie zagraliśmy parę mniejszych koncertów, np. w Klubie Jazzowym Vertigo we Wrocławiu, na Zamku w Przemyślu, w Klubie Blue Note w Poznaniu. 

Zdecydowała się Pani wraz z innymi artystami, choćby Mateuszem Ziółko czy Łukaszem Zagrobelnym, śpiewać piękne piosenki Zbyszka Wodeckiego w nowych aranżacjach, w koncercie zatytułowanym Wodecki Symfonicznie. Która jego piosenka jest bliska Pani sercu?

Solistów było kilku, w tym Mateusz i Łukasz, a ja byłam jedyną kobietą w tym składzie. Było to dla mnie duże wyróżnienie.  Wspominam ten czas jako cudowny i bardzo wzruszający. To były koncerty poświęcone Zbyszkowi Wodeckiemu, publiczność przychodziła wysłuchać jego utworów nawet w innych aranżacjach – w tym wypadku symfonicznych, powspominać. Ja osobiście nie poznałam pana Zbyszka, ale wiem, że spodobała mu się kiedyś piosenka, którą razem z mężem nagraliśmy i nasz wspólny znajomy to wykonanie jemu zaprezentował. Pamiętam, że to było dla nas bardzo miłe zaskoczenie, że tak zapracowany artysta ma czas na takie rzeczy. Jeżeli chodzi o repertuar Zbyszka Wodeckiego, bardzo doceniam piosenkę Lubię wracać tam, gdzie byłem już  – którą podczas tych koncertów śpiewał Łukasz Zagrobelny. Z Mateuszem Ziółko miałam przyjemność śpiewać duet  Z Tobą chcę oglądać świat. Paweł Okła wykonywał m.in.  Nauczmy się żyć obok siebie – przepięknie. Mariusz Patyra grał jako solista na skrzypcach, co było genialnym akcentem, bo koncertował on już wcześniej ze śp. Zbyszkiem. Patyra to jedyny Polak w historii, który wygrał Konkurs im. Paganiniego w Genui, więc dla mnie śpiewanie u jego boku było naprawdę wyjątkowym przeżyciem. Podczas Wodecki Symfonicznie śpiewałam różne utwory. Perełką, jaką odkryłam wtedy po raz pierwszy, było Będzie tak nie raz. Jest to piosenka, którą najbardziej lubiłam śpiewać. Ma przepiękną melodię i  wartościowy, wzruszający tekst.  Jakiś czas temu postanowiłam ją nagrać w bardziej kameralnym wydaniu, w duecie z pianistą Darkiem Tarczewskim, tak na pamiątkę. 

Bierze Pani również udział w Tribute to Andrzej Zaucha, w koncercie poświęconym wyjątkowemu artyście, którego również już z nami nie ma, pozostały tylko charakterystyczne jego utwory. Który przebój Zauchy nuci sobie Pani najczęściej? 

Bardzo szanuję twórczość Andrzeja Zauchy i cieszę się, że mogę wziąć udział w tym projekcie. Jednak muszę przestawić się na nieco inne tory, aby jego piosenki w moim głosie, w mojej interpretacji zabrzmiały dobrze. Jestem od jakiegoś czasu elementem układanki Poznańskiej Piętnastki, reaktywowanego przez Macieja Fortunę po wielu latach zespołu, którego twórcami byli m.in. Jerzy Milian czy Jan Ptaszyn Wróblewski. Jako soliści podczas koncertu Tribute to Andrzej Zaucha śpiewamy w cztery osoby. Oprócz mnie Hania Gieda, Michał Kowalonek i Marcin Wojciechowski. Moim ukochanym przebojem Zauchy jest Wymyśliłem Ciebie, lubię też Byłaś serca biciem. Ujmujące jest dla mnie wykonanie sióstr Wrońskich w filmie Córki dancingu. Dzięki temu projektowi poznałam wiele nowych, dla mnie do tej pory nieodkrytych piosenek Zauchy. Bardzo lubię taki powrót do lat 80. i 90. Sama nie podjęłabym się stworzenia koncertu Tribute to Andrzej Zaucha. Myślałabym, że to nie dla mnie, ale bardzo się cieszę z takiego zaproszenia. 

W Pani wykonaniu mamy utwory Wodeckiego, Zauchy, Sinatry, też Leonarda Cohena. Jakie na przeciwwadze byłyby kobiece wokale jako autorytety, wzorce, inspiracje?

Patrząc na stylistykę rozrywkowo-jazzową, to mam całe mnóstwo kobiecych głosów, które mnie inspirują i są dla mnie wzorem. Myślę, że nie jestem w stanie wymienić wszystkich. Jak zaczynałam śpiewać, moim wzorcem były Nina Simone, Diana Krall, Natalie Cole, Eva Cassidy. Natomiast nigdy nie miałam tak, że zakochałam się tylko w jednym głosie i jednym gatunku muzycznym. Bardzo cenię też artystów naszych polskich, od Kayah aż po wiele wokalistek z mojego pokolenia jak np. Kasia Lins czy Rosalie, które mam na „tapecie” aktualnych artystek w moim telefonie. 

Nawiązując do innej artystycznej atrakcji z muzyką Jana Ptaszyna Wróblewskiego i słowami Agnieszki Osieckiej, w której bierze Pani udział – czy uwielbia Pani Ulice wielkich miast?  

Wychowałam się w mieście, niedaleko centrum Wałbrzycha. Uwielbiam tętno miasta, miejskie dźwięki, widok kamienic. Przez wiele lat mieszkałam też w samym centrum Poznania. Czuję się obywatelem świata, wszędzie potrafię odnaleźć swoje miejsce. Uwielbiam miejskie życie, ale i spokój na łonie natury. Dary, które daje nam przyroda.

Jakie ma Pani najbliższe plany?

Aktualnie skupiam się na najnowszej płycie Winter Songs of Frank Sinatra. Premiera już 8 listopada. Dodatkowo, praca z wytwórnią MTJ i plany dotyczące płyty autorskiej, która jest już na finiszu. Singiel pojawi się na wiosnę, a na jesień 2020 roku płyta. To jest dla mnie bardzo osobisty temat. Jestem autorką tekstów i muzyki. Całą tematykę tego albumu poświęciłam życiu mojej Babci Henryki, która jest mi bardzo bliską osobą. Miała niezwykłą historię, którą starałam się przełożyć na swoje realia i zamknąć to wszystko w piosenkach. Przede mną plany koncertowe głównie z repertuarem Franka Sinatry, a w przyszłym roku mam nadzieję, będę koncertować już ze swoim autorskim materiałem. Ale do tego jeszcze trochę czasu.