fbpx

Tekst: Filip Olczak

Zdjęcia: Alicja Kulbicka

Do zestawu z Wranglerem dołączona powinna być saperka, ale jej użycie będzie konieczne tylko wtedy, gdy spotka go lawina błotna. Fabryczna wyciągarka to też zbędny element, bo poziom wody musiałby sięgnąć dachu. Jego legenda znana jest każdemu, niczym amerykańskie adidasy, bo każdy, kto mówi „jeep” ma na myśli samochód wybitnie terenowy. Tak było kiedyś. Jak jest teraz? Postanowiłem to sprawdzić.

Na początek kilka słów o tym, że zdecydowanie nie jest to samochód do jazdy po pieczywo na śniadanie. No chyba że do przejechania masz połowę Kaukazu. Oczywiście, nie chodzi mi tutaj o komfort jazdy, bardziej mam na myśli to, że dobrze się na niego zdecydować, jeśli droga do sklepiku wiedzie przez totalną głuszę i że zajmiesz nim co najmniej dwa miejsca parkingowe. Wzrok innych kupujących skupi się na Wranglerze i zdecydowanie nie usłyszysz „dziękuję, że zająłeś dwa miejsca tym wielkim autem”. Co do komfortu na asfalcie, to nie można mieć do niego żadnych zarzutów. Typowo wysoki profil opony robi swoje, a zawieszenie macza przy tym palce. Jeżdżąc Jeepem, musisz uważać na wszystkie pachołki na drodze, nie po to, żeby nie porysować karoserii, ale by ich po prostu nie zniszczyć. 

Jak na terenówkę z krwi i kości przystało, w terenie radzi sobie znakomicie. Leśne „kocie łby”, konary, wystające pnie, woda czy błoto, to wszystko po prostu zjada na śniadanie. Podczas testu nie byłoby chwili, abym miał w ogóle czelność martwić się o to, jak skądś wyjechać. Poza tym, jeżeli Wrangel nie poradziłby sobie w takim terenie, to jaki inny model by temu podołał? 

Gdyby jednak taka sytuacja wystąpiła, bardzo łatwo można zmniejszyć jego masę. Prostota idąca z jakością wykonania wzięła górę. W tym modelu da się zdemontować prawie wszystko. Zaczynając od przedniej pary drzwi, a kończąc… na dachu. 

Ażeby terenowego charakteru było mało, to Jeep ma fizycznie ręcznie dołączany most. Oczywiście, trybów i konfiguracji jest mnóstwo. Zaczynając od automatycznego napędu 4×4, a kończąc na samym napędzie tylnym. Każde z przełożeń ma inne przeznaczenie i tutaj wyjątek potwierdza regułę, że to samochód, który nie boi się zjechać z asfaltu, tylko nawet powinien. 

Zaglądając w cyferki – widać, że mamy do czynienia z naprawdę twardym zawodnikiem. Pod maską testowanego egzemplarza zalazł się silnik wysokoprężny silnik o pojemności 2,2 litra. Ten, generując moc 200 KM i 450 Nm, rozpędzał nasz czołg na czterech kołach do 100 km/h w 8,9 sekundy. To naprawdę zacny wynik, biorąc pod uwagę, że Wrangler waży ponad 2 tony.

Oklaski również dla dwusprzęgłowej i bardzo szybkiej 8-biegowej skrzyni biegów, która bardzo intuicyjnie reagowała na pedał gazu.

Zaglądając do wnętrza – znajdziemy całkowitą ascezę, co oczywiście nie oznacza, że brakuje tam wszelakich luksusów. Podgrzewane fotele, systemy multimedialne (Apple CarPlay, AndroidAuto), klimatyzacja – to wszystko znalazło swoje miejsce. Jest nawet dotykowy ekran o wyśmienitej rozdzielczości oraz kamera cofania, a całe auto zostało obwarowane czujnikami. Po części ci asystenci czynią go naprawdę dobrym „daily carem”. Zabawa zaczyna się już wtedy, gdy chcemy ustawić fotel. Kilka porządnych sznurów i wajcha przypomina nam, w jakim modelu siedzicie i dzięki temu nabierzecie ochoty, żeby jeszcze bardziej zjechać z udeptanych ścieżek.

Skupiając się na prowadzeniu – nie mam większych zastrzeżeń. Mimo że kierownica jest większa niż w innych autach, a z gabarytem trzeba będzie się trochę oswoić, to naprawdę można się z nim zaprzyjaźnić. Jest to samochód przybliżający do natury, bo możesz mi uwierzyć, że jeżeli zdecydujesz się na jego zakup, to twoje wizyty na leśnych bezdrożach będą bardzo częste.