fbpx

Przede mną kolejny wyjazd – tym razem Kamczatka. Lecę, by zrealizować swoje marzenie o niedźwiedziach widzianych z bliska podczas wielkiego tarła łososia w tamtejszych rzekach. Jeszcze nie wiem, że trzeba dużo szczęścia i przede wszystkim dobrej pogody, by zobaczyć na Kamczatce cokolwiek. 

Tekst: Estera Hess 

Zdjęcia: Estera Hess, Urszula i Krzysztof Gajewscy, Karina van der Tuin 

Dziesięć godzin różnicy między Poznaniem a Pietropawłowskiem Kamczackim, niemal dziewięć godzin lotu z Moskwy, a jedenaście z Polski. Za oknem podczas lądowania same góry, zielone wzgórza, sporo rzek, żadnych ludzi, dopiero przy samym lotnisku widzę niewielkie zabudowania. Stolica wita mnie, mimo pesymistycznych zapowiedzi, pochmurnym niebem i osiemnastoma stopniami. Pierwsze dni spędzam w okolicach stolicy Kamczatki, robię sobie obowiązkowe zdjęcia pod pomnikiem z misiami i słynnym napisem  „Tu zaczyna się Rosja”. Potem płynę w rejs po Zatoce Awaczyńskiej. Po raz pierwszy podano mi na pokładzie wspaniałą zupę z łososia, a na deser zaserwowano kraby królewskie – od razu wiem, że głodna to ja tu chodzić nie będę. Gdy zwieńczono tę ucztę butterbrotami z czerwonym kawiorem – odkrywam istny raj dla podniebienia. 

Na północy wulkan Tołbakczik jest przecudny. Choć nie decyduję się na wejście na jego szczyt, tylko wybieram wycieczkę dookoła stożka, z podejściem po lawie, wejściem do jaskiń z lawy czarnych jak noc, to i tak cały dzień obfituje w niesamowite widoki. Pogoda jak na zamówienie, inaczej nie byłoby widać kompletnie nic. A deszcz krąży po okolicy, mijam grupy, które wulkanu w ogóle nie widziały. Ponadto na trasie nagle pojawiają się wezbrane rzeki, których wczoraj tu jeszcze nie było. Podróżuję w zorganizowanej grupie, mam kucharza ze sobą i to jest szczęście. Odświeżony rosyjski, którego uczyłam się jeszcze w szkole, jest tu jak znalazł, mało kto mówi po angielsku, a nawet jeśli trochę mówi, to i tak woli po rosyjsku. Sasza, nasza mistrzyni kuchni, mimo skromnych warunków, raczy mnie trzy razy dziennie wspaniałymi daniami: tiramisu, zupą z łososia w wielu wariantach, kotletami z ryby, racuchami czy serownikami. Jest też owsianka lub granola, czasem kasza jaglana lub kukurydziana. Dla mnie raj! Dla mięsożerców próba charakteru. 

Nie mogę nie wspomnieć o raftingu na rzece Bystraja, choć na pewno nie należy on do czołówki najbardziej emocjonujących spływów na świecie, to ma swój urok i czar. Trasa jest długa, jestem na rzece cały dzień. Załoga, czyli my, musi się nieźle namachać wiosłami, by pokonać sprawnie cały odcinek. Nie ma co liczyć na prąd rzeki, trzeba wiosłować. W przerwie kapitan serwuje nad ogniskiem zupę, oczywiście uchę z łososia, którą przyrządza od samego początku na moich oczach. Świeżo złowiona ryba, warzywa, przyprawy i jest danie dnia. Pożywna zupa, do tego słonina i wódeczka. 

Drugie podejście pod lot helikopterem na misie jest bardziej owocne. W ostatniej chwili dostaję zgodę na lot. Od razu pełna mobilizacja, lot odbywa się wczesnym rankiem, taka wycieczka słono kosztuje i trwa sześć godzin. Podobno lipiec to gwarancja na spotkanie niedźwiedzi nad Jeziorem Kurylskim. Po godzinnym locie docieram na miejsce, ląduję bardzo łagodnie pośrodku niczego. Wraz z uzbrojonym strażnikiem idę do tamy, pod most, gdzie rzeka łączy się z jeziorem. Tu szansa na zobaczenie łososi i niedźwiedzi polujących na ryby jest największa. I rzeczywiście są, matka z gromadką młodych, piękny dorodny samiec, znany tu już chyba, bo przewodnik nazywa go imieniem Casanova. Klik, klik, kolejne setki zdjęć, ale ciągle mi mało. Jakby czytając w moich myślach, przewodnik zaprasza mnie jeszcze na rejs łódką po jeziorze, podobno na drugim brzegu są niedźwiedzie. Są? To za mało powiedziane, one tam leżą, chodzą, łowią, pływają w jeziorze, wylegują się na konarach drzew, przeprowadzają swoje młode, upragniony widok mam dla siebie przez godzinę. Kapitan nie wyłącza silnika, na wszelki wypadek monitorując okolicę, to jednak dzikie zwierzęta i trzeba mieć się na baczności. Kolejny przystanek podczas helikopterowej wycieczki to krater wulkanu, a potem gorące źródła. I sam przelot takim sprzętem z lądowaniem w najmniej oczekiwanych miejscach – to jest przygoda. 

Na zakończenie pobytu na Kamczatce robię jeszcze próbę wejścia na wulkan Mutnowsky. Po karkołomnej drodze po morzu lawy, docieram do obozowiska – umownego miejsca. Rozstawienie namiotu nie zajmuje mi zbyt wiele czasu. Teraz tylko kolacja i krótka noc, by następnego ranka wcześnie zaatakować wulkan. Podejście nie jest trudne, choć długie, dobre buty i kijki bardzo przydatne. Pogoda wytrzymuje, choć podobno już od południa zaciągnie się niebo i ma być deszcz. Na razie jednak błękit dookoła, gejzery, fumarole, dymiące stożki, siarkowe wyziewy, żółte jeziorka i niesamowite warstwowe skały. To przepiękne podsumowanie pobytu na Kamczatce. 

Pogoda dopisała, pozwalając zobaczyć najpiękniejsze oblicze Kamczatki, zauroczyła mnie na tyle, że poważnie rozważam powrót w te strony, by zobaczyć jeszcze więcej. Tym razem to będzie wyprawa zimą, bo czekają na mnie psie zaprzęgi, skutery śnieżne, zamarznięte wodospady.