fbpx

Specjalizuje się w metamorfozach – odważnych, radykalnych zmianach fryzur, bo efekt „wow” daje jej w pracy największą satysfakcję. Kameralny salon na Piątkowie prowadzi już od ponad piętnastu lat, ale każdy dzień stara się zaplanować tak, „żeby nie było nudy”. Poznajcie Anię Owczarczak, mistrzynię i pedagog fryzjerstwa, właścicielkę Salonu Ania. 

Rozmawia: Michał Gradowski 

Zdjęcia: Filip Olczak

Jak to się stało, że zostałaś fryzjerką? 

Ania Owczarczak: Chciałam być fotografką, ale tata – jeszcze kiedy byłam nastoletnią dziewczyną – zawiózł mnie pewnego dnia do salonu fryzjerskiego w Dusznikach i powiedział – to jest twoja szefowa, będziesz fryzjerką. Przez pierwszy rok dwa razy rezygnowałam, z płaczem wracałem do domu, ale stopniowo zaczynałam coraz bardziej lubić tę pracę. Dziś wiem, że to był świetny wybór i jestem wdzięczna tacie, choć już nie mogę mu podziękować osobiście, że tak pokierował moją karierą.   

Własny salon założyłam w 2003 roku na osiedlu Sobieskiego. Mieliśmy wtedy z mężem wziąć ślub, ale stwierdziliśmy, że najpierw rozkręcimy własny biznes. I tak ślub musieliśmy odłożyć na dwa lata. Dziś, po ponad piętnastu latach, mamy wierne grono stałych klientów. Wielu z nich przyjeżdża do nas nawet z Niemiec czy Holandii, bo tam na co dzień pracują.  Przychodzą do nas całe rodziny, często już także kolejne pokolenia, bo – choć nie mam jeszcze 40 czterdziestki – w przyszłym roku będę świętowała 25-lecie pracy. I mam też następcę – mój syn, który ma teraz trzy i pół roku, już obcina maskotki maszynką.  

Ciągle jeszcze zajmujesz się strzyżeniem i stylizacjami, czy już tylko zarządzaniem? 

A co to jest zarządzanie? (śmiech) Praca z klientami jest dla mnie ciągle najważniejsza, temu poświęcam najwięcej mojego czasu. Zamówienia, sprawy organizacyjne, odpowiadanie na wiadomości i maile – tym najczęściej zajmuję się „po godzinach”. Najważniejszy jest dla mnie kontakt z ludźmi – to najprzyjemniejsza część tej pracy. Każdy dzień jest pełen wrażeń, ostatnio miałam okazję skoczyć ze spadochronem i muszę powiedzieć, że cały dzień w salonie przynosi porównywalną porcję wrażeń. Fryzjer jest trochę jak psycholog, gdyby nie to, że – tak jak w przypadku tajemnicy spowiedzi, wszystkie te historie zatrzymuję dla siebie – mogłabym napisać książkę o perypetiach moich klientów. A najbardziej zwierzają się panowie. 

W moim salonie proporcje pomiędzy kobietami i mężczyznami rozkładają się mniej więcej pół na pół. Bardzo popularną usługą jest też koloryzacja męska – najczęściej wykonywana w tajemnicy przed żoną czy partnerką. 

Przeczytałem komentarze na profilu twojego salonu na Facebooku. Obok podziękowań za fachową obsługę i komfortową atmosferę, sporo jest też wpisów w stylu „jeśli rewolucje na głowie, to tylko tu”. Często wprowadzasz na głowach klientów radykalne zmiany? 

Lubię wyzwania, na tym koncentruję się zarówno w trakcie strzyżenia i stylizacji, jak i wybierając szkolenia, w których biorę udział – efekt „wow” jest dla mnie bardzo ważny. Często zdarza się, że ktoś wchodzi do salonu z długimi czarnymi włosami, a wychodzi z krótkimi blond. To dla mnie bardzo istotne, aby było widać efekty, żeby znajomi zauważyli różnicę, pytali o nową fryzurę. 

Czasem proces przekonywania klientki czy klienta do takiej dużej zmiany trwa trochę dłużej, ale zwykle udaje się osiągnąć efekt bardzo szybko, bo podobno mam dar przekonywania. A już po strzyżeniu bardzo często słyszę „żałuję, że tak późno!”. 

Oczywiście zawsze staram się też choć trochę poznać klienta, dowiedzieć się, jak się ubiera, jakie lubi kolory, jaką nosi biżuterię. Oprócz odpowiedniego dopasowania fryzury do kształt twarzy czy rodzaju cery, ważne jest też poznanie stylu danej osoby czy wykonywanego zawodu. Jednak nawet jeśli klient wybiera klasyczne fryzury, staram się, aby wyglądały elegancko, ale z pazurem.  

Co jest teraz modne? Trendy się już raczej zacierają albo trwają bardzo krótko. Modne są krótkie fryzury i włosy cięte linią prostą do ramion, a w przypadku koloryzacji najpopularniejsze są chłodne blondy, a obecnie – jesienne miedziane brązy. Nowa pora roku to dobra okazja do zmian – także w zakresie fryzury.  

Współpracujesz z włoską firmą Kemon. Czym się wyróżniają jej produkty? 

Jesteśmy od czterech lat platynowym partnerem tej firmy. Wszystkie włoskie kosmetyki wyróżniają się wysoką jakością, a produkty firmy Kemon powstają dodatkowo na bazie składników roślinnych, takich jak olejek kokosowy czy olejek abisyński. Są naturalne i zdrowe dla włosów, nie uczulają. Nawet zabieg koloryzacji, który – jak się powszechnie uważa – osłabia włosy, w tym przypadku zapewnia też odżywianie i nawilżanie włosów. Sama używam produktów tej firmy, więc mogę je z pełną odpowiedzialnością polecić.   

Poza codziennymi działaniami chętnie angażujesz się też w inicjatywy charytatywne. Jakie projekty wspieracie?

W tym roku jako salon włączyliśmy się w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Od rana do wieczora przyjmowaliśmy klientów, a cały dochód z tego dnia trafił do puszki WOŚP-u. Już 12 stycznia kolejna edycja tego niezwykłego wydarzenia, w którym ponownie weźmiemy udział. Liczymy na świetną zabawę i spory utarg. Współpracujemy też z Fundacją Rak’n’Roll, która jest organizatorem akcji „Daj włos!” – włosy obcięte w odpowiedni sposób w naszym salonie są wykorzystywane do robienia peruk dla kobiet w trakcie chemioterapii. Jesteśmy bardzo zżyci z lokalną społecznością, zaufało nam wielu klientów, chcemy się więc podzielić tym sukcesem. 

I na koniec ostatnie pytanie: kto strzyże właścicielkę Salonu Ania? 

Najczęściej jedna z moich fryzjerek, choć jest to klasyczny przypadek powiedzenia „szewc bez butów chodzi”, bo na własną fryzurę najczęściej brakuje czasu. Kiedy fryzjer ma najgorszą fryzuję? W Sylwestra, bo cały dzień pracuje. U mnie takie zainteresowanie jak w Sylwestra jest przez wiele dni w ciągu roku. Mąż, który jest dla mnie ogromnym wsparciem, zawsze się śmieje, że prowadzę wyjątkowy biznes, bo popyt przewyższa podaż, a nawet jeśli ktoś wybierze inny salon, najczęściej i tak wraca później do nas.