fbpx

Cudowna, ciepła, autentyczna. Bez zadęcia i bez maniery gwiazd. Nienarzucająca się. Mająca w sobie ogromne pokłady spokoju. Kobieta spełniona i zawodowo, i prywatnie. Szczęśliwa żona i mama. Dojrzała, odpowiedzialna, wyważona w podejmowaniu decyzji. Teraz zachwyca nas swoją nową płytą Przebudzenie.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska 

Zdjęcia: Ola Bodnaruś, Patrycja Toczyńska

Kiedy zrozumiała Pani, że muzyka to ważny aspekt Pani życia, który ukierunkował drogę zawodową?

Ania Rusowicz: To wyszło bardzo spontanicznie. Kończyłam studia, psychologię. I tak naprawdę miałam pomysł na siebie, na swoje życie. Wybrałam ścieżkę związaną z psychologią, a wydarzyło się coś kompletnie innego, niespodziewanego. Z płyty Mój Big-Bit, która miała być niezobowiązująca, narodziła się płyta debiutancka. Nikt nie sądził w ogóle, że w tym moim materiale muzycznym jest jakikolwiek potencjał. Nie wierzono, że taka koncepcja muzyczna znajdzie odbiorców, trafi do słuchaczy. Ja sama nawet nie wiedziałam, że tak umiem śpiewać. (śmiech) To było dla mnie zupełnie odkrywcze, a także dla mojego otoczenia. Praktycznie żadna wytwórnia nie chciała tego wydać, bo nie widziała w tych melodiach, dźwiękach siły rynkowej, siły przebicia. Ja nikogo nie udaję w moich piosenkach, jestem sobą. Gdy startowałam z Moim Big-Bitem było to zupełną innowacją, może wręcz taka muzyka uważana była za niemodną, przestarzałą. Nikt nie eksperymentował z tym brzmieniem. Może ciut Ania Dąbrowska robiła takie quasi-retro, ale muzycznie to był wciąż pop. Wytwórnia w niewielkim nakładzie wprowadziła tę płytę Mój Big-Bit na rynek. Naprawdę muszę przyznać, że związanie mojej drogi życiowej z muzyką zostało wykreowane przez odbiorców, słuchaczy. Moja muzyka nabrała sensu dzięki ludziom.

Piosenki i teledyski, chociażby Ślepa Miłość, czy Ja i Ty, gdzie występuje Pani z Lesławem Żurkiem, osadzone są w klimacie i stylu lat 60. lub 70. Aranżacja, Pani stroje, dźwięki – wszystko to tkwi korzeniami w epoce retro. Czy tak sklasyfikowałaby Pani rodzaj muzyki, którą Pani wykonuje?

Ciężko powiedzieć… Nie chcę się zamykać na różne gatunki. Tworząc muzykę, wydawałoby się starszą duchem, przepuszczam ją przez filtr nowoczesności, czyli przez siebie. Sama do wszystkiego dochodziłam. Nikt mnie nie ukierunkowywał muzycznie. Byłam wychowywana w domu, gdzie w zasadzie nie przywiązywano uwagi do muzyki, był kult medycyny. Mój przybrany ojciec to lekarz, a przybrana mama to nauczycielka. Nie miałam styczności z muzyką, z życiem scenicznym – tak jak wielu artystów wspomina swoje początki i dom rodzinny. Nigdy nie kierowałam się w stronę lat 60. – to wyszło samo z siebie… Z zupełnie nieprzymuszonej woli. Trochę przypadkiem, niezobowiązująco. Dlatego pierwszą płytę nazwałam Mój Big-Bit, bo to moja indywidualna, nienarzucona, interpretacja, bez większych inspiracji. Zaufałam swojej intuicji i tak ta płyta powstała.

Będąc nastolatką, jakiej muzyki Pani słuchała? Jakich wykonawców?

W liceum miałam taki okres i słuchałam nagminnie Metalliki, Queen i Sinéad O’Connor. W podstawówce natomiast wpływy dyskotekowe: (śmiech) Ace of Base, Backstreet Boys. To są moje czasy. 

Proszę uchylić rąbka tajemnicy co od najnowszego projektu muzycznego, nowej płyty.

Na mnie wpływają obrazy. Jestem wzrokowcem. Doświadczenia podróżnicze, wizualne bardzo działają na moją wyobraźnię i pomagają mi tworzyć teksty. Najnowsza płyta zatytułowana Przebudzenie była inspirowana właśnie naszymi podróżami do Luizjany, do Nowego Orleanu. Tam zobaczyłam i poznałam kolebkę muzyki, którą właściwie tworzę. Przebudzenie to zbiór moich podróży, wypraw, widoków, uchwyconych wspomnień, ale i podróży w głąb siebie. Uwielbiam instrumenty dęte. Aż kiedyś powiedziałam do mojego męża, że chciałabym grać z „dętkami”, jak Janis Joplin. Czuję moc w takich instrumentach. I trochę przeformowałam skład zespołu, bo gram na klawiszach, żeby móc zaprosić do zespołu „dętki”. (śmiech) Dlatego o tym wspominam, bo Przebudzenie jest płytą nawiązującą do nowoorleańskiej mody na trąbkę, saksofon, instrumenty dęte, których pełno na tamtejszych ulicach. 

Pani została producentką płyty Przebudzenie? 

Tak, tę płytę wyprodukowałam sama, bo stwierdziłam, iż wszystkie odpowiedzi tkwią we mnie. Kto ma znać się na tej muzyce? (śmiech) Długo z tym walczyłam, ale popatrzyłam np. na Basię Wrońską, która dzielnie stawia kroki i sama też wyprodukowała swoją płytę. Więc stwierdziłam, że jak ona potrafi, to ja też. Zespół mi bardzo pomógł, ale ostateczną, producencką pracę wykonałam sama. Jestem autorką, producentką i Zosią Samosią. (śmiech)

Czy trasa koncertowa dotycząca Przebudzenia już jest zaplanowana?

Z jednej strony jestem w gorącej wodzie kąpana. Już bym chciała szybko zaczynać… A z drugiej strony mam takie przeświadczenie, że „co nagle, to po diable”. Lubię dawać ludziom taką chwilę na oswojenie, zastanowienie się nad moim materiałem muzycznym. Nie mam ekspansywnej natury, żeby „zalać” ludzi sobą, żeby wciskać im siebie do granic możliwości – tak jak to czynią inni. Uważam, że jak ktoś lubi mój wokal, moją muzykę, to taki odbiorca mnie znajdzie. Nie jestem za tym, aby agresywnie wchodzić ludziom do głów. Obecnie funkcjonuje moda na „jaranie się kimś lub czymś”. Nie chcę, żeby się ludzie mną jarali, tylko wolę, żeby słuchali mojej muzyki. Ten, kto z rozwagą wsłuchuje się w tekst i dźwięki, być może będzie moim fanem już na całe lata. A jeśli ktoś się ekscytuje często na pokaz, to jest to mechanizm krótkotrwały. Tak działa obecnie biznes muzyczny. Jest jak istna trampolina, z której wyskakują nowi ludzie i robi się z nich wielkie gwiazdy, bo jest potrzeba w społeczeństwie takiego wystawiania ludzi na piedestały, na wielką scenę, często bez przygotowania muzycznego, bez wiedzy i doświadczenia. Kiedyś trzeba było pokazać swój dorobek artystyczny, uargumentować, że jest się dobrym muzykiem, wokalistą. A teraz „pach” i już się ma miliony odtworzeń na YouTubie i jest się wielką gwiazdą. To kompletne zachwianie autorytetów i wartości. 

Funkcjonuje Pani na płaszczyźnie muzycznej bez zachłyśnięcia się tym show-biznesem, bez afirmacji pseudoshow-biznesem często związanym z obłudą, hipokryzją i sztucznymi uśmiechami. Czy tak łatwiej żyć? Trochę na uboczu? 

Nie wiem, bo musiałabym mieć jakieś porównanie. Żyję w zgodzie z sobą samą, ze swoimi potrzebami i własną prawdą. Nie zachłystuję się wielkim światem muzyki. To jest klucz do mojej bajki. Nie umiem i nawet nie chcę oceniać innych ludzi, którym takie życie w show-biznesie odpowiada. Pewnie trzeba mieć odpowiednią osobowość podczas aktualnie stosowanego procesu, czyli szybkiego windowania nowej gwiazdy scenicznej, a potem upadku z wielkiej wysokości. Ja zawsze twierdzę, że „małą łyżką też da się najeść”. Jestem w ogóle bardzo szczęśliwa, mając to, co mam, co osiągnęłam sama. Nigdy nie przypuszczałam, że będę śpiewać i jeszcze żyć ze śpiewania. Nie miałam takich planów muzycznych, ale jestem ogromnie szczęśliwa, że tak ułożyła się moja droga życiowa. Jestem nawet  turbo szczęśliwa! (śmiech) Wiem, że się spełniam, nie tracąc przy tym siebie, swojej osobowości, swoich wartości moralnych i nie idąc na sztuczne kompromisy. Ja nie mam takich dylematów, bo mam swój muzyczny ogródek, który pielęgnuję. Moją niszę, moją bajkę. Wiem doskonale, że jestem outsiderem dla show-biznesu, bo nie wpisuję się w dzisiejsze mody i trendy. Bardzo dbam o ten swój osobisty sukces, bez bywania i pokazywania się wszędzie tam, gdzie nie chciałabym być. Dla mnie miarą sukcesu jest moje wewnętrzne szczęście i satysfakcja, tworzenie muzyki i życie z niej tu, w Polsce. To już jest sukces obiektywny, nie tylko osobisty.

Jakie osoby kreują Pani przestrzeń muzyczną?

Wokół mnie znajdują się ludzie o podobnej wrażliwości i muzycznej, i życiowej. Empatyczni, umiejący słuchać. Może przez te fluidy płynące z muzyki. (śmiech) Oni to wiedzą, czują mój sposób myślenia i zatem podobnie funkcjonują w rzeczywistości. To są ludzie, którzy nie idą za modami, nie zachłystują się tym blichtrem i sztucznością. Mają swój system wartości, żyją według własnych zasad. Tak widzę swoich odbiorców.

Z jakimi artystami, którzy mają podobną mentalność, podobny światopogląd, lubi Pani współpracować?

Tu, na polskim rynku, moim bratem muzycznym jest Kuba Galiński, z którym wykreowałam pierwszą płytę, zrobiłam moje alter ego, czyli stworzyłam zespół niXes.

 Jakiej muzyki Pani słucha? 

Przeróżnej, bo ja jestem ciekawa świata i ludzi. Teraz jest bardzo dużo dobrej muzyki, trzeba tylko ją odszukać. Tak jak większość osób, przeglądam często Spotify i szukam nowych dźwięków. Też ulegam temu mechanizmowi szukania wciąż nowej muzyki, inspiracji. U nas w domu wyznacznikiem stabilizacji, równowagi i powrotu do dobrych, starych brzmień jest gramofon. Codziennie do śniadania włączamy sobie płytę winylową i to powoduje, że mamy swój stały ląd.

Pozostawiając z tyłu muzykę, chciałam zapytać o kompletnie inną kwestię. Czym dla Pani jest macierzyństwo? 

To jest ogromna odpowiedzialność i świadomość. Poczucie spełnienia i dojrzałości. Ogromna miłość. Wiele osób mówi na mnie babcia Ania (śmiech), z racji tego, że ja jestem starsza mentalnie niż w rzeczywistości jestem, niż mam to zapisane w metryce. I tak też odbierają mnie znajomi. Nie można jednak mylić starości z dojrzałością. (śmiech) Jestem więc dojrzałą mamą. Choć mam wielki lęk o tę osobę, którą bardzo kocham. Miłość obezwładnia…

W lirycznej piosence śpiewa Pani „Zostawmy to, co było. Przeżyjmy to, co jest. Tak wiele się zdarzyło i przydarzy jeszcze się…”. Czego Pani życzyć, aby się przydarzyło? 

To, co ma być, to będzie. Wiele jest zapisane w gwiazdach, jednak duży wpływ na nasze życie mamy my sami. Jak my kształtujemy to nasze życie codziennymi decyzjami. Robię wszystko, żeby było dobrze. Życzę więc sobie, aby Kosmos był dla mnie łaskawy. (śmiech)