fbpx

O czasach przełomu, prowincjonalnym polskim szołbiznesie, filmowych wariatach i lewackiej spowiedzi rozmawiamy z Karoliną Korwin Piotrowską, jedną z najbardziej wpływowych i opiniotwórczych kobiet w Polsce

Rozmawia: Michał Gradowski 

Zdjęcie: Jacek Taran

Pierwsza reakcja, kiedy dostała Pani zaproszenie do Poznania na spotkanie Ligi Kobiet Sukcesu? 

Roześmiałam się, bo nie uważam się za człowieka sukcesu, ale ponieważ zostałam zaproszona po to, aby opowiedzieć o kobietach w mediach, stwierdziłam: no dobrze, 22 lata pracuję w tej branży, mogę się tym podzielić. 

Pamiętam jeszcze czasy analogowe, kiedy kobietom nie wytykano ich wyglądu, wieku, ale też kiedy w ogóle nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest coś takiego jak dyskryminacja ze względu na płeć. Media – zarówno w szerzeniu, jak i zwalczaniu tej dyskryminacji – odgrywają kluczową rolę. 

Naprawdę nie czuje się Pani kobietą sukcesu? 

Dla siebie samej – tak, ale w potocznym rozumieniu – nie do końca. Mieszkanie mam w kredycie, czasami brakuje mi do pierwszego, ale jak na kobietę urodzoną w Polsce, nie jest najgorzej. Poza tym jestem osobą, która nigdy nie jest w 100% zadowolona, zawsze mnie coś uwiera. 

Zadowolona z siebie czy z rzeczywistości?  

Z siebie bardziej, bo z rzeczywistością dziś jest o wiele trudniej. Żyjemy w czasach, kiedy jedna epoka już się skończyła, a druga jeszcze nie nadeszła. Mam poczucie schyłkowości pewnych zjawisk, ludzi, historii. Przekonanie, że rosnąca świadomość tego, jak bezpowrotnie niszczymy świat, przyszła za późno. Przez wiele lat żyliśmy w złudnym poczuciu, że życie jest jak gra komputerowa, że możemy cofnąć czas. Słyszałam, że ludzie, którzy kupują teraz dom nad morzem pytają: czy kiedy nastąpi katastrofa klimatyczna ta działka będzie jeszcze nad czy już pod wodą? Rok temu wszyscy śmialiby się z takiego pytania. Katastrofa nadchodzi. Musimy się z tym zmierzyć. 

Trudno jest być dzisiaj optymistą. Tempo, w jakim zaczynamy głupieć, jest zatrważające. Kierują nami ludzie nie do końca normalni, nie bardzo świadomi, którzy, podejmując decyzje, myślą przede wszystkim o swoim portfelu, a nie o przyszłości świata. Narastają tendencje nacjonalistyczne, rasistowskie, homofobiczne, a tolerancja, która kiedyś była powodem do dumy, dziś w niektórych środowiskach staje się obciachem. Do niedawna mogło się wydawać, że odrobiliśmy lekcję europejskości, lekcję bycia we wspólnocie, ale to była wielka ułuda. Choć zawsze wychodziłam z założenia, że będę się śmiała na własnym pogrzebie – już nie jest mi do śmiechu. 

Z drugiej strony jednak codziennie zbieram dowody na to, że ludzie są dobrzy. To okoliczności czasem czynią ich haniebnymi. Problem w tym, że o takie okoliczności jest dziś bardzo łatwo.   

Co jeszcze Panią uwiera w rzeczywistości? 

Jak pomyślę, że już niedługo sztuczna inteligencja będzie nie tylko obsługiwać nas w sklepie, ale także wybierać za nas książki, muzykę i filmy – to jestem przerażona. Choć może sam fakt, że potrzeba obcowania z kulturą przetrwa, nie jest najgorszą perspektywą. Rozmawiałam niedawno z przyjacielem na temat „Wehikułu czasu” Herberta Wellsa. Film z 1960 roku na podstawie tej książki, który obejrzałam po raz pierwszy wiele lat temu, wywarł na mnie ogromne wrażenie, a dziś jego przesłanie staje się coraz bardziej aktualne. Główny bohater filmu, naukowiec, przenosi się w przyszłość, w lata 70. XXI wieku, bo myśli, że świat będzie wtedy piękny i wspaniały. Spotyka tam jednak Elojów, pięknych, bezmyślnych ludzi, którzy są wpatrzeni w swoje odbicia, jak my dzisiaj na Instagramie, nieświadomi, zainteresowani tylko zabawą. Trudno się z nimi porozumieć, bo myślą wyłącznie o sobie i brakuje im empatii. Ludzkość sprowadzona jest tu do dwóch plemion Elojów i Morloków – jedno jest piękne i zupełnie bezrefleksyjne, drugie – brzydkie i silne. Kiedy główny bohater wchodzi do biblioteki i chwyta książkę, rozsypuje mu się w rękach, bo nikt już nie czyta. Ta scena prześladuje mnie mniej więcej od roku, dlatego kiedy słyszę, że coś jest „zabawne”, przeszywa mnie dreszcz, bo wszystko jest dziś tylko bezmyślną zabawą.  

Czy to refleksja osoby, która przez wiele lat była w centrum tzw. szołbiznesu? Patrząc z perspektywy czasu na wszystkie swoje aktywności medialne – która z nich wydaje się Pani najbardziej trafiona, a która najmniej? 

Niczego nie żałuję, wszystkie decyzje były przemyślane, choć ich efekt czasem mnie zaskakiwał – pozytywnie lub negatywnie. Zawsze kiedy wchodziłam w jakiś nowy projekt, robiłam to z pełnym przekonaniem i zaangażowaniem, bo inaczej nie potrafię. Po 12 latach „Magla towarzyskiego” byłam już jednak koszmarnie zmęczona i znudzona tym światem. Zdałam sobie sprawę, że w polskim szołbiznesie nigdy nie będzie takiej jakości, takich pieniędzy jak w Stanach. Na zawsze pozostanie biedny, prowincjonalny, karykaturalny i przede wszystkim potwornie głupi. Posiedziałam w szołbiznesowym mainstreamie, bardzo wiele się nauczyłam, poznałam od podszewki świat popkultury i mediów, ale ten etap uważam ostatecznie za zamknięty. To wielka ulga i najlepszy prezent, jaki mogłam sobie zrobić.

Świat sztuki, w którym jest artyzm, ambicja, pewna doza szaleństwa – to jest ten obszar, w którym możemy konkurować ze światem, a dla mnie najbardziej wartościowe były zawsze projekty filmowe. Świat filmu jest pełen fantastycznych wariatów, ale ja też nie jestem do końca normalna, więc znajduję tam wiele pokrewnych dusz. 

Nie ma Pani wrażenia, że charyzmy, talentu, umiejętności było kiedyś więcej wśród ludzi, którzy brylują w mediach? 

To nie jest kwestia braku talentów i umiejętności, ale tego, co pokazują dziś media. A media obecnie wybierają głównie kolorowe pustaki, które są słupami reklamowymi i raczą nas wygładzoną twarzą, idiotycznymi skandalikami i bezmyślnym spojrzeniem. Daleko jednak nie trzeba szukać. Zosia Wichłacz podzieliła się niedawno zdjęciami z premiery serialu BBC One „World on Fire”, w którym gra jedną z głównych ról. Marcin Dorociński gra główną rolę w serialu Netflixa. Sandra Drzymalska, która zagrała główną rolę w filmie „Sole” Carlo Sironiego, niedawno wróciła z Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji i Toronto, gdzie zebrała świetne recenzje. „Boże ciało” Janka Komasy właśnie wyrusza w światowe tournée, choć film w Polsce nawet jeszcze nie miał premiery, jest polskim kandydatem do Oskara. Takich przykładów można by mnożyć, ale mainstreamowych mediów to nie interesuje. Najlepszych polskich aktorów, takich jak: Ogrodnik, Fabijański, Ostaszewska, Wesołowska, Buzek, Braciak, Rycembel, nie znajdziemy na kolorowych portalach. I dobrze w sumie. Kontekst taniości i sztuczności nie jest im do niczego potrzebny.

W tych mainstreamowych mediach przez wiele lat była Pani swego rodzaju objawieniem, ale też postacią, do której przypięto łatkę osoby napastliwej, bezlitosnej, zimnej. Pani prywatnie i pani w mediach to zupełnie inne osoby? 

Oczywiście. W pracy dziennikarza im bardziej ktoś jest wyrazisty, kontrowersyjny – tym lepiej. Dosadny język, wyrazistość, z którą się urodziłam i żyłam, ale z której istnienia i wpływu na innych przed wejściem do świata mediów nie zdawałam sobie sprawy, stała się moim atutem, ale nie było w tym żadnej kreacji. Nigdy nie próbowałam też walczyć z gębą przyprawioną mi przez media – jeśli ludzie chcą patrzeć powierzchownie, płytko, to tylko ich problem. Ja po prostu robiłam swoje, nie oglądając się na innych, jednocześnie chroniąc swoją prywatność i broniąc się przed światem na moich warunkach. 

Zawsze byłam introwertyczna. Uważam, że w świecie, w którym jesteśmy inwigilowani przez własne smartfony, jedyne co nam pozostaje, to odrobina intymności. Dlatego, kiedy dawno temu dostałam pierwszą propozycję sesji zdjęciowej z moim chłopakiem do kolorowej gazety, odmówiłam i w kontaktach z mediami przyjęłam na zawsze strategię „nic o mnie nie wiecie”. I tak jest do teraz. Parę osobistych historii, jako punkt wyjścia do szerszej opowieści, będzie można za to znaleźć w mojej nowej książce, napisanej wspólnie z Grzegorzem Kramerem. To trochę moja spowiedź – człowieka, który od 13 lat nie był w kościele i w najbliższym czasie na pewno się nie wybiera.  

Oficjalna premiera tej książki „#WRZENIE. Lewaczka, ksiądz i polski kocioł” – już 16 października. Czym są tytułowe wrzenie i polski kocioł? 

Nie chciałbym za wiele zdradzać – powiem tylko, że jedna z ważnych dla mnie osób po przeczytaniu tej książki powiedziała, że nikt w Polsce nigdy nie rozmawiał w ten sposób z księdzem, że może być ona przełomem i szokiem dla wielu osób. Po pierwszym spotkaniu na temat książki jestem pod wrażeniem tego, jak działa na odbiorców. Trochę się zdziwiłam, kiedy Wydawnictwo WAM zgłosiło się z tą propozycją akurat do mnie, ale podobno byłam ich pierwszym wyborem. Może szukali kogoś na tyle bezczelnego, że zada pytania, które każdy z nas chciałby zadać księdzu, ale się boi. Ja jestem tytułową lewaczką, jezuita Grzegorz Kramer tytułowym księdzem, kłócimy się, jesteśmy złośliwi, ironiczni, ale – pomimo diametralnie różnych opinii na wiele spraw – potrafiliśmy usiąść przy jednym stole i kulturalnie się pospierać. Spotykaliśmy się w realu – czyli zrobiliśmy coś, co ludzie robią już coraz rzadziej – przegadaliśmy kilkadziesiąt godzin w bardzo burzliwym dla polskiego kościoła okresie. A na końcu ani Grzegorz, ani ja niczego nie wycięliśmy z tej rozmowy. Zrobiliśmy coś, na co wielu dzisiaj nie stać – ponosimy odpowiedzialność za swoje słowa. M.in. dlatego jestem dumna z tego projektu.  

To jeszcze ostatnie pytanie: podoba się Pani Poznań? 

Bardzo się zmienia na plus – pod względem atmosfery, liczby urokliwych miejsc. To nowoczesne, w 100% europejskie miasto, zero polskiej prowincjonalności, czyli daleko od szołbiznesu.