fbpx

Bezpretensjonalny, otwarty, szybko skraca dystans – taki jest Remik Świątek, dyrektor oddziału w firmie MB Motors sp. z o.o., która w tym roku obchodzi dziesięciolecie istnienia. Pracuje w niej od początku, jest dobrym duchem tego miejsca, bo wierzy, że partnerskie relacje i przyjazna atmosfera to najlepszy sposób nie tylko na sprzedaż luksusowych samochodów, ale tak zwyczajnie – na życie.

Rozmawia: Michał Gradowski 

Jesteś dyrektorem poznańskiego oddziału MB Motors, w którym można kupić samochody za setki tysięcy złotych, a dziś w pracy podobno wyrywałeś chwasty… 

Niedawno stawialiśmy przed biurem pylon reklamowy. Po pracach budowlanych trawę trzeba było posiać na nowo. A jak się sieje trawę, to wiadomo – dużo szybciej rosną chwasty. Kiedy dzisiaj przyszedłem do pracy i zobaczyłem te chwasty, nie zastanawiając się długo, w garniturze, tak jak stałem, zacząłem je wyrywać. Wtedy podszedł do mnie klient, który akurat przyjechał do salonu, pożartował, że rzodkiewkę wyrywam, a na końcu powiedział: „co, szef kazał?”. Trochę go zamurowało, kiedy powiedziałem, że ja tu jestem szefem. 

Pierwszego sierpnia minęło dziesięć lat firmy MB Motors, a ja jestem w niej od samego początku. Zaczynałem od funkcji dyrektora sprzedaży, dziś zarządzam całym oddziałem. Staram się być dobrym duchem tego miejsca i swoją postawą i podejściem do pracy dawać przykład. Cały zespół liczy około siedemdziesięciu osób, dziewięć jest z nami od samego początku, wszyscy tworzą ekipę oddanych firmie ludzi, którzy wiedzą, o co chodzi w tej robocie. Niekiedy trzeba ich nawet hamować. Niedawno, kiedy w blacharnio-lakierni wcześniej zaplanowane urlopy nieszczęśliwie zbiegły się z chorobą pracowników, szef serwisu zdjął garnitur i od szóstej rano pracował na blacharni. Lakiernicy nie mogli za nim nadążyć. 

Zaczynaliśmy w Poznaniu od zera, inni dealerzy marki Mercedes-Benz działali tutaj od kilku lat. Większość naszych pierwszych klientów była zainteresowana modelami klasy A czy B, a są z nami do teraz, rozwijamy się razem. Dziś wybierają już spośród znacznie szerszej oferty modeli Mercedesa. 

Pamiętasz swoje pierwsze sprzedane auto? 

To było dwadzieścia dwa lata temu. Skończyłem szkołę zawodową, później technikum samochodowe i myślałem o tym, co zrobić, żeby nie wzięli mnie do wojska. Miałem wtedy w pamięci jak mój ojciec kupował Fiata Punto w tzw. akcji złomowania, oddając Fiata 125p – spodobała mi się praca sprzedawcy, więc – kiedy przyszło mi szukać pracy – pomyślałem: „a może to jest dla mnie?”. Był rok 1997, piękna koreańska marka Daewoo wchodziła wtedy na polski rynek, a firma Auto Coma, działająca wówczas przy Rondzie Obornickim, szukała sprzedawców. Kiedy ja zacząłem pracę, na rynek wchodziły trzy nowe modele: Lanos, Nubira, Leganza. Któryś z nich był pewnie moim pierwszym sprzedanym autem, a może była to Nexia, Tico lub Espero? Nie pamiętam, ale pewnie tych modeli też już nikt nie pamięta. Niedługo później pojawiły się Matizy. Obowiązywały na nie wtedy zapisy, działał komitet kolejkowy, jeśli srebrną kartę rezerwacyjną zamieniło się na złotą – było się już naprawdę blisko nowego samochodu. Dziennie sprzedawaliśmy nawet dwadzieścia trzy auta, choć 500 m dalej był kolejny salon Daewoo, a na ul. Lechickiej działał kolejny. Ciekawe to były czasy, ale Auto Comę będę wspominał zawsze z dużym sentymentem, bo to tam wyrosłem jako sprzedawca, tam – mimo młodego wieku – dano mi szansę.

 

Z dzisiejszej perspektywy brzmi to jak prehistoria, bo obecnie zarządzasz jednym z oddziałów giganta na rynku sprzedaży samochodów. Jak Ci się pracuje w korporacji? 

Jesteśmy częścią Emil Frey Polska, jednej z największych grup motoryzacyjnych w Europie, która w Polsce ma dwanaście salonów i serwisów samochodowych, w tym trzy, a już niedługo cztery marki Mercedes-Benz. Cały czas rośniemy i się rozwijamy. To prawda, jesteśmy częścią korporacji, ale rozsądnie zarządzanej, więc widzę same plusy tej sytuacji. Rozbudowane procedury działania mogę wydawać się niepotrzebną biurokracją, ale wprowadzają ład. Emil Frey Polska stawia też na work-life balance, nie ma wyścigu szczurów, a to sprzyja produktywności. 

Firma jest szwajcarska, prezesem jest Holender, a Holendrzy jak wiadomo są bardzo podobni do poznaniaków – lubią pracować i nie lubią wydawać pieniędzy…. W zarządzie zasiadają też Polacy, a to multikulti daje możliwość wymiany doświadczeń z różnych krajów i jest naszym dużym atutem. 

Prezes często przyjeżdża? 

Jeśli prezes chce odwiedzić jakiś oddział – raczej pojedzie do Trójmiasta czy na Śląsk, gdzie działają po dwa salony niż do Poznania. Poza tym staramy się, żeby nie miał powodów do wizyty. (śmiech) A odpowiadając bardziej serio – uważam, że wymalowanie trawy na zielono na przyjazd prezesa, dyrektora czy brand managera niczego nie zmienia. Taka wizyta gospodarska raczej utrudnia, niż ułatwia codzienne operacyjne działanie. Każdego dnia skupiamy się na wysokim poziomie obsługi klienta, bo to ostatecznie od niego zależy rentowność naszej firmy. Wyznaję zasadę, że to klient płaci mi wynagrodzenie – pracodawca jedynie wykonuje przelew na konto. To na wizytę klientów staramy się być jak najlepiej przygotowani.  

Choć spotkania z „centralą” bywają też inspirujące. Nasz poprzedni prezes często prezentował slajd winners-losers, pokazujący, jak myślą umowni zwycięzcy, a jak przegrani: see possibilities, not difficulties, dostrzegaj szanse, a nie zagrożenia, see the gain, not the pain, skup się na celu, a nie na trudnościach. Kiedy odwiedzał firmę nie pytał How is the business?, ale What’s the plan?. Taki sposób myślenia jest mi bliski. Nie mamy wpływu na to, co już się stało, ale możemy wykreować nową rzeczywistość. Nie strzelisz bramki, jeśli nie kopniesz piłki w jej stronę. Od zaawansowanych rysunków taktycznych à la Jacek Gmoch nic się nie zmieni. Z samej analizy nie ma efektów, ale na pewno może przynieść je akcja. 

Trudno się dzisiaj sprzedaje samochody?

Obecnie klient, który przychodzi do salonu, odwiedził go już wcześniej kilkanaście razy – wirtualnie. Zna wszystkie konfiguracje wyposażenia dostępne dla danego modelu, doskonale wie, czego chce. Prawie się już nie zdarza, że osoba zainteresowana zakupem nowego auta jeździ od salonu do salonu, porównując ofertę różnych marek. Jedyna rzecz, której nie można zrobić przez Internet, to jazda testowa, a w przypadku Mercedesa bardzo rzadko ten czynnik nie zadziała – sama magia gwiazdy na kierownicy daje nam na wstępie kilka punktów przewagi nad konkurencją.  

Nasi klienci mają wysoki poziom samoświadomości, wysokie poczucie własnej wartości. Wiedzą, że przyszli kupić luksusowy samochód, bo ich na to stać. Nie trzeba przed nimi rozwijać czerwonych dywanów, podawać kawy w filiżankach od Rosenthala. Chcą spotkać się po drugiej stronie stołu partnera, który zapewni im najwyższy poziom obsługi, z którym miło spędzą czas. Osobę, która utwierdzi ich w przekonaniu, że przyjście to tego salonu to był dobry wybór, że warto wydać tutaj swoje ciężko zarobione pieniądze. Klient marek premium jest w stanie zapłacić więcej za dobrą obsługę, atmosferę, przywiązuje się raczej do miejsca niż do konkretnego handlowca. Dlatego tak ważne są drobne gesty, pokazujące klientom, że są dla nas ważni. 

Nie lubię samochodów, tzn. nie jestem pasjonatem motoryzacji i nie staram się tego ukryć – nie ekscytuję się momentem obrotowym czy wyścigami F1. Ale lubię ludzi i wiem, że to w tej pracy bardzo ważne, to właśnie kontakt z nimi daje mi największą frajdę w mojej pracy. 

Jakim szefem jest Remik Świątek? 

O to trzeba by zapytać moich pracowników, ale na pewno unikam zadęcia, uważam, że to nic nie wnosi. Raczej buduję mosty niż mury i do tego też namawiam moich handlowców. Bardzo nie lubię, jak mi się „dyrektoruje” i „panuje”, nie lubię swojego imienia, więc wszyscy wiedzą, że jestem Remik, a nie Remigiusz. Jeżeli obie strony wiedzą, gdzie jest granica, taki partnerski układ doskonale się sprawdza. Staram się być sobą, pozostać naturalny. Do amerykańskiego luzu typu, gdzie dzieci mówią do Ciebie po imieniu jest mi bardzo daleko, ale w pracy, w relacjach międzyludzkich skracam dystans.  

Kiedyś wszystko chciałem robić sam, ale z biegiem lat nauczyłem się już delegowania zadań – dzięki temu współpracuje ze mną zespół w pełni samodzielnych ludzi, którym mogę zaufać. Kiedy jadę za urlop, nie zajmuję się pracą, komputer zostaje w biurze, nie sprawdzam maili w telefonie, a połączenia zawsze przekierowuję na mojego zastępcę, co czasem prowadzi do zabawnych historii, kiedy nawet moje dzieci słyszą w słuchawce „cześć, tu Łukasz”. (śmiech) Z mojego doświadczenia wynika, że większość przypadków, kiedy pracownik przychodzi do szefa nie wynika z tego, że czegoś nie wie – najczęściej przychodzi po alibi. Staram się, aby moi pracownicy nie potrzebowali alibi.  

Życie mnie nauczyło, żeby trzymać się ziemi, zwłaszcza po tym, kiedy sam boleśnie odczułem z nią zderzenie (śmiech) i tę zasadę stosuję też w pracy.  

Staram się nie spocząć na laurach, nie myśleć, że wszystko jest dane raz na zawsze, żeby nie było jak w Kilerze: „Czy tobie czasem, Wąski, sufit na łeb się nie spadł?”.

W Twoim gabinecie nad biurkiem wiszą dwie piłkarskie koszulki – Bartosza Bosackiego z numerem 19 i Roberta Lewandowskiego z 9. Gadżety, czy coś więcej?  

Zdecydowanie coś więcej. Z Bartkiem przyjaźnimy się chyba od 2003 roku, kiedy sprzedałem mu szare Audi A4 Avant. To skryty, ale bardzo lojalny człowiek. Zawsze mogłem na niego liczyć. Znamy się jak łyse konie, choć z nas obu to ja raczej częściej rżę. (śmiech) Bartek od wielu lat jest też ambasadorem MB Motors Poznań. 

Roberta Lewandowskiego pierwszy raz spotkałem na żywo, kiedy grał jeszcze w Lechu. Było to dziesięć lat temu, kiedy wchodziliśmy na poznański rynek, mieliśmy wtedy stoisko promocyjne w jednym z centrów handlowych. Podszedł, by zapytać o B klasę dla mamy. Ciekawe, czy to jeszcze pamięta? Dziś zdarza nam się z Bartkiem pojechać na mecz do Monachium, by dopingować Lewego i oczywiście przywieźć np. koszulkę z autografem, która w większości przypadków trafia później na aukcję charytatywną. 

Nasza firma bardzo szybko się rozrasta, systematycznie powiększa się nasz zespół, to już moje trzecie biuro, najmniejsze z dotychczasowych, ale jego wielkość jest dla mnie drugorzędna, bo jestem zwierzęciem stadnym, lubię być blisko mojego zespołu. Poza tym te numery składają się na datę moich urodzin, żeby pracownikom nie wypadło z głowy. (śmiech)  

Jaką rolę w Twoim życiu odgrywa sport? 

Pomaga mi wyczyścić głowę, nabrać dystansu, pozbyć się stresu. Od zawsze uprawiam sport. Kiedyś była to piłka nożna, późnej bieganie. Od kilku lat trenuję triathlon. W moich pierwszych zawodach na dystansie Iron Man [3,8 km wpław, 180 km na rowerze i 42,2 km biegu, czyli pełny maraton – przyp. red.] wystartowałem w 2016 roku w Poznaniu, ale na trasie pływackiej pierwszy zawodnik skręcił o jedną bojkę za szybko, sędziowie go nie pokierowali, a wszyscy popłynęli za nim. I tak zamiast prawie czterech kilometrów, były trzy. Przed startem obiecałem sobie, że jak już ukończę pełnego Iron Mana, zrobię sobie tatuaż. Pomyłka pływaka w tamtych zawodach odsunęła nieco ten plan, ale udało się rok temu w Malborku. 

Trenuję sześć razy w tygodniu, często wpadają mi wtedy do głowy najlepsze pomysły – za jeden z nich, projekt akcji marketingowej, dostaliśmy później od Mercedesa nagrodę. Próbuję też sportem zarażać zespół – tak powstał MB Motors Poznań Sport Team. Wystawiamy trzy sztafety we wrześniowym  Business Runie, kilku chłopaków ma już za sobą starty w półmaratonie, a w tym roku razem wystartujemy w poznańskim maratonie. Oczywiście z tyłu na naszych koszulkach jest hasło #nicsieniezmieniaodnadupiesiedzenia, czyli moje motto życiowe, zaczerpnięte z serialu Ranczo. Często używam cytatów z polskich filmów, bo wierzę, że takie krótkie, trafne hasła mogą wiele zdziałać, dzięki nim łatwiej dotrzeć do pamięci odbiorcy, a co ważniejsze – pozostać w niej na dłużej. Często ludzie, których spotkasz przypadkiem, mają ogromny wpływ na Twoje życie. Pięć lat temu w salonie siedział klient, akurat nie miał go kto obsłużyć, podszedłem, porozmawiałem, sprzedałem mu auto, a on opowiedział mi o dyscyplinie, która nazywa się triathlon i namówił mnie, żebym spróbował. Tak się złożyło, że w tegorocznych zawodach Iron Man 70.3 w Gdyni spotkałem go na ostatnim okrążeniu biegu. Wspólnie pokonaliśmy końcowych pięć kilometrów i „przybijając piątkę”, wpadliśmy na metę! Dzięki triathlonowi poznałem Jarka Skibę, który jest dziś nie tylko moim trenerem, ale też przyjacielem – to między innymi on nakręcił mnie na działania charytatywne.  

W Malborku poznałem z kolei w realu, bo wcześniej śledziłem go tylko w social mediach, Marcina Koniecznego, pseudonim Mkon, który w 2017 roku został mistrzem świata w swojej kategorii wiekowej na najsłynniejszych, legendarnych zawodach triathlonowych na świecie na wyspie Kona na Hawajach. Jego hasło to „niemaniemogę”, współuczestniczyłem w kilku organizowanych przez niego akcjach charytatywnych, brałem też udział w programie Mentoringowym Mkona. Pamiętam, jak kiedyś trochę mu ponarzekałem po treningu.  

Odpisał mi krótko, bez żadnych wstępów: „Płaczesz – nie rób, robisz – nie płacz”. Trochę się wkurzyłem, ale później bardzo mi się to spodobało. Od Mkona przejąłem też inne hasło: „Jeb… talent, tylko praca”. Nie jest może najpiękniejsze w formie, za to bardzo prawdziwe w treści!

Sporo dał mi też kurs coachingowy organizowany przez Pricewaterhouse Coopers. Udało mi się wtedy pokonać swoje „gremliny”, czyli rzeczy, które Cię prześladują i blokują, choćby w taki sposób, że wewnętrznie podważają Twoją wartość. W moim przypadku było to przeświadczenie, że się do czegoś nie nadaję, że np. nie mam wyższego wykształcenia, pracując na stanowisku menedżerskim. Ale przede wszystkim coaching nauczył mnie słuchać ludzi – choć jestem osobą gadatliwą, podobno zadaję trafne pytania. Kiedyś byłem o wiele bardziej zero-jedynkowy, oceniający, łatwo ferowałem wyroki. Dziś unikam szybkiego osądzania, staram się wpływać na innych raczej swoim zachowaniem niż tym, co mówię. 

Na jednej ścianie w Twoim biurze wisi certyfikat PwC, na drugiej – kapsel z soku Tymbark. Opowiesz jego historię? 

To mój talizman. (śmiech) Już po zakończeniu pracy dla marki Daewoo, a później także w salonie Audi, byłem szefem sprzedaży Hondy u jednego z poznańskich dealerów tej marki. Pojawiła się wtedy informacja, że w Poznaniu powstaje nowy salon Mercedesa, szukali pracowników, w tym kierownika salonu. Była to grupa międzynarodowa, prezesem był wtedy Francuz. Poprosili o CV w języku angielskim. Jestem z pokolenia, które w szkole podstawowej miało jeszcze rosyjski, a moja styczność z angielskim polegała na oglądaniu filmów na VHS, w których najpierw mówił aktor, a dwie sekundy później jego kwestię tłumaczył lektor, więc napisała mi je koleżanka. Później porozmawiałem z head hunterem, najpierw po polsku, a później moim kulawym angielskim, no i zaproszono mnie na rozmowę do Piaseczna.  

Musiałem się w sekrecie wyrwać z pracy, pociągiem pojechać do Warszawy, znajomy handlowiec miał mnie podwieźć do Piaseczna i… wtedy włączył mi się tryb loser: „to się nie uda, po co się wygłupiasz, i tak Cię nie zatrudnią”. Już chciałem się wycofać, ale rano poszedłem do sklepu po bułki dla rodziny i kupiłem też Tymbarka, a na kapselku był napis „Kto da radę, jak nie ty?”.  . Postanowiłem jednak spróbować. Ale… na rozmowie kwalifikacyjnej znowu straciłem rezon. Prowadził ją wspomniany prezes – Francuz, ale na moje szczęście mówił po polsku. Kiedy trzeci raz zapytał „Pszepchaszam, ale dlaczego ja się mam na Pan zdesydować?”, zabrakło mi już argumentów poczułem się bezradny i pomyślałem „chłopie, toż ja Ci to od godziny tłumaczę”. Sięgnąłem ręką do kieszeni marynarki i rzuciłem mu ten kapselek – tak, jak w amerykańskich barach podaje się piwo. „Pszepchaszam, a co tu jest napisany? – zapytał. „Panie prezesie, tu jest napisane, że ja jestem najlepszy” – odpowiedziałem. Dwa tygodnie później dostałem pracę w MB Motors. Tak było – serio! 

Kto dzisiaj kupuje Mercedesy? 

Mercedes jest dla wszystkich, choć jeszcze kilkanaście lat temu była to marka dla bardzo wąskiej grupy klientów. Jest synonimem prestiżu, luksusu – i to się nie zmieniło, niemniej z wielu powodów jest coraz bardziej dostępna. Kiedy inne marki z tego segmentu pracowały nad stworzeniem modeli jeszcze bardziej luksusowych, Mercedes zainwestował ogromne środki w realizację konceptu NGCC (New Generation Compact Cars) – z rynku zniknęły słynne „mydelniczki”, a pojawiły się modele A klasy, które były bardzo sexy, trochę niedoceniane modele B klasy, modele CLA czy GLA – pierwszy crossover Mercedesa. To zadziałało, przyciągnęło klientów do salonów i serwisu, a dziś ewoluują oni razem z marką, robią kolejne kroki w swojej przygodzie z Mercedesem, przesiadają się A czy B klasy na C klasę, z GLA na GLC, rozwijają się razem z nami. Pamiętam jak dziś rok 2011 i spotkanie dealerów Mercedesa: mierzymy się z wielkim wyzwaniem, mamy sprzedać w ciągu roku sześć tysięcy samochodów! Nikt nie wierzył, że to się może udać. Dziś rocznie w Polsce sprzedaje się około dziewiętnastu tysięcy aut marki Mercedes-Benz. To zasługa zarówno produktu, jak i zmiany w portfelach Polaków, ale także dostępnych narzędzi finansowych.

Przejrzałem fora samochodowe, żeby sprawdzić, z czym ludziom kojarzy się marka Mercedes-Benz. Przeczytam Ci: klasa, tradycja, komfort, bezpieczeństwo, ale też „samochód dla starszego pana”…    

Wiele marek zmaga się z różnymi stereotypami na swój temat, ale Mercedes to już nie jest dziadkowóz, do którego wsiadasz w kapeluszu z piórkiem i jedziesz do kościoła. Twarzą Mercedesa GLE jest na przykład Jan Frodeno, trzydziestosiedmiolatek, mistrz olimpijski i świata w triathlonie, człowiek maszyna. Wszystko o nim można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest statecznym emerytem. Sposób, w jaki w sierpniu zwyciężył we wspomnianych wcześniej zawodach Iron Man w Gdyni był spektakularny. Model komunikacji Mercedesa dostosowuje się do zmieniającej się grupy klientów, a Frodeno – typ „walczaka”, ambitnego sportowca, człowieka sukcesu, kojarzący się z aktywnym trybem życia – doskonale do tych nowych klientów pasuje. 

Dużo zmieniły także pakiety stylizacyjne AMG, które sprawiają, że auto wygląda sportowo, przy zachowaniu komfortu i bezpieczeństwa. 

Czym jeszcze zajmuje się MB Motors, poza sprzedażą nowych samochodów? 

Rynek samochodowy się zmienia, także przez dostępność szerokiego wachlarza instrumentów finansowych. To już nie tylko leasing, przy którym na końcu okresu leasingowego klient jest zadowolony, bo kupuje auto za jeden procent, ale kiedy je sprzedaje, musi odprowadzić podatek dochodowy, zapłacić VAT itp. Coraz więcej nowych samochodów jest obecnie wynajmowanych w ramach Lease & Drive, a po wygaśnięciu dwu- trzyletniej umowy auto wraca do dealera. Zwiększa się więc liczba bardzo atrakcyjnych, kilkuletnich samochodów używanych. Dążymy do modelu sprzedaży – dwa nowe auta, jedno używane – tak, jak to jest na Zachodzie. W dłuższej perspektywie chcemy osiągnąć balans 1:1. Jesteśmy jedynym dealerem w Poznaniu, który ma na miejscu własną autoryzowaną blacharnio-lakiernię, sprzedajemy auta osobowe i vany, mamy sprawny serwis mechaniczny, rozbudowany dział części i akcesoriów, dział finansowania i ubezpieczeń. Przyjmujemy też w rozliczeniu auta innych marek – korzystamy tutaj z siły grupy, która oferuje wiele innych brandów. Jesteśmy jak Irena Kwiatkowska, żadnej pracy się nie boimy. 

MB Motors chyba lubi dzielić się sukcesem, bo angażujecie się w wiele inicjatyw między innymi charytatywnych. A już 12 września w Auli UAM odbędzie się Wasz jubileuszowy koncert. Co w programie?  

Rok temu, planując obchody dziesięciolecia, postanowiliśmy zrobić coś dobrego. Z każdego sprzedanego samochodu określoną kwotę przeznaczaliśmy na budżet charytatywny. Dzięki temu kupiliśmy i przekazaliśmy dzieciakom holtery, które trafiły do Zakładu Elektrodiagnostyki i Fizjopatologii Układu Krążenia Pracowni Prób Wysiłkowych Szpitala Dziecięcego im. B. Krysiewicza w Poznaniu. 

W czasie koncertu będziemy też zbierać fundusze na inny cel. Nasza znajoma, „Wiecznie Bazgrająca” Magda – artystka, tancerka, dziewczyna wielu pasji i talentów jesienią ubiegłego roku dostała wylewu. Chcemy w czasie koncertu przeprowadzić zbiórkę na rehabilitację, która choć trochę pomoże Magdzie odzyskać sprawność. 

A co do samego koncertu: jesteśmy wyłącznym partnerem motoryzacyjnym Filharmonii Poznańskiej, chcieliśmy z jej pomocą zorganizować wyjątkowe wydarzenie. Aby jednak było takie „nasze”, nie mogła być to muzyka poważna – postawiliśmy na muzykę filmową: jedenaście utworów nawiązujących do historii firmy, począwszy od 2009 roku. Będzie uroczyście, galowo, ale też zabawnie. A niezmiernie przystojny i elokwentny prowadzący w mojej osobie (śmiech) na pewno wykorzysta okazję, żeby z kilku osób zażartować. Personalne wycieczki gwarantowane. Do zobaczenia!