fbpx

Kasia Sokołowska – reżyserka i producentka pokazów mody, jurorka w programie Top Model – w świecie mody jest kobietą instytucją, docenianą za fachowość, perfekcjonizm i determinację w dążeniu do celu. Nie zwalnia tempa i właśnie stworzyła swoją markę Emeralds and Crocodiles. A jedną z rzeczy, które obecnie docenia najbardziej jest fakt, że nauczyła się mówić sobie „stop”.

Rozmawiają: Alicja Kulbicka, Michał Gradowski 

Zdjęcia: Iza Grzybowska (jeansowa suknia), Robert Wolański (z płytą), Jacek Kołodziejski (krokodyle) 

Często przyjeżdża Pani po Poznania? 

Regularnie i zawsze z dużą przyjemnością. Wiele lat temu rozpoczęłam współpracę z Art & Fashion Festival w Starym Browarze. Za sprawą Marty Klepki, dyrektor hotelu Blow Up Hall 50/50, jej ogromnej energii i determinacji, reżyseruję też pokazy dla Klubu Starego Browaru. Klub świetnie się rozwija, buzuje energią, a Stary Browar to jedno z niewielu miejsc w Polsce, w którym ogniskuje się biznes, wysokiej jakości prezentacje mody oraz wartościowe towarzyskie spotkania.   

Energia, którą dostaję w Poznaniu, atmosfera oczekiwania na kolejne spotkanie Klubu – to coś absolutnie wyjątkowego. Stary Browar jest świetnym ambasadorem sztuki, a w hotelu Blow Up Hall czuję się prawie jak w domu.

Czy z reżyserowaniem pokazów mody jest jak z filmami Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a później napięcie już tylko rośnie?  

Na pokazach mody napięcie wyłącznie rośnie. O ile sama koncepcja pokazu –  uzgodnienia z projektantem, wybór lokalizacji i scenografii – powstają z dużym wyprzedzeniem, to na przygotowanie samej prezentacji nowej kolekcji czasu jest zawsze za mało. To praca z ludźmi przy dużym napięciu. Widzów nie interesują organizacyjne perturbacje czy ograniczenia budżetu – widzą tylko efekt końcowy i chcą zobaczyć perfekcyjny, porywający spektakl. Oczekiwania są ogromne, a do tego wszystko jest obserwowane, rejestrowane i oceniane przez świat mediów. Tu nie ma miejsca na duble. 

Nauczyłam się już jednak pracować na wysokim poziomie adrenaliny, bardzo dużo używam, a czasami wręcz nadużywam siebie, ale chyba wszystkie zawody związane z kreacją artystyczną wymagają takiego poświęcenia. Bez tego nie ma sukcesu.    

Pamięta Pani swój pierwszy pokaz? 

Zaczęło się od filmu i teatru, mojego bycia na scenie, artystycznej potrzeby, zainteresowania reżyserią. Dopiero później odkryłam, że w pokazach mody spotykają się wszystkie moje pasje: reżyseria, choreografia, muzyka, praca nad  oświetleniem. 

Podczas studiów jeden z profesorów zaproponował mi wyreżyserowanie pokazu dyplomowego w Katedrze Ubioru. Wiedział, że interesuję się modą, że występowałam na scenie – przez wiele lat koncertowałam z zespołem muzyki dawnej Scholares Minores pro Musica Antiqua, grałam na instrumentach dawnych, śpiewałam i tańczyłam – że bliskie mi są różne koncepcje sceniczne. 

Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata, to było dla mnie wielkie odkrycie – że pokaz mody, ta mała forma sceniczna, skupia wszystkie moje fascynacje. 

Pracownicy techniczni, oświetleniowcy, akustycy to pewnie w większości mężczyźni. Trudno się zarządza facetami? 

Kiedy jest się kompetentnym, zarządzanie mężczyznami nie jest żadnym wyzwaniem, trzeba sobie tylko wypracować pewne mechanizmy, wiedzieć, czego się oczekuje i jasno to komunikować. Zresztą komunikacja jest kluczowa nie tylko w moim zawodzie, mając różne talenty – artystyczne czy biznesowe – bez dobrej komunikacji trudno cokolwiek zdziałać. Jako młoda kobieta miałam na ten temat sporo różnych teorii, chodziłam tylko w spodniach i golfach, starałam się być bardziej męska od facetów. Teraz się z tego śmieję, bo wiem, że nie na tym to polega. Bardziej świadomie potrafię wykorzystywać swój wizerunek jako narzędzie. 

Telewizja dużo zmieniła w Pani życiu? 

Na początku mojej kariery miałam propozycję pracy w mediach, ale nie wiedziałam wtedy, kim właściwie miałabym tam być. Teraz wiem, że w telewizji mogę być sobą, a moje wejście do mediów odbyło sią na moich zasadach – jako eksperta, a nie osoby znanej z tego, że jest znana.  

Kiedyś studiowałam dziennikarstwo – to mi bardzo pomogło, a dzięki warsztatowi aktorskiemu nie miałam obaw, że sobie nie poradzę przed kamerą. 

Bardziej obawiałam się tego, czy uda mi się zachować swoją tożsamość, jak to się odbije na mojej pracy. Z perspektywy czasu wiem już, że telewizja bardzo dużo mi dała. Zaufanie ze strony producentów programu, energia i sympatia ludzi – bilans jest zdecydowanie na plus. 

Oczywiście nie brakowało też przykrych momentów, kiedy krytycznej ocenie poddawano nie moją pracę, ale to jak wyglądam, czy jak jestem umalowana.  

Social media dają ogromną łatwość przelewania na innych swoich frustracji lub agresji, ale warto pamiętać, że w końcu nadchodzi moment konfrontacji z rzeczywistością, bo ciągle jeszcze nie żyjemy i nie uprawiamy swoich zawodów wirtualnie. Cieszę się też, że dzięki mojej obecności w Top Model udało mi się odczarować pewne mity dotyczące branży modowej – myślę, że przynajmniej część widzów nie postrzega już nas jako grupy przedziwnych ludzi, którzy skupiają się na „bywaniu”, a nie pracy. 

Wraz z pracą w telewizji pojawiły się też w Pani życiu liczne propozycje reklamowe. Po świątecznej kampanii firmy Apart na długo będzie się Pani kojarzyć ze świętami Bożego Narodzenia, a wielu poznaniaków „mija” Panią obecnie przejeżdżając przez Śródkę…  

Kampanie reklamowe znanych marek to dla mnie ciekawa przygoda, mam ten komfort, że mogę wybierać propozycje, w których nie chodzi tylko o promocję produktów – to projekty, które mają odbiorcom coś do przekazania, a ich twórcy wybierają do swoich kampanii kobiety może już nie najmłodsze, ale mogące opowiedzieć swoją historię. Mniej liczy się to, jak wyglądają, a bardziej to, kim są. Dobrze odnajduję się w tej konwencji.  

Przedłużeniem Pani pasji jest od niedawna także własna marka Emeralds and Crocodiles – koncept szpilek w komplecie z baletkami w tym samym kolorze. Kolejna trudna decyzja? 

Zaryzykowałam, wybierając swój zawód, bo zapotrzebowanie na niego dopiero się w Polsce tworzyło, decyzja o zbudowaniu własnej marki butów też jest dla mnie takim krokiem w nieznane. Ale stoją za nim mocne podstawy: miłość do butów, ponad dwudziestoletnie doświadczenie chodzenia na obcasach, dbałość o detale i znajomość potrzeb kobiet podobnych do mnie. Nie spędzamy całego dnia na szpilkach, prowadzimy też samochód, robimy zakupy, spacerujemy, więc potrzebujemy i wygodnej szpilki, i praktycznej baletki. W przypadku Emeralds and Crocodiles – w tym samym kolorze, w tej samej stylistyce. Pewnie nikt tego wcześniej nie połączył w jeden projekt, bo z biznesowego punktu widzenia lepiej sprzedać dwie osobne pary butów niż komplet. Prace nad marką trwały w sumie ponad trzy lata, premiera odbyła się w maju. To alternatywa dla włoskich marek premium, które sama chętnie noszę.  

Kiedy byłam w Meksyku, mocno zapadł mi w pamięć widok kobiety, która próbowała wejść w szpilkach, po kamiennych, stromych stopniach, na szczyt piramidy Kukulkana. Widok był trochę abstrakcyjny w tych okolicznościach, ale myślę, że wiele z nas męczy się podobnie, chodząc cały dzień na wysokich obcasach. Właśnie dlatego chcę zaproponować kobietom komfort bezbolesnego dnia w miejskiej dżungli. 

Co w Pani pracy, reżyserki pokazów mody, daje największą frajdę? Które pokazy najbardziej zapadły Pani w pamięć?

Na pewno spotkania z projektantami – każdy ma inną energię i, co dla mnie bardzo ważne, wielu z nich pozwala mi wejść do swojego świata. Najprzyjemniejszy jest jednak ten moment, kiedy w trakcie pokazu stoję w reżyserce, często mam wtedy łzy w oczach. 

Dla mnie wszystkie realizacje są jednakowo ważne. Niezależnie od tego, czy jest to wielki pokaz z dużą scenografią i setką modelek, czy kameralna premiera kolekcji w surowych wnętrzach. Każdego projektanta i każdy jego nowy projekt traktuję unikatowo. Pasja ciągle mnie napędza i – co bardzo sobie cenię – nauczyłam się też dokonywać selekcji. Na porażkę i syndrom wypalenia zawodowego psychologowie mają wiele recept, ale nikt nie uczy nas, jak radzić sobie z sukcesem, co robić kiedy przychodzi propozycja, na którą czekało się całe życie, ale trzeba powiedzieć „nie”. Kiedy ta machina już się rozpędzi, bardzo trudno ją zatrzymać. Dlatego dla mnie jednym z elementów dojrzałości jest właśnie umiejętność powiedzenia sobie „stop”.