fbpx

Spotykamy się na poznańskich Jeżycach w klimatycznej pracowni. Od progu wita mnie uśmiechnięta postać pomalowanej na fluorescencyjne kolory dziewczyny w turbanie. Spogląda na mnie z ogromnego zdjęcia zawieszonego w korytarzu, obok bucik baletnicy, który zdaje się zaraz odfrunąć. Gospodarz tego miejsca uśmiecha się przyjaźnie i zaraz oprowadza po swoim fotograficznym królestwie. Jego prace zachwycają, są oryginalne nowoczesne, lekkie, ponadczasowe i nieoczywiste. Maciej Mańkowski, poznański fotografik, który historię łączy z nowoczesnością, a perfekcjonizm zestawia z improwizacją. 

Rozmawia: Alicja Kulbicka

Zdjęcia: Maciej Mańkowski

Pamięta Pan swoją pierwszą wystawę?

Maciej Mańkowski: To był rok 1972, fotografowałem wówczas zupełnie tylko dla siebie berliński Międzynarodowy Festiwal Studentów i z tego zrobiłem wystawę, w Środzie Wielkopolskiej, tam wówczas mieszkałem.

Czy da się zdefiniować w jakikolwiek sposób „dobre zdjęcie”? Czy to jest do uchwycenia? Czy to kwestia gustu?

Już coraz mniej znajduję w swoim kreatywnym działaniu takie pojęcie, jak zdjęcie. Coraz mniej jest tego zdjęcia w moich pracach. Oczywiście projekt Look at me – portretowy, werystyczny, jest ewidentnie fotograficzny, choć charakteryzuje się własną poetyką, własną drogą poszukiwania sposobu przełożenia wizualności ludzi na treść fotograficzną. Natomiast w innych tematach to pojęcie zdjęcia czy fotografii trochę umyka. Jest go coraz mniej, ponieważ coraz częściej posługuję się metodami, gdzie fotografia jest materiałem wyjściowym. Później interpretuję ją w bardzo różny sposób, co daje finalnie obraz. Coś, czego jeszcze nie nazwałem. Poza jedną kategorią, która dotyczy projektu wydruków na blachach uszlachetnianych metalami szlachetnymi – co określiłem dagegrafią. W samym słowie jest połączenie dagerotypu i fotografii. 

W którym momencie stało się dla Pana jasne, że chce się Pan bawić obrazem? Pana życie zawodowe na wiele lat związane było z telewizją. Był Pan operatorem kamery w poznańskim oddziale telewizji. W którym momencie to wszystko ewoluowało w kierunku dzieł sztuki, w których zdjęcia stanowią pewną bazę, ale fotografią już nie są?

Od dzieciństwa fotografia była dla mnie terenem realizacji swoich potrzeb estetycznych, i miało to oczywiście na początku takie niewinne kształty. Pierwszy aparat dostałem od ojca. Był to Box Agfy, taki jeszcze z czasów wojennych.  Z kolei prawie dziesięcioletni epizod operatora kamery w telewizji poznańskiej był bardzo istotny dla mojej twórczości, ponieważ w bardzo krótkim czasie mogłem się rozwinąć. Pracowałem z wybitnymi aktorami, wybitnymi reżyserami. Był to kapitalny teren do stworzenia własnego sposobu widzenia świata. Fotografia i obraz ruchomy to bardzo bliskie sobie media.  Jedno wynika z drugiego. Dla mnie to była czysta radość, nie praca. Przyszedł jednak czas, kiedy w telewizji spadała liczba rzeczy, które mnie bawiły, ciekawiły i rozwijały, i pojawiło się naturalne pytanie co dalej. Miałem dwie drogi – albo kontynuować przygodę  z obrazem ruchomym, albo pójść w fotografię. Zdecydowałem się na to drugie, gdyż  w fotografii wszystko zależy ode mnie. Jest to tylko moje, osobiste, niezależne od zespołu, który był niezbędny w telewizji. Rozpocząłem pracę na raczkującym rynku reklamy, natomiast swoje pasje realizowałem dla siebie. 

I to, co dzisiaj robię, jest wynikiem moich obserwacji, doświadczeń, przemyśleń. 

Skąd zafascynowanie dagerotypią? 

Marzeniem człowieka kreatywnego jest to, żeby znalazł własne pismo, swój wizerunek różny od wizerunku innych twórców. Interesuję się historią fotografii, zawsze mnie pasjonowały te początki, kolekcjonuję dagerotypy. Te 180 lat temu szło się do fotografa i otrzymywało się  kunsztownie wykończone puzderko, wewnątrz którego na metalowej płytce zapisany był unikatowy obraz. Fascynuje mnie rzemiosło, szczegół. Przenoszę to potem na własną twórczość.  Wybieram dagerotypy najbardziej zniszczone. Dlaczego? Dlatego, że do swoich prac zapożyczam wszystkie te niedoskonałości, postarzałe fragmenty, które są nie do wygenerowania cyfrowo. Robię to w połączeniu ze współczesnym motywem. Te, których używam w dagegrafii, są kompletnie przekształcone kolorystycznie, zabawiam się z tymi przedmiotami, które ikonograficznie są znane jak nautilus czy jelonek, jednak kreuję w ten sposób nową rzeczywistość i wprowadzam je na inny poziom estetyczny, na inny poziom atrakcyjności. 

Nad czym Pan teraz pracuje w dagegrafii?

Ciągle jest cały szereg niewykorzystanych pięknych insektów, cały czas poszukuję wizualnie atrakcyjnych obiektów. Nadal pracuję nad kwiatami, od bardzo dawna szukam swojego kwiatowego motywu, jak je pokazać w sposób, którego nikt nie robi. Upatrzyłem sobie storczyki, gdyż mają dosyć perwersyjną urodę, poprzez ubarwienie, kształt i mają jakąś taką magię w sobie. Nie idę w kierunku kompozycji kwiatowych, ale pojedynczych okazów, które w ogromnych powiększeniach, przy przeskalowaniu dają zupełnie nowy obraz. 

Jednak klasycznej fotografii daje Pan upust w serii Look at me. To seria portretów mniej lub bardziej znanych osób. Skąd pomysł?

Seria Look at me to seria najbardziej zbliżona do klasycznej fotografii, a właściwie nią jest. Chodzi w niej o pewne emocje. Fotografowanie ludzi zawsze było moją pasją, w tej serii znowu chodzi o poszukiwanie siebie. Fotografuje się nie tylko aparatem fotograficznym, ale przede wszystkim głową. Proces mentalny towarzyszący tworzeniu tej serii znowu był swego rodzaju ewolucją. Uznałem, że będę fotografował ludzi na neutralnym białym tle. Oczywiście nie jestem jedyny, ale w moich pracach chciałem tego człowieka uwydatnić, wyciągnąć z tła. Czasem patrzę na twarz i po prostu wiem, że chcę ją sfotografować. Siadam wówczas z modelem do swego rodzaju pojedynku, przy stole i tworzymy jakiś dialog. Nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to ktoś znany, czy nieznany. Chodzi o pewien kod, który musi powstać między nami. 

Na Pana portretach jest sporo emocji, co czyni zdjęcia tak wyjątkowymi. Ale te emocje trzeba u tych ludzi wyzwolić. Jak Pan to robi?

To jest taka rzecz zupełnie magiczna. Trzeba wprowadzić jakieś wibracje. Ale też nie zapraszam ludzi, z którymi nie mam tej wibracji. Kieruję się intuicją, która podpowiada mi, kogo do swojego studia mogę zaprosić, aby końcowy efekt był zadowalający. To dla mnie też swego rodzaju przygoda mentalna. Pokonuję własne bariery. Jako przykład opowiadam moje spotkanie z Krystyną Mazurówną, która była dla mnie ikoną życia towarzyskiego, barwnym ptakiem. Udałem się na organizowane w Starym Browarze spotkanie z panią Krystyną. Było raptem na nim pięć, może siedem osób. W zupełnie kameralnej atmosferze siedzieliśmy i rozmawialiśmy, i zdecydowałem się pokazać jej swoje prace. I nieśmiało zapytałem, czy nie zechciałabym zapozować przed moim obiektywem. Na to pani Krystyna odpowiedziała „proszę bardzo, nie ma sprawy, kiedy?”.  I to pokazało mi, że historie kompletnie nieosiągalne zaczęły się materializować i dziać. W tej chwili pracuję nad kolejnymi osobami i jeśli to się uda, to będzie to kolejny duży krok w tym projekcie. 

A tak trochę z innej beczki – w projekcie dagegrafii czy Look at me możemy mówić o pewnym perfekcjonizmie, o absolutnej ostrości, jednak ma Pan również na koncie projekty zupełnie inne, nieostre, rozmyte – dlaczego?

Nie lubię powtarzać w cyklu nieskończonej ilości zdjęć, nie lubię się nudzić, dlatego sięgam po nowe środki wyrazu, po nowe rzeczy. Lubię balansować od perfekcyjnej techniki do kompletnie nieczytelnego obrazu. To jakby porównać muzykę klasyczną z jazzem. Zupełna improwizacja – jazz zresztą jest mi bardzo bliski. Obrazy te składają się z samych błędów fotograficznych, nieostrości, poruszeń, przemazań. To jest taka trochę rosyjska ruletka. Z bardzo wielu zdjęć po ostrej selekcji wybieram te, które niosą za sobą najsilniejsze emocje. Być może wybiorę kiedyś te najlepsze i zawrę w jednym zamkniętym projekcie. 

A skąd pomysł na Haiku? 

Zawsze chodziły mi po głowie dyptyki, że otwieram książkę i te dwie strony coś mi opowiadają, mają jakiś styk dialogowy, albo w kontrze, albo linearnie, albo treścią. Te klucze są różne. Z kolei najkrótsza forma literacka w japońskiej kulturze to haiku – składające się z siedemnastu sylab. A że nie lubię oczywistości, to wydaje mi się dobrym mariażem. Haiku to nic innego, jak katalog mojej twórczości, podany w niekonwencjonalny sposób. 

Czy w Polsce jest rynek na tego typu sztukę? Rzeczy, które Pan tworzy, tanie nie są… 

Na pewno on się tworzy, jest coraz więcej ludzi z zasobnym portfelem, jednocześnie mających wrażliwość na sztukę i piękno. Oczywiście nadal jesteśmy daleko za rynkami zachodnimi, gdzie kupno sztuki to już inwestycja. 

Brakuje mi w Poznaniu miejsc, gdzie mógłbym zaprezentować swoje prace w taki sposób, aby odnieść sukces sprzedażowy. Nie wszystkie miejsca, w których pojawiały się moje obrazy spełniły te oczekiwania. A to czego w Polsce na pewno brakuje, to profesjonalnego managementu, brakuje ludzi, którzy zajęliby się artystami z biznesowego punktu widzenia. 

A gdzie w najbliższym czasie będziemy mieli okazję zobaczyć dzieła Macieja Mańkowskiego?

Najbardziej wyczekiwaną wystawą przeze mnie jest jakiś większy pokaz Look at me. Na razie planów nie ma. Ostatni pokaz odbył się w Galerii Rozruch w Poznaniu. Podczas koncertu z okazji dziesięciolecia MB Motors również pokażę kilka swoich prac w Filharmonii Poznańskiej. 

 

.