fbpx

Każdy szef zmaga się z trudami prowadzenia własnej działalności. Bohater naszego wywiadu nie jest wyjątkiem – bowiem chwila po chwili jego telefon bombardowany jest połączeniami i wiadomościami. Niełatwo było przeprowadzić ten wywiad, bo pracownicy dzwonią prawie z każdego zakątka Europy. Jednak nie zawsze było tak kolorowo, nad życiem Krzysztofa Cellera, właściciela firmy transporotowej CLR Transport Sollution, w przeszłości wisiały czarne chmury.

Rozmawia: Alicja Kulbicka

Zdjęcia: Filip Olczak

Skąd pomysł na firmę transportową?

Krzysztof Celler:  Moje zawodowe życie było od początku zaplanowane – studia na politechnice, współpraca z firmą ojca. Ja jednak miałem inny plan. Moją ambicją było stworzenie własnego biznesu. 

Dawno temu pracowałem w jednym z londyńskich hoteli jako recepcjonista. Menedżerką była w nim Polka, z którą się przyjaźniłem. Kiedy nadszedł czas remontu hotelu, zauważyłem, że firma, która przywozi materiały budowlane, sprowadza je z Polski. Zapytałem przełożoną, czy mogę spróbować przewozić dla nich te materiały. Zgodziła się. Poprosiłem tatę o pomoc. To był pierwszy krok w stronę własnego biznesu. Londyn i hotel blisko Buckingham Palace. 

Rozumiem, że pożyczyłeś busa od swojego ojca i ruszyłeś w stronę marzeń? To były początki CLR?

Dokładnie tak, mój tata pożyczył mi swój samochód przeznaczony do transportu i zacząłem przewozić pierwsze materiały dla tego hotelu.  Zobaczyłem, że jest to sposób na biznes i w końcu kupiłem swojego pierwszego busa. Od tego wszystko się zaczęło. Stworzyłem logo, wymyśliłem nazwę. Na początku jeździłem sam. Nawet pięć razy w miesiącu potrafiłem być w Anglii, co naprawdę jest wyczynem. Rocznie przejeżdżałem ok. 250 000 km.

Oczywiście coś kosztem czegoś. Tryb życia, jaki wybrałem, wiązał się z licznymi wyrzeczeniami i poświęceniem – czy śnieg, czy deszcz, czy upał, cały czas w samochodzie. Potem zatrudniłem jednego człowieka, później kolejnych. Flota się rozrastała.  

Ale to nie jest Twój pierwszy biznes. Jako bardzo młody chłopak spróbowałeś swoich sił w gastronomii?

Otworzyłem kawiarnię Lustro Wspomnień przy ulicy Wrocławskiej, a później restaurację Chaplin w Kinepolis. Lustro przetrwało rok, Chaplin dwa lata. Niestety moja rozrzutność, nieinwestowanie, a przejadanie zysków zmusiły mnie do zamknięcia tego miejsca. A byłem z niego bardzo dumny. Biel i czerń połączona z głęboką zielenią. Duże kafle, wszystko wykonaliśmy sami, bez pomocy architekta wnętrz. W grę wchodziła tylko nasza kreatywność. 

Rozrzutność, czyli nie zawsze było kolorowo?

Jasne, że nie. Wcześniej wspomniane miejsca generowały zyski, ale przyznaję się, że te utargi trwoniłem. Zwyczajnie prowadziłem się źle. Nic nie inwestowałem w te miejsca, nie miałem pieniędzy nawet na czarną godzinę. Mówiąc krótko – prowadziłem próżne życie. 

Próżne? To znaczy? 

Tak naprawdę wszystko. Zaczynając od alkoholu na hazardzie kończąc. Jako nastolatek już przegrywałem niewyobrażalne dla młodych ludzi sumy. Pojawiły się także narkotyki, ale w pewnym momencie przestraszyłem się ich. Dosłownie, bo o mały włos straciłbym życie. Od tego momentu jestem wrogiem numer jeden narkotyków, a także ludzi, którzy je zażywają i którzy je sprzedają. Niestety, musiałem sobie czymś je zastąpić. Pojawił się alkohol, a w restauracjach przeze mnie prowadzonych dostęp do niego był cały czas. Po prostu się rozpiłem. Sukcesywnie pojawiły się niewinne wyjścia do kasyna, które przerodziły się w okropny nałóg. 

Co fascynowało Cię w tych kasynach?

Sam nie wiem. Potrafiłem wyjechać do najlepszego hotelu w Warszawie na cały miesiąc. Tam było wszystko, strefa VIP, zjazd windą prosto z mojego apartamentu do kasyna. To właśnie tam trwoniłem horrendalne kwoty. Można powiedzieć, że byłem na dnie. 

A co się wydarzyło, że otrzeźwiałeś? 

Pamiętam jak dzisiaj, był 26 maja 2017 – Dzień Matki. Wróciłem bez grosza przy duszy do domu. Nie miałem nawet na kwiatek dla mojej mamy. Kiedy wszedłem do domu, zobaczyłem ją zrozpaczoną, coś mi się w głowie poprzestawiało, otrzeźwiałem. W ramach prezentu ofiarowałem jej swoją trzeźwość. Kosztowało mnie to sporo samozaparcia i drugie tyle pracy. Ale dziś mogę powiedzieć, że wygrałem. Jestem żywym dowodem na to, że z największych nałogów można wyjść, jeśli tylko się chce. A dodam, że z hazardu wychodzi się trudniej niż z heroiny. I jest to dowiedzione naukowo. 

Wygrany – taki tytuł będzie nosiła Twoja książka. Postanowiłeś podzielić się swoją historią ze światem…

Książka jest swego rodzaju terapią, dzięki niej czuję się lżejszy. Nie traktuję jej zarobkowo, chciałem po prostu przeprosić w niej wszystkich tych, którzy się na mnie zawiedli i opowiedzieć swoją historię, przestrzec młodych ludzi przed nadmiernym zachłyśnięciem się łatwym pieniądzem. Tak szybko, jak jest się na topie, tak szybko można się stoczyć. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, ile mnie to nauczyło. Zweryfikowało wiele znajomości. Dziś, kiedy dzwoni telefon, wiem, że dzwonią ludzie, którzy są mi przychylni. 

Teraz dzięki transportowi się odbiłem, ze wszystkiego się porozliczałem. Moralnie i finansowo.

W którym momencie stwierdziłeś, że firmę transportową można rozwinąć i robić to na dużo większą skalę?

Przez tych kilka lat jazdy zebrałem mnóstwo kontaktów oraz znajomości. Nie postępowałem tak jak typowy kierowca, że zrzucałem towar z „paki”, grzecznie dziękowałem i odjeżdżałem. Dla mnie liczyła się także relacja z klientem. Ci zapraszali mnie na kawę, wspólne rozmowy. To w przyszłości zaowocowało stałymi zleceniami, kontraktami i dużym zaufaniem. Ostatnie dwa lata i dwa miesiące jestem całkowicie wolny od nałogów. I na ten okres przypada prawdziwy rozkwit mojej firmy, i to uważam za mały sukces. 

Ile dziś posiadasz samochodów?

Dziś jest ich już dziewięć. Mój tata powiada, że do wszystkiego dochodzi się metodą kropelkową i ja też się tym kieruję. Są to najnowsze busy Mercedes-Benz Sprinter, ale nie w zabudowie typu plandeka, tylko bardziej elegancka – blacha. Mimo że plandeką przewiezie się więcej, to jednak bus, który ma spójną zabudowę, wygląda zdecydowanie lepiej. Poza tym na „blaszaku” podoba mi się moje logo, bo dopiero tak można było odzwierciedlić jego kolory. 

Trzeba pamiętać, że nie są to zwykłe przewozy z punktu A do punktu B. Zapewniamy najwyższą jakość i bezpieczeństwo, także można nazwać je luksusowymi. Moimi klientami są głównie osoby prywatne. To wyróżnik mojej firmy. 

Skoro wozisz rzeczy dla osób prywatnych i są to, jak wspomniałeś, przewozy luksusowe, to czy możesz zdradzić, dla kogo wykonywałeś swoje usługi?

Istnieje coś takiego jak klauzula poufności i nie mogę zdradzać tajemnicy, którą złożyłem mojemu klientowi. Mogę jedynie powiedzieć, że przeprowadzamy bardzo znane osoby, z dużymi wymaganiami. Musimy spełniać najwyższe standardy jakości. 

W takim razie zdradź chociaż, jakie przedmioty wozi Twoja firma?

Tak naprawdę wszystko. Części do jachtów i samolotów, różnego rodzaju antyki, dzieła sztuki, motocykle kolekcjonerskie. Te wszystkie transporty są międzynarodowe.

Co było najdroższą rzeczą, jaką przewoziłeś? 

Wozimy tak różnorodne przedmioty, że jest tego naprawdę sporo. Kwoty sięgają czasem kilkuset tysięcy euro. Wszystko oczywiście jest ubezpieczone. 

Rynek pracy w Polsce jest trudny. Masz stałą załogę kierowców?

W tym akurat pomaga mi moja asystentka, jeżeli jakiś kierowca jest na urlopie lub jest niedostępny z różnych powodów, to ona znajduje zastępstwo. 

Na tę sprawę trzeba spojrzeć z drugiej strony. Niektórzy nie wytrzymują sześcio-, siedmiodniowej podróży, czasami spania na fotelach. Ja właśnie tak zaczynałem. Nie jest problemem znalezienie kierowcy z kategorią B, bo taka jest potrzebna do prowadzenia busa. 

Jesteś sponsorem teamu Darka Nowickiego, czy to przez miłość do motoryzacji, czy przez dobre serce?

Wydaje mi się, że przez jedno i drugie. Darek to mój dobry przyjaciel. Nie ukrywam, że to także moja czysta fanaberia. Lubię i chcę pomagać tym młodym i utalentowanym dzieciakom, których trenuje Darek. Wyścigi to bardzo drogi sport. 

Jakie plany na przyszłość?

Najkrócej mówiąc – rozbudowa firmy, w tej chwili zacząłem zajmować się także sprzedażą bardzo drogich, ekskluzywnych nieruchomości. Posiadłości, biur, kamienic. A prywatnie – oczywiście ciągła praca nad sobą, żeby być coraz lepszym i aby pomagać innym. 

 

CLR Transport Sollution

CLR Exclusive Properties

Krzysztof Celler 

tel. 604 777 750

celler1@onet.pl