fbpx

Leszek Jamrozik, wieloletni przyjaciel i partner życiowy niedawno zmarłego Ryszarda Kai, opowiada o artystycznych poszukiwaniach, o zawiłościach ludzkiej natury, podróżach, które go inspirowały. O nieco sarkastycznym i groteskowym podejściu do spraw codzienności, jakie w swoich pracach pozostawił mistrz plakatu turystycznego.

Ryszard Kaja – mówiący o sobie, że jest maksymalistą, niepasującym do minimalistycznych trendów współczesnej sztuki. Ciut rubaszny, naturalny, bez przekłamań, lekko ironiczny, kpiący z siebie i z przywar innych.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Jakub Borkowski

Panie Leszku, spotykamy się w niezbyt sprzyjających dla Pana okolicznościach. Trzy miesiące po śmierci Ryszarda Kai otwiera Pan w Starym Browarze ogromną wystawę jego prac.

Leszek Jamrozik: To prawda, wystawa „Co zmalował Ryszard Kaja” jest ogromna! Otwieram ją wspólnie z przedstawicielami Starego Browaru, Joasią Tupalską, prezes Magdaleną Kowalak oraz pracującą tu niezależnie kuratorką Eweliną Muraszkiewicz. Wystawa powstała z inicjatywy Starego Browaru, który jest głównym organizatorem wspieranym przez Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki i Galerię Miejską Arsenał. Korzystając z okazji, chciałbym podziękować niezwykle serdecznie wszystkim w kraju i za granicą, którzy przyczynili się do realizacji tego projektu i okolicznościowego katalogu, który wkrótce Stary Browar opublikuje. Mam nadzieję, że Rysiek byłby zadowolony i dumny z tej wystawy. Już rok temu Ryszard rozpoczął rozmowy organizacyjne z Joasią Tupalską, ustalał terminy, które stopniowo, ze względu na chorobę, były przesuwane, aż do obecnego. Tak, Ryszard jest współorganizatorem tej wystawy, chociaż nie dożył jej otwarcia. I mam nadzieję, że jego idea została zachowana. Zdecydowaliśmy się wzbogacić ją o wątki biograficzne: dom rodzinny, mieszkania w Łodzi i Wrocławiu. 

Dla mnie wystawa ma wielkie znaczenie osobiste. Ryszard powierzył mi opiekę nad jego dorobkiem. Uznał, że jako jedyna osoba z jego najbliższego otoczenia zapewnię jego pracom, jego całej twórczości nieśmiertelność. Zgodnie z łacińską sentencją non omnis moriar, jego dorobek przetrwa i będzie chroniony. Wkrótce w tym celu założę odpowiednią fundację… rozmawialiśmy o tym. Ogromna wystawa w Starym Browarze to początek spłaty długu za nasze wspaniałe życie, długu, którego, mam wrażenie, nigdy nie zdołam spłacić. 

Czy Ryszard wyznawał łacińską maksymę Festina lente (spiesz się powoli)?

Hmm, chyba nie. Był pracoholikiem, utalentowanym pracoholikiem. W pracy obowiązkowy i konkretny. Bardzo rzadko zdarzało się, aby nie dotrzymał jakiegoś terminu czy zobowiązania. Praca, tworzenie, malowanie, projektowanie sprawiały mu przyjemność. Był przeświadczony, że będzie żył krótko. Odkąd go poznałem, zawsze to powtarzał. Rysiek nie był silny fizycznie. Był późnym dzieckiem. Miał starszych rodziców. Jego ojciec wcześnie umarł. I to też prowokowało jego rozmyślania na temat życia i śmierci. Często rozmawialiśmy na temat artystów, którzy żyli krótko, a potrafili dużo stworzyć i pozostawić po sobie bogaty dorobek artystyczny. Rysiek żył głównie dniem dzisiejszym, a samo życie nim kierowało, pisało scenariusz, co będzie dalej. Pracował intensywnie, teraz to widać, spieszył się… Dorobek ma ogromny. Niezrealizowanych planów też dużo.

Jak rozpoczęła się ścieżka artystycznej kariery Ryszarda Kai?

Tuż po studiach zaczął pracę jako scenograf w Teatrze Wielkim w Łodzi u znanego wszystkim dyrektora Sławomira Pietrasa. W tym samym czasie rozpoczął współpracę z Ewą Wycichowską i jej Teatrem Tańca oraz Piotrem Bogusławem Jędrzejczakiem w Teatrze Dramatycznym. Sprawdził się szybko jako artysta. Po prostu Rysiek wyniósł tę sztukę z domu rodzinnego, gdzie zawsze panowała twórcza artystyczna aura. Można powiedzieć, że całe dzieciństwo przesiedział na sztaludze. 

Artystyczną duszę Ryszard Kaja odziedziczył w genach po rodzicach. Jego matka była malarką, tata – drzeworytnikiem, plakacistą, scenografem.

Tak, odziedziczył to w kodzie DNA. Rodzice byli znanymi poznańskimi artystami. Ważna była artystyczna atmosfera w domu, praca, dyskusje i spotkania na co dzień z licznymi twórcami. Kształtowało to Ryszarda i jednocześnie uchroniło później przed zachłyśnięciem się „byciem artystą”. Ryszard kwitł i rozwijał się, przerósł swoją twórczością i koncepcjami artystycznymi i matkę, i ojca. I mógłby stworzyć jeszcze wiele, wiele więcej. Jego kreatywność i jego potencjał twórczy wciąż rosły. 

Wiele Panowie odbyliście wspólnych podróży po Polsce, po świecie.

Tak się złożyło, że poznaliśmy się krótko po upadku komuny, kiedy świat stał się dostępny i dla nas. Nie tylko „wielki świat”, ale może przede wszystkim świat życia codziennego przeciętnych ludzi. Tych, których Rysiek lubił spotykać i malować. Byliśmy ciekawi, nastawieni na poznawanie lokalnych mieszkańców. Cele podróży często były przypadkowe. Szliśmy na dworzec i patrzyliśmy, dokąd jedzie najbliższy autobus. Rysiek był bardzo otwarty, chętnie nawiązywał rozmowy i znajomości. Ludzie – podczas tych naszych podróży – byli bardzo uprzejmi, uśmiechnięci, pomocni. Szczególnie, gdy ich się obsypało jakimiś komplementami, typu: „mieszkasz w ciekawym kraju”, „masz piękny strój”. Zapraszali nas do swojej wioski, do domu, gościli. Nasze podróżowanie było bardzo spontaniczne… To wszystko Ryszard później malował. Przez nasze wspólne lata w podróżach spędzaliśmy nieraz kilka miesięcy w roku, poznaliśmy wiele krajów na wszystkich kontynentach, z wyjątkiem Australii i Antarktydy. Słabo poznaliśmy Czarną Afrykę. Rozpoczęliśmy od upadającego Związku Radzieckiego, wtedy dzielącego się na nowe niezależne państwa. Byliśmy za kołem podbiegunowym, w wielkich metropoliach i zapadłych wsiach, w republikach środkowoazjatyckich, na Krymie…

Gdzie najczęściej powracaliście?

Jest takie miejsce, które ja de facto nie za bardzo lubię, to jest Bangkok. Dość banalne, pełne kontrastów i wszechogarniającego hałasu. Wielki moloch. Gdy byliśmy pierwszy raz w Bangkoku, prawie ćwierć wieku temu, widoczne były straszne kontrasty pomiędzy biedą a bogactwem. Dziś ubóstwo jest tam ukryte daleko przed oczami turystów, a i takiej dawnej biedy już nie ma. Świat podany jest jako kolorowy, klimatyzowany, piękny. Wtedy tak nie było. Rysiek Bangkok uwielbiał. Miasto bez specjalnych typowych atrakcji kulturalnych, za to tętniące życiem. Kolorowy świat turystycznych szlaków kończy się u bram labiryntu bocznych uliczek i na dalekich bazarach przepełnionych zwyczajnością i trudem życia codziennego. To jest Bangkok Ryszarda, który go inspirował. Włóczyliśmy się tam godzinami, dniami, pozornie bez celu. Później to wszystko malował, opisywał. Nasz pierwszy pobyt w Bangkoku połączony był z dalszą wyprawą do środkowej Indonezji, na Flores – wyspę kwiatów, za jedyne 400 dolarów od osoby, na sześć tygodni. Teraz takie koszty są niewyobrażalnie niskie. Fakt, to były inne ceny, ale my umieliśmy podróżować. Na pierwszą naszą podróż zagraniczną, podczas której zwiedziliśmy Azję Środkową, wydaliśmy ciut więcej niż sto dolarów na osobę. Ja jestem geologiem i zawodowo musiałem organizować wyjazdy zawodowe dla studentów – to też kwestia kosztów, całego zaplecza noclegowego. I przeniosłem ten swój zamysł organizatora z życia zawodowego na życie prywatne. Za tę samą przysłowiową złotówkę można się czegoś napić lub otrzymać tylko łyk. Tylko trzeba umieć gospodarować pieniędzmi i wiedzieć, na co w podróży warto je wydać. 

Był Pan i managerem wycieczek, i największym fanem twórczości Ryszarda Kai, a jednocześnie jego największą inspiracją. Jak splotły się Wasze drogi życiowe?

Poznaliśmy się w sposób nieprawdopodobny. Nieoczekiwany. Byliśmy z innych środowisk. Kompletnie nie było żadnego styku tych dwóch światów. A przypadek zrządził, że się poznaliśmy. (śmiech) Rysiek wówczas przygotowywał spektakl w Operze Wrocławskiej, a ja całe życie pracowałem na Uniwersytecie Wrocławskim. To było już po upadku komuny. On miał swoje życie i problemy, ja również. Ale to wówczas nie było istotne… Spotkaliśmy się przypadkowo przy kawie, w małej francuskiej kawiarni, blisko Opery. Nie należę do osób otwartych, szybko nawiązujących kontakty. Tego nauczyłem się dopiero przy Ryśku, który bywał wręcz zaczepny. Po niespodziewanie dla nas długiej rozmowie zaprosił mnie do sąsiedniej Opery, za kulisy, abym obejrzał jego dekoracje i kostiumy przygotowywane do kolejnego spektaklu. I tak od słowa do słowa poznaliśmy się lepiej, dowiedzieliśmy się kim jesteśmy, po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem.

Czy poza podróżami zagranicznymi mieliście w Polsce takie ulubione miejsce, które dawało Ryszardowi natchnienie twórcze, pozwalało odpocząć od miejskiego zgiełku, wyciszyć się?

Tak. Takim miejscem w Polsce, do którego wracaliśmy co roku, przez dwadzieścia lat, jest mała miejscowość Warnowo na Wolinie, koło Międzyzdrojów, w Parku Narodowym. Tam jest dom, który odziedziczyłem po ojcu, nauczycielu. To kiedyś była stara szkoła. Po śmierci ojca utrzymywałem to jako dom na letni wypoczynek dla mojej mamy, Ryśka i dla najbliższych. Tu Ryszard często przyjeżdżał, odpoczywał, dużo malował, wiele pomysłów i prac tutaj powstało. 

Ryszard Kaja, choć porzucił w pewnym etapie swojego życia teatr, nie wyzbył się myślenia scenograficznego i teatralnego. Czy aktorstwo i teatralność przewijały się w jego podejściu do życia i do poważnych spraw codzienności?

Miał aktorskie usposobienie. Mógłby być aktorem. Nawet razem z Ryśkiem wystąpiliśmy w latach 90. XX wieku u reżysera Jerzego Gruzy, jako cinkciarze, statyści w tle. Gdzieś tam wystąpił samodzielnie. Bardzo chciał tańczyć w balecie. Potrafił i lubił tańczyć, ale zupełnie nie miał postury baletmistrza. (śmiech) Zawsze się z tego śmialiśmy. Jako młody chłopak był w poznańskim chórze, zaczynał w „Słowikach”. Szybko z tego zrezygnował, ale została miłość do muzyki. To wszystko razem zmieszane z doświadczeniem teatralnym bardzo wpływało na bieżące życie codzienne. Odbijało się w urządzaniu mieszkania swojego czy innych, nawet pokoju hotelowego w podróży, ubraniu siebie, a tym bardziej innych. Wszędzie kreował coś z niczego, stwarzając atmosferę. Na co dzień najbardziej było to widoczne w kuchni. Lubił gotować, ale… tylko w dużych garach, takich, co ze sceny byłyby widoczne! Upajał się tym bulgotem, parami, skwierczeniem, zapachami, a przede wszystkim kolorem. Nikt ładniej nie gotował i nie podawał dań. Smak schodził na dalszy plan, chociaż bardzo nad tym ubolewał. 

W sprawach poważnych był poważny i odpowiedzialny. Przeżyliśmy szczęśliwie prawie trzydzieści lat!

Miłość do sztuki szeroko rozumianej, do podróży, ale i miłość do zbieractwa. Wiemy, iż Ryszard Kaja był gawędziarzem, zbieraczem, lubił otaczać się bibelotami i pamiątkami. Co najczęściej przywoził do swoich mieszkań, czym wypełniał swoją szafę, co kolekcjonował? 

Zanim odpowiem na to pytanie, co przywoziliśmy, chcę podkreślić, skąd wzięły się te cechy Ryśka. Świetnym gawędziarzem był jego ojciec, a zbieraczką była jego mama. Ja na przykład od jego mamy otrzymałem worek kamyków z plaży, bo wiedziała, że jestem geologiem. I tak zostałem zaakceptowany jako partner życiowy Ryśka, jako członek rodziny. Razem spędzaliśmy Wigilie, tu w Poznaniu. A jak wyglądało nasze zbieractwo? Teraz to aż trudno uwierzyć… Przywieźliśmy z naszej pierwszej najdalszej podróży, z Azji, gdzie byliśmy w 1997 roku, trzy paczki muszli. (śmiech) Raczej nadaliśmy te paczki. Ale nie muszli pięknych, które się teraz kupuje. My zebraliśmy takie prawdziwe z plaży, zniszczone, wyszczerbione, wytarte. Rysiek kilogramami zbierał muszle… Uwielbiał też motyle, ale ich nie dało się przywieźć, zasuszonych nie chciał. Oglądaliśmy je w dżungli i w twórczości Ryśka. Później byliśmy w Indiach i stamtąd przywieźliśmy wielki pęk pawich piór, chyba ze sto sztuk. Pytano nas, po co nam one, przecież przynoszą nieszczęście… Nie przejmowaliśmy się tymi zabobonami, wiedząc, że mamy wystarczająco dużo szczęścia. (śmiech) Na lotnisku w Berlinie zatrzymali nas, musieliśmy tłumaczyć się, że nie są to pióra z dzikich ptaków, tylko z hodowlanych. Oryginalne pomysły na przywożenie pamiątek… Ponadto materiały, bo Rysiek się na nich znał, tworząc kostiumy teatralne. Z Indonezji przywieźliśmy wspaniałe ręcznie tkane ikaty, z Indii – stemplowane, delikatne płótna. Ceramikę, szkło, z Turcji i Chin małe ryczki mieszczące się w plecaku! Łatwiej byłoby wymienić to, czego nie przywoziliśmy…

Czego artyści mogą zazdrościć Ryśkowi?

Że nie musiał zabiegać o zainteresowanie swoją twórczością, że doceniano ją i mógł żyć z własnej sztuki. Nieraz bywaliśmy po pół roku za granicą, ale na Ryszarda zawsze czekały zlecenia. Najbardziej Ryśkowi można zazdrościć niezależności, jaką sobie wypracował. Często dostawał wolną rękę, jak chociażby w serii plakatowej „Polska”. Zawsze z korzyścią dla sztuki i zleceniodawcy – i chwała zleceniodawcom za to. 

Ja specjalnie wybrałam na naszą rozmowę trzecie piętro wystawy w Starym Browarze, bo jestem zafascynowana plakatami turystycznymi Ryszarda Kai. Czy on – według Pana – był satyrykiem i doskonałym obserwatorem rzeczywistości? Czy mamy do czynienia z wysokim artyzmem poprzeplatanym nutą sarkazmu i nostalgii?

On był niezwykle wnikliwym obserwatorem rzeczywistości, a rzeczywistość jest zaskakująca i najeżona mimowolnymi scenami zmuszającymi do uśmiechu czy refleksji. Trzeba to tylko zauważyć. I to jest najtrudniejsze. Na przykład plakat Biskupin, Łazienki z wiewiórką pod prysznicem czy Pranie z „Kaczką Dziwaczką”. Plakat Bory Tucholskie z grzybami niczym drzewa, Wielkopolska – pyra jako skarbonka, Zadupie – drewniany wychodek, Podhale – folklorystyczny, intymny akcent czy Warszafka – pulchna syrenka w szalu, Janów Podlaski – piękny koń ze skrzydłami niczym pegaz. Mówimy o miejscach, które wszyscy powszechnie dobrze znamy. On nie kreował scen satyrycznych. Tak, sarkazm i nostalgia pojawia się często w plakatach tej serii. To są emocje, Ryśka twórczość jest bardzo emocjonalna. Bez znajomości tych emocji nie do końca będzie zrozumiała albo opacznie do jego zamierzeń. Bałwan na plakacie mówi sarkastycznie o nas wszystkich, o całej zbiorowości, wielkopolska pyra tylko o rodzinnych stronach… Plakat Stocznia Gdańsk to hołd z nutą rozczarowań i zawiedzionych nadziei. Plakaty Wolsztyn, Brda, Warnowo to ukryta dla osoby postronnej nostalgia. Sztetl to nostalgia, smutek, żal i hołd zarazem. Nikt z nas nie przewidział, że aż tyle plakatów znajdzie się w serii „Polska”. Na początku powstały grafiki o miejscach bliskich jego sercu. Później – o tych powszechnie uznawanych za ważne. Starał się spojrzeć szerzej na nasz kraj. Chciał oddać hołd kulturalny ojczyźnie, pokazać to, z czego powinniśmy być dumni, tak prosto, bez zadęcia i podtekstów politycznych. Z polityką nie miał nic wspólnego, chociaż próbowano mu przykleić taką „łatkę” i w ostatnich latach poszedł na tzw. indeks polityczny. Plakaty z serii „Polska” mówią głównie o miejscach, które wszyscy powszechnie dobrze znamy. Są też miejscowości zaskakujące i nieznane. W zanadrzu są inne przygotowywane prace, które są skończone, ale za życia Ryśka nie zobaczyły światła dziennego… Mam nadzieję, że jeszcze te plakaty pokażemy. Niektóre mogą mieć wydźwięk skandaliczny i humorystyczny zarazem ze względu na tematykę w nich zawartą. Ironiczne spojrzenie na otaczający świat to była immanentna cecha jego charakteru. 

Czy plakaty powstawały na zamówienie, czy z potrzeby serca, z natchnienia artystycznego Kai?

To było różnie. Większość plakatów powstała na zamówienie, ale niekoniecznie poparte gratyfikacją. Część plakatów to właściwie prezenty dla bliskich sprowokowane nieśmiałą prośbą. Część można traktować jako wspólną zabawę ze zleceniodawcą, tak było w przypadku cyklu filmowego dla Teatru Napięcie. Seria „Polska” ma swoisty charakter. Plakaty te powstały na zamówienie Wrocławskiej Galerii Plakatu małżeństwa Joanny i Krzysztofa Marcinkiewiczów przy pełnej akceptacji samodzielnego wyboru tematu i form Ryszarda. Podjęli ryzyko i przyczynili się walnie do zaistnienia tej kultowej dla wielu serii. I chwała im za to!

Czy Kaja z Panem konsultował swoje pomysły twórcze? Czy jego można było przekonać do zmiany opinii? Słuchał Pana podszeptów i podpowiedzi, czy jednak był osobowością konsekwentną, upartą, konkretną? Artystą postępującym zgodnie ze swoimi przekonaniami?

I tak, i nie. (śmiech) W serii „Polska”, w sprawach zasadniczych, brał pod uwagę moją opinię. Podpowiadałem, sugerowałem mu, jakie miejsce na przykład mogłoby się znaleźć na plakacie. Często rozmawialiśmy o tym. To było naturalne. O stronie plastycznej zawsze decydował sam i nie lubił, aby ktokolwiek w to ingerował. Jak miałem jakieś sugestie, to zawsze odpowiadał z ironią: „To weź namaluj sam”. Tak więc później ja tylko dokonywałem oceny jego prac i z tym się Rysiek liczył. Nieraz też go odwodziłem od niektórych pomysłów. Inne zaś powstały, bo miały źródło w geologii. To taki ukłon w moją stronę. Np. plakat Ślęża – zawsze Rysiek opowiadał, że jak ktoś się dobrze przyjrzy, to tam na górze jest kamienny niedźwiadek, który ma moje okulary. Bo ja tam pracowałem jako geolog. Podobnie plakat Tarnowskie Góry – impresja na temat płytki minerałów. Po prostu trzeba mieć taką wyobraźnię jak Ryszard, a rzadko kto ją ma.

Właśnie, gdy byliśmy na drugim piętrze i oglądaliśmy przygotowane przez Kaję kostiumy do opery, do spektakli teatralnych, mówił Pan o Ryśku, iż on miał w sobie dużo z dziecka, taki nieposkromiony pierwiastek.

Miał i dziecięcą wyobraźnię, i umiejętność tworzenia czegoś z niczego. W ogóle był dzieckiem całe życie, aż do końca… Dużo marzył. Oglądał filmy science fiction, które go inspirowały. Był niezwykle kreatywny. Dziecko, gdy nie stawia się mu zakazów i barier, potrafi bawić się wszystkim. Dzisiaj dzieci dostają wszystko gotowe i zabija się w nich wyobraźnię, pokłady kreatywności. Rysiek był skarbem w teatrach, bo wyczarował wielkie dzieła sztuki, wspaniałe kostiumy, dekoracje z niczego, z odpadów…. I dlatego teatry go kochały, a publiczność jeszcze bardziej. To, co wykreował, cieszyło się wielkim uznaniem. Rzadko się zdarza, że podnosi się kurtyna, a publiczność już zamiera na widok scenografii i są oklaski. A w przypadku Ryśka tak właśnie było. Często miał owacje na stojąco już dla samej dekoracji, zanim jeszcze rozpoczął się spektakl. Bywały też sytuacje inne. Płacz, wzruszenie, silne emocje wywołane czy poruszone dekoracjami Ryśka. Pamiętam na przykład premierę Skrzypka na dachu w Teatrze Wielkim w Warszawie, gdzie na widowni zasiadł światek polityczny, kulturalny i mnóstwo Żydów z całego świata. I gdy pokazano scenografię cmentarza, zapadła przejmująca cisza, w której słychać było tylko płacz. Ludzie przychodzili do niego po spektaklu, dziękując mu. Bardzo wzruszające przeżycie. Ale to była jego natura. Wszystko wypływało z jego serca, nie było sztuczne. Rysiek dostrzegał niuanse, szczegóły, które rozbudzały jego wyobraźnię. Detal go bardziej inspirował niż całość, a pompatyczne formy – odpychały. To wynikało z jego dziecięcej natury.

Podczas tych światowych wojaży, licznych wypraw, Waszych wspólnych podróży, jaka zabawna anegdota, scenka sytuacyjna zapadła Panu w pamięć, podkreślająca wybitną osobowość Ryszarda Kai, lekko zdystansowanego do otaczającej go rzeczywistości? 

Mam mnóstwo takich anegdot. Ale już zostawię je na naszą kolejną rozmowę…