fbpx

Mój dom jest Twoim domem

Miejsce, które urzeka. Emanuje gościnnością, pozytywną energią i serdecznością. Gdzie kultywuje się rodzinne przepisy i tradycje kulinarne rodem z Wielkopolski. Stylowe wnętrza podkreślają magiczną aurę tego miejsca. Gościniec Sucholeski idealnie nadaje się na organizację spotkań „z duszą”: rodzinnych, przyjacielskich czy biznesowych. O ekscytującej kompilacji przeszłości z teraźniejszością, nurtu klasycznego z innowacyjnymi detalami, o pasji i radości tworzenia, nieustannym wyzwaniu, jakim jest przyjmowanie gości opowiadają Beata Pytlak i Patrycja Nowaczyk, właścicielki Gościńca Sucholeskiego.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Filip Wendland

Patrząc na przepiękny wystrój Gościńca, na rozmaitości w karcie menu, nie sposób zapytać o genezę tego miejsca. Jak narodził się pomysł na stworzenie restauracji i czy to jest Pani spełnione marzenie?

Beata Pytlak: Tak, to jest moje spełnione marzenie. Już jako mała dziewczynka wzrastałam w tradycji chodzenia do dobrych restauracji. Z rodzicami wyjeżdżałam często poza miasto, smakowaliśmy kulinarne specjały. Podróżowaliśmy dużo po Polsce  i uwielbialiśmy chodzić do restauracji w hotelu Mercure lub do Bazaru  w Poznaniu. Wtedy to był wysoki standard. Bardzo dobre restauracje kojarzone z luksusem i wspaniałym jedzeniem. W związku z tym już od najmłodszych lat przesiąknięta byłam kultem stołowania się w dobrych miejscach. Dodatkowo, mój pradziadek miał restaurację. Kiedy poznałam męża, zaczęliśmy kontynuować moją rodzinną tradycję i go tym zaraziłam. (śmiech) Dużo jeździliśmy po Polsce, bo wymagał tego biznes, który prowadziliśmy. Mieliśmy dużą firmę krawiecką. Potem zaczęliśmy wyjeżdżać poza granice Polski. Wszędzie szukaliśmy klimatycznych miejsc. Nadszedł taki czas, kiedy stwierdziliśmy z mężem, że warto stworzyć restaurację, z dobrym menu, gdzie będzie można poczuć przyjazną atmosferę. I tak narodził się pomysł.

Patrycja Nowaczyk (z domu Pytlak): Warto również dodać, ze mama zawsze lubiła gościć znajomych i rodzinę, szykować, podawać do stołu. Smakować i delektować się jedzeniem, co ja też odziedziczyłam. (śmiech) Zawsze u nas, czy to w domu, czy w restauracji, goście otoczeni są opieką, aby czuli się wyśmienicie, aby niczego im nie brakowało. Ta polska gościnność, ciepła atmosfera, specyficzna aura tworzą naszą restaurację miejscem wyjątkowym. 

B.P.: Rodzina, przyjaciele zawsze nam powtarzali, że u nas w domu wyczuwało się tę szczególną atmosferę: dobra, gościnności, szczerości. Już po przekroczeniu progu emanowały wszystkie pozytywne emocje. Zaczęliśmy więc z mężem, Stanisławem, rozglądać się za odpowiednim miejscem pod restaurację. Kupiliśmy od wdowy nieruchomość, rozebraliśmy jej dom, na zburzonym terenie powstały nowe mury. Dużo w tym czasie zaryzykowaliśmy, musieliśmy podjąć też decyzję sprzedaży rodzinnego domu i przeprowadzki do mieszkania. Jedno kosztem drugiego. Ale zgodnie z zasadą „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”, my zaryzykowaliśmy. Taką magiczną i ciepłą aurę staraliśmy się przenieść do Gościńca Sucholeskiego. I wiemy, że nam się to udało, bo mamy mnóstwo pozytywnych opinii od Gości. Nazwa restauracji powstała właśnie od tej naszej wrodzonej gościnności, o czym informuje wiersz stworzony przez Patrycję i jej męża Michała, oprawiony i udostępniony w restauracji. Naszym zamiarem jest kultywowanie polskiej gościnności. 

Na ścianach widnieją pamiątki rodzinne, zdjęcia, szable, dokumenty. Stoją piękne kwietniki, stylowe komody, kredensy, pianina. Jak zbierałyście Panie te wszystkie meble, drobiazgi, wartościowe bibeloty dobrane do aranżacji wnętrz?

B.P.: Gdy postanowiliśmy z mężem, że powstanie restauracja i ziści się nasze marzenie, zaczęliśmy jeździć po Polsce po rynkach staroci. Dopytywaliśmy się w różnych miejscach o stylowe meble. Wszystkie kredensy, komody, pianina to są stare rzeczy z przysłowiową duszą. Dodatkowo kilka mebli to prezenty od zaprzyjaźnionego proboszcza z Obornik. On miał w swoich gabinetach te piękne komody. Inne meble oraz obrazy, które ozdabiają ściany Gościńca, to prezenty od przyjaciela rodziny, artysty, malarza. Stojący zegar pamiętający dawne czasy to souvenir od babci, a szable i dokumenty wojskowe to pamiątki po moim teściu. 

Zaczynając od gościnności – Waszej dewizy, przez piękne, stylowe wnętrza, kończąc na doborze odpowiednich posiłków w karcie menu, widać, że wszystko ze sobą idealnie współgra. To połączenie rodowych tradycji, pamiątek z modą kulinarną i nowinkami.

P.N.: Naszym celem jest, aby goście czuli się tu jak u siebie w domu. Szczęśliwi. Zgodnie z sentencją „mój dom jest Twoim domem”. Goście – oprócz jedzenia, tego, co mają podane na talerzu – doceniają też naszą obsługę. Mamy dużo pozytywnych opinii na ten temat, co ogromnie doceniamy. My, opiekując się pracownikami, biorąc ich pod nasze skrzydła, sukcesywnie przekazujemy im ważne dla nas wartości. Uczymy ich, co dla nas jest istotne. I wszystko wtedy – już na poziomie relacji z pracownikami – jest dobre i spójne. Począwszy od wejścia gościa do restauracji, poprzez zamówienie, przygotowanie potrawy, serwowanie, podanie talerza, cały czas nad tym wszystkim czuwają nasi ludzie. Z uśmiechem i serdecznością. 

Ty, Patrycjo, jesteś inicjatorką powstania Ligii Kobiet Sukcesu i jej prezesem. Razem z Patrycją Reiss prowadzisz wspaniałą kobiecą inicjatywę. Organizujecie wyjątkowe spotkania z ciekawymi ludźmi, w przeróżnych miejscach w Poznaniu, nakłaniacie kobiety do pozytywnego myślenia, do refleksji nad samą sobą, swoim życiem, zachodzącymi przemianami. Więc masz co robić. A ponadto działasz w rodzinnym biznesie już od wielu lat. Jak Panie dzielicie swoje funkcje?

P.N.: Gościniec Sucholeski istnieje już ponad czternaście lat, ja pracuję tu od trzynastu. Przeszłam kilka etapów. Na początku uczyłam się, zarówno robiąc szereg kursów HoReCa, jak i pracując w tym czasie jako kelnerka na poznańskim Starym Rynku. Później byłam zatrudniona jako recepcjonistka, potem już jako manager przez wiele lat. W tej chwili robię to, co najbardziej lubię, czyli zajmuję się PR, promocją i marketingiem tego miejsca. A moje ulubione zajęcie to organizacja wszelkich eventów odbywających się w Gościńcu. Nasz manager Piotr Milk odpowiada za imprezy i uroczystości rodzinne, konferencje i hotel, ma stały kontakt z gośćmi. Mama zajmuje się głównie finansami, ale jej ulubiona rola to aranżacja i wystrój wnętrza. Tata wszystko dogląda, nadzoruje, podejmuje decyzje, jak to „głowa rodziny”. (śmiech) Wszystko razem konsultujemy, aby podjąć ostateczną decyzję dotyczącą czy wydatków, nowości w karcie, czy organizowanej uroczystości. Jest to ewidentnie praca wspólna i rodzinny biznes, bez tajemnic. 

B.P.: Trzymam często pomysły męża czy Patrycji w przysłowiowych ryzach. Do wielu spraw podchodzę racjonalnie i ze spokojem, bo taką mam naturę. A rynek gastronomiczny jest dziś bardzo trudny. Jest ogromna konkurencja i dlatego z rozwagą trzeba wydawać pieniądze, wiedząc dokładnie na co. Trzeba mieć rękę na pulsie.

W nawiązaniu do doświadczenia i potrzeby rozwoju narodził się pomysł Pracowni Łasucha. To Twoje „kulinarne dziecko”, Twoja pasja. Opowiedz, Patrycjo, o tym projekcie. 

P.N.: Gdyby ktoś komuś płacił za jedzenie, to ja byłabym najbogatszą osobą na świecie, ale i zdecydowanie najgrubszą. (śmiech)  Uwielbiam jeść, gotować. Z racji zajęć i wykonywanych obowiązków, ale i pracy w restauracji, gotuję teraz znacznie mniej niż kiedyś. Mąż pokochał mnie za umiejętność gotowania, czyli przez „żołądek do serca”. Teraz, pracując w tak świetniej restauracji (śmiech), niestety rzadko realizuję swoje kulinarne pomysły w domowych wnętrzach. Moją miłość do gotowania zamieniłam na miłość do pieczenia. Piekłam w domu na święta, na wszystkie rodzinne uroczystości. Nadarzyła się okazja, aby było coś więcej z tego domowego pieczenia, więc powstała Pracownia Łasucha, gdzie na początku pracowałam i piekłam sama. Następnie – w miarę nagromadzenia się różnych obowiązków i domowych, i zawodowych – zatrudniłam panią do pieczenia, która pod moim nadzorem wspaniale piecze. Pani Julia jest z Ukrainy, także oprócz doskonałego kunsztu cukiernika posiada wrodzone zdolności lepienia pierogów, na które serdecznie zapraszam. 

 

Rozumiem, że tak jak w przypadku testowania deserów w Pracowni Łasucha, Panie testujecie wprowadzane nowe dania do karty Gościńca?

B.P.: Tak, oczywiście. Każdorazowo przy wprowadzaniu nowego dania Szef kuchni przygotowuje degustację .Wszystko najpierw kosztujemy, smakujemy, zanim finalnie znajdzie się w karcie menu. Nasze podniebienie musi zaakceptować dany smak, konkretną potrawę. 

P.N.: Kucharze nieraz z nami polemizują. Od czasu do czasu toczymy boje z naszym Szefem kuchni. Wiemy, że goście mają różne podniebienia, rożne gusta i upodobania smakowe, ale Gościniec to jesteśmy my. My przekazujemy te smaki, wymyślamy je, łączymy, kombinujemy kulinarnie, bo to są nasze preferencje, które goście sobie chwalą.

Wiemy już, że Pati jest łasuchem, a jak w  Pani przypadku, Pani Beato, z miłością do gotowania?

B.P.: W moim rodzinnym domu mojej mamie w kuchni pomagała pani, która gotowała dawniej u generałów niemieckich, na wykwintnych dworach, i moja mama przejęła jej kuchnię. Następnie pewnych trików kulinarnych, odpowiedniego doboru potraw, przypraw, łączenia smaków nauczyłyśmy się i ja, i moja siostra. Gotowanie i to lubowanie się w gotowaniu zawsze było u nas na najwyższym poziomie. I te smaki nabyliśmy dzięki celebrowaniu jedzenia, delektowaniu się potrawami, zgodnie z dzisiejszym nowym trendem na slow food. W domu rodzinnym zawsze przywiązywaliśmy uwagę do biesiadowania przy stole, delektowania się smakami, do wspólnej rozmowy. Ponadto ważna dla mnie jest cała otoczka związana z kulinariami, co też przekazałam Patrycji. (śmiech) Tzn. dekoracje na stole, odpowiednie serwetki, dobrany obrus, świeczki, nakrycia itp. To mi sprawia ogromną przyjemność. Nawet jak w Gościńcu jest organizowana konkretna uroczystość, to ja z radością wybieram kolory serwetek, obrus, sztućce, talerze, stylowe dekoracje kwiatowe czy świeczniki. Sama uwielbiam układać żywe kwiaty i się przy tym odstresowuję. Tworzenie dekoracji to dla mnie balsam dla duszy, czas spokoju, wyciszenia w tym natłoku różnych obowiązków. Aby wszystko się ładnie komponowało, pasowało do siebie, aby cieszyło oko. 

Czy Ciebie, Patrycjo, dekorowanie, dobieranie odpowiednich detali również uspokaja i wprowadza w błogi nastrój?

P.N.: Ja wśród znajomych i przyjaciół mam pseudonim Gesslerowa. (śmiech) Faktycznie lubię, jak wszystko jest dopasowane, ładne i przede wszystkim smaczne. Dobór detali nie wprowadza mnie w błogi nastrój, natomiast daje poczucie spełnienia. Kiedy wszystko ze sobą współgra mam poczucie, że jest kompletne i przygotowane na 100 procent. W podróż zabieram kieliszki, świeczki i obrus, a każde danie jest odpowiednio ubrane.

Jakiej potrawie z karty Gościńca czy z wyjątkowego menu Pracowni Łasucha nie możecie się Panie oprzeć? 

P.N.: Jeśli chodzi o Gościniec, nie wyobrażam sobie naszej karty menu bez kaczki, z pyzami i modrą kapustą. Jeden z kucharzy pochodzi ze Śląska, który robi perfekcyjne pyzy, tzw. kluski na parze. To dla mnie obłęd smaków. Często wybieram też makarony. Szef kuchni długi czas pracował we włoskiej restauracji i makarony, które serwuje, są wyśmienite. Natomiast jeśli chodzi o Pracownię Łasucha, jest to bardzo duża sezonowość. Dla mnie teraz na pierwszym miejscu jest placek drożdżowy z owocami. Ponadto przebojem w Łasuchu jest sernik na spodzie brownie i to jest też mój top. 

B.P.: Ja w menu Gościńca preferuję ryby, np. dorsza na potrawce z kurek, z krewetkami. To jest specyficzne danie o wyrafinowanym smaku, które goście nasi bardzo chwalą. Doskonały, wręcz przepyszny jest u nas bryzol z polędwicy i sznycel cielęcy z jajkiem – to są smaki po części mojego dzieciństwa. Oczywiście, kaczka z modrą kapustą czy udko confit. Jednej potrawy nie umiem wybrać. (śmiech) To są po prostu niezapomniane smaki.

Patrząc na zmieniające się mody kulinarne, na wprowadzane restrykcyjne diety, często uwarunkowane zdrowotnie, myślę chociażby o celiakii i diecie bezglutenowej, czy widzicie Panie większe zapotrzebowanie gości na zdrowe jedzenie? Czy jest taka tendencja, aby myśleć prozdrowotnie?

P.N.: Celiakia diagnozowana jest zdecydowanie częściej, a zapotrzebowanie na dietę bezglutenową jest ogromne. Oczywiście mamy w karcie menu Gościńca potrawy o obniżonej zawartości glutenu. Ponadto, jeżeli gość zgłasza potrzebę przygotowania potrawy nietypowej, nieco zmodyfikowanej pod jego indywidualne preferencje, to kucharze są na tyle elastyczni, że takie danie przygotują pod specjalne zamówienie. Rozumiem takie potrzeby nad wyraz dobrze, gdyż mój starszy syn jest chory na bardzo rzadką chorobę metaboliczną i często sama muszę prosić o przygotowanie dań specjalnych. Obserwujemy wśród naszych gości przechodzenie na weganizm, wegetarianizm. Tak zakładam, że sama pewnego dnia zrezygnuję z mięsa. Na chwilę obecną już mocno ograniczyliśmy w domu potrawy mięsne, jemy więcej warzyw i zdrowych produktów. 

B.P.: Na pewno obserwuję – po zachłyśnięciu się tym minimalistycznym stylem podawania na talerzach – powrót do tradycyjnego, bogatego nakładania. Ponadto łączenie smaków tradycyjnych z nowoczesną nutą. Od września wprowadzamy w karcie menu Gościńca dania jarskie, stricte wegetariańskie. I to są nasze dwie drogi kulinarne: dania tradycyjne z nutą nowoczesności oraz dania bezmięsne. Chcemy udowodnić, że zjeść wegetariańsko też można smacznie i po polsku. W tradycyjnych smakach. 

Warto też wspomnieć, iż Gościniec Sucholeski to nie tylko oferta restauracyjna, ale również zaplecze noclegowe. To elegancki i przytulny hotel. Jesteśmy teraz w środku sezonu urlopowego, a jednocześnie ślubno-weselnego. Zapewne pracy jest co nie miara?

P.N.: Pracy to my mamy mnóstwo przez dziesięć miesięcy w roku. Są wigilie firmowe, komunie, chrzciny, przyjęcia weselne, przyjęcia rodzinne. Cały czas, w kółko coś się dzieje. U nas, wbrew pozorom, sezon wakacyjny nie jest najtrudniejszym okresem pracy. My nie jesteśmy miejscem stricte weselnym, ale świadczymy szereg usług, co nas ogromnie cieszy. 

B.P.: Coraz częściej na przyjęcia weselne udostępniamy nasz ogród. W plenerze można wyprawić ślub i weselę. Soczysto zielona trawa, prowansalskie meble ogrodowe pozwalają na organizację uroczystości „pod chmurką”. Plener to jest wartość dodana do bogatej oferty Gościńca.

P.N.: Gościniec Sucholeski to dwadzieścia dwa pokoje hotelowe. W okresie wakacyjnym mamy przyjemność gościć wielu wspaniałych przyjezdnych, stąd pomysł na regionalne menu, które pojawi się już niedługo. 

Prowadzenie biznesu w branży gastronomicznej, hotelarskiej to nie tylko same słoneczne dni, pełno plusów i zalet. To również trudności w relacjach z ludźmi, dostawcami, ale i samymi gośćmi, którzy są przecież różni. Często zmieniający zdanie, wybrzydzający, roszczeniowi, z pretensjami. Jak Panie radzicie sobie z takimi osobami? Czy macie swój „złoty środek”?

P.N.: W tej chwili już podchodzimy do takich „zadziornych” osób przede wszystkim ze spokojem. Na początku istnienia Gościńca było inaczej, ale nauczyliśmy się nie wchodzić w zbyt dużą wymianę zdań, bo kontrargumenty często nie docierają do osób nastawionych na konfrontację. Emocje wówczas nami targały strasznie, nerwów było co nie miara. Ale człowiek się wciąż uczy, nabywa doświadczeń i staje się mądrzejszy, nawet w kwestii relacji międzyludzkich.  

B.P.: W tej chwili mamy swój opracowany sposób na trudnego gościa – czyli spokój. Bo trudnemu człowiekowi i tak się nic nie wytłumaczy, nawet racjonalnymi argumentami. Nie wdajemy się w dyskusję, aby oszczędzić sobie stresu. Takie osoby są często wyzwaniem dla naszej obsługi, ale kelnerzy sobie doskonale radzą. Nauczeni są nie dyskutować i podchodzić do gościa w bardzo kulturalny i grzeczny sposób. Choć tych trudnych gości – muszę przyznać – jest naprawdę mało. I złotym środkiem jest spokój oraz subtelność. 

Przez te wspólne lata prowadzenia Gościńca czego się Panie nauczyły? Lub czego chcą uczyć innych?

B.P.: Nauczyliśmy się, że czasem tak się dzieje, że pracownicy z różnych względów odchodzą, że nie wszyscy są lojalni. Takie czasy nastały, że również właściciele restauracji są sobie winni, bo podkupują pracowników, szczególnie dobrych kucharzy czy szefów kuchni. To jest dla mnie jedyny minus prowadzenia działalności w branży gastronomicznej. Takie zagrania są nie fair. Ale z drugiej strony cudowne jest to zadowolenie gości, same wspaniałe opinie, słowa uznania dla naszych dań i wnętrz. Wyrażanie się o nas w samych superlatywach po prostu nas uskrzydla i dodaje motywacji, energii do działania. Mnóstwo ludzi jest zachwyconych Gościńcem, co ogromnie nas cieszy. Nauczyliśmy się, że człowiek niezadowolony zawsze się znajdzie, w każdej branży. To jest wkalkulowane w prowadzenie działalności. 

P.N.: Na pewno już po tych czternastu latach odkryliśmy naszą drogę. Bo podczas początków funkcjonowania Gościńca cały czas poszukiwaliśmy tej idealnej. W którą stronę iść? Czym się wyróżnić? Zdefiniowaliśmy więc siebie i miejsce, w którym pracujemy, które stworzyliśmy – jako ciepłe, rodzinne, przyjazne. I to nam cały czas przyświeca. Jesteśmy wierni naszym wartościom wyniesionym z domu. Jesteśmy szczerzy, autentyczni, elastyczni, otwarci dla siebie, dla pracowników i naszych gości. Przyjmujemy naszych gości w Gościńcu jak u siebie w domu. Chcemy, aby każdy był zadowolony, uśmiechnięty. Czego chciałabym nauczyć innych restauratorów? Wytrwałości i umiejętności nawiązywania dobrych relacji nawet z przysłowiową konkurencją. A klientów? Szczerego opiniowania i szybkich reakcji. Oraz czasem może wyrozumiałości dla obsługi. (śmiech)

B.P.: Chcemy dawać przykład, jak powinna wyglądać restauracja z klasą, z tradycją. Gdzie dzieci i dorośli po przestąpieniu progu nabierają elegancji w mowie i gestach, uczą się savoir-vivre’u, wspólnego celebrowania i delektowania się smakami. 

P.N.: Nasza restauracja łączy pokolenia. Widzimy często trzy pokolenia przy jednym stole i to jest piękne. 

Gdzie najczęściej wyjeżdżacie, aby odpocząć?

B.P.: Pomimo że zwiedziliśmy z mężem dużo pięknych i urokliwych zakątków na świecie, to jednak Włochy są u mnie na pierwszym miejscu. Ja uwielbiam Włochy, ich klimat, słońce, podejście do życia, kuchnię i smaki. Gdybym miała się urodzić w innym wcieleniu, to zdecydowanie jako Włoszka. (śmiech) We Włoszech, z dala od biznesu, relaksuję się najbardziej, odpoczywam, a także ładuję akumulatory i czerpię nową energię do działania. A tak bliżej – to mamy dom na wsi – nad jeziorem i tam też odpoczywamy. Do niedawna tam jeszcze nie było zasięgu, więc nie korzystaliśmy z telefonów komórkowych, z Internetu. Byliśmy odcięci od świata i wtedy odpoczywaliśmy na łonie natury. Widok na jezioro, łódka, spokój wszechobecny, świergot ptaków. Cudownie. 

P.N.: Dla mnie ekscytująca, a zarazem relaksująca jest każda podróż. Zarówno lato: zwiedzanie i odpoczynek pod palmą , jak również zima: stoki, grzane winko. Uwielbiam wyjazdy, gdzie można dobrze zjeść, spróbować ichniej kuchni, skosztować lokalnych przysmaków. Uwielbiam delektować się, testować nowe smaki, więc zawsze łączę przyjemne z pożytecznym podczas wyjazdów. Niektórym pomysły przychodzą we śnie, ja większość czerpię właśnie z wyjazdów.

Co przyniesie przyszłość? Jakie są plany dotyczące Gościńca?

P.N.: W związku z naszymi wartościami i wieloma zagranicznymi gośćmi odwiedzającymi naszą restaurację, planujemy od września wprowadzić więcej regionalnych smaków w karcie menu. Pragniemy podkreślić dobre tradycje Wielkopolski i promować takie dania wraz z ich oryginalnymi nazwami. Pojawią się więc: pyra z gzikiem, szare kluchy, kaczka z szagówkami i inne. Może ta rekomendacja popłynie aż za ocean. (śmiech)

B.P.: Od września planujemy również wprowadzić obiady rodzinne w dwóch odsłonach. I to, o czym wspomniałam na wstępie, dodajemy do karty menu dania jarskie, stricte wegetariańskie, oprócz tych tradycyjnych. Zatem zapraszamy na delektowanie się nowymi smakami Gościńca już po wakacjach.