fbpx

 

Sopranissimo – wspaniałe żeńskie trio, które z maestrią podchodzi do każdego dźwięku, zabierając nas w podróż poprzez różne gatunki muzyczne. Trzy jakże odmienne osobowości, kobiety z pasją i charakterem, które połączyła ogromna miłość do opery, szczerość i zdrowy dystans do samych siebie. Otoczone nutami, instrumentami, odpoczywają w domowym zaciszu, wsłuchując się w kojącą dla uszu ciszę.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Sopranissimo

Jak to się stało, że droga życia każdej z Pań splotła się z drogą następnej? Kiedy i gdzie się poznałyście? Jak zrodziła się Wasza współpraca i pomysł na Sopranissimo?

Joanna Horodko: Pomysł na trzy śpiewaczki miałam w głowie od dawna. Jako dziewczynka byłam zapatrzona w genialnych Pavarottiego, Domingo i Carrerasa. Myślałam sobie, ze jeśli tenorzy występują razem, to czemu by nie soprany? Przecież mamy równouprawnienie. (śmiech) Pewnego razu wracałam z koncertu razem z Mikołajem Adamczakiem, świetnym tenorem i zarazem bratem Agnieszki Adamczak i zapytałam, co myśli o tym pomyśle. I tak się odnalazłyśmy, bo Agnieszka Sokolnicka jest jego szwagierką. Zaprosiłam dziewczyny na spotkanie i od razu zaiskrzyło. Pojawiła się między nami artystyczna chemia. To w naszym środowisku istny cud. Podobnie patrzymy na muzykę, świat, pracę, ludzi. Mamy różne temperamenty i doskonale się uzupełniamy. Szybko powstał plan działania, jak na poznanianki przystało, i tak zaczęła się nasza przygoda.

Agnieszka Adamczak-Hutek: Kiedy mój brat, Mikołaj, powiedział mi o planie Joanny, trochę się przestraszyłam, czy odnajdę się w takim operowym trio. Trzy kobiety, trzy śpiewaczki… to budziło mój niepokój. Na pierwszym spotkaniu okazało się, że jesteśmy jak puzzle. Każda z nas jest inna, każda wniosła coś innego do zespołu i to stało się naszą największą zaletą i siłą. Podział obowiązków nastąpił naturalnie. Ja zajęłam się stroną muzyczną, aranżowaniem utworów na nasze operowe głosy. Tym samym kontynuowałam swoją pasję z dzieciństwa, kiedy nagrywałam piosenki, śpiewając sama ze sobą na kilka głosów.     

Agnieszka Sokolnicka: Prawdę mówiąc nie zaczęła się ona, jak wszyscy myślą, od wielkiej przyjaźni, ale od zwykłego telefonu czysto biznesowego, który wykonała pierwsza Joasia. To ona była inicjatorem i motywatorem całego przedsięwzięcia. Właściwie od tego momentu zaczęła się nasza muzyczna przygoda. Nie sądziłam, że nasze marzenie tak szybko się ziści – że tak dużo koncertów będzie nam dane zaśpiewać i to w dodatku w prestiżowych wnętrzach przeróżnych filharmonii. Nasza przyjaźń ciągle nabiera na mocy, ponieważ naprawdę zawsze się wspieramy, dopingujemy. Jeździmy jednym autem i jak na razie razem ze sobą wytrzymujemy. Chociaż wcześniej znajomi odradzali nam ten pomysł, gdyż twierdzili, że trzy soprany to zawsze rywalizacja, kłótnie i zazdrość. A tu proszę, już mijają trzy lata i dajemy radę. (śmiech) A co najważniejsze – dobrze się razem bawimy już od wejścia do auta po wyjście na scenę. Szukając nazwy dla zespołu, jednogłośnie stwierdziłyśmy, że zaproponowana nazwa przez Agnieszkę Adamczak – Sopranissimo idealnie do nas pasuje i tak już zostało.

 

Jak to jest wymyślać nowe, często zaskakujące, aranżacje znanych wszystkim przebojów, np. Dancing Queen? I mierzyć się z tradycyjną, lubianą formą?

A.A.-H.: W zespole staramy się podejmować wspólne decyzje, również te dotyczące wyboru utworów. Zaczęłyśmy od kompozycji klasycznych, arii operowych, operetkowych i musicalowych. Taką muzykę wygodnie się aranżuje, bo napisana jest ona bardzo „wokalnie”, idealnie pod nasze sopranowe głosy. Odpowiednia tonacja, dobrze podpisany tekst, długie frazy dające przestrzeń, którą można wypełnić dodatkowymi głosami. W utworach klasycznych często można korzystać z melodii, które grają poszczególne instrumenty w partyturze. To daje wiele pomysłów i frajdę z pisania. 

Więcej trudności pojawia się w wykonywaniu repertuaru rozrywkowego. Powodem tego jest tessytura, czyli tzw. zasięg głosu. Głosy damskie rozrywkowe korzystają w większości z rejestru piersiowego i z miksu, a głosy sopranowe z rejestru głowowego. Upraszczając to, piosenki rozrywkowe są dla nas napisane za nisko i czasami nie brzmią dobrze w naszych głosach. Dlatego szukamy takich, które mimo tego utrudnienia mogą zabrzmieć pięknie, które można zaśpiewać albo „mieszaną” emisją, albo przetransponować. Jednym z naszych największych hitów rozrywkowych jest Dancing Queen Abby. Ta piosenka dosłownie „podnosi” ludzi z krzeseł. Staramy się w niej pokazywać nasz cały wachlarz możliwości, śpiewając początkowo emisją rozrywkową, z rytmicznym zacięciem, a kończąc na wysokich, operowych dźwiękach.

Ostatnio do naszego repertuaru dołączyła piosenka Kayah pt. Testosteron, co było spełnieniem mojego marzenia, ponieważ uwielbiam tę wokalistkę i jej piosenki. Mamy duży wachlarz możliwości i apetyt na wiele piosenek. Nasz repertuar wciąż się poszerza.

Występujecie Panie na scenach polskich, ale też międzynarodowych: w Niemczech, Austrii, Holandii, we Włoszech. Czy publiczność w Polsce i zagranicą różni się od siebie?

J.H.: Przede wszystkim każda publiczność jest dla nas jednakowo ważna. Za granicą melomani są może nieco bardziej ekspresyjni i odważni w okazywaniu swoich emocji. My na szczęście doświadczamy tylko tych pozytywnych. (śmiech)

A.A.-H.: Na koncertach wiele zależy od nas. To, co dajemy, to zbieramy. Staramy się być otwarte, ciepłe i szczere. I taka też jest nasza publiczność. Na końcu koncertu trudno nam się zawsze z nimi rozstać.

A.S.: Każda z nas jako solistka ma bogaty dorobek artystyczny na deskach wielu teatrów i filharmonii, polskich i zagranicznych. Natomiast jako grupa Sopranissimo wystąpiłyśmy dotąd tylko w Polsce, ale wierzymy, że wszystko przed nami.

Jaki gatunek muzyczny jest najbliższy każdej z Pań? 

J.H.: Naszą pierwszą miłością jest opera. Łatwiej jest dzielić muzykę na dobrą i złą, na taką, która budzi w ludziach emocje, dreszcze. Więc wyszukujemy perełki z różnych gatunków i budujemy z nich swoje koncerty. Śpiewamy arie z oper, operetek, songi z musicali, piosenki z filmów i muzyki popowej. 

A.A.-H.: Opera oczywiście. Uwielbiam wcielać się w rolę, „schować się” za graną postacią, być na chwilę kimś innym.

A.S.: Ja mam podobnie. (śmiech) Najbliższa memu sercu jest oczywiście opera, ale lubię też bardzo musicale. 

Jakiej muzyki najczęściej Panie słuchacie – w domu, w aucie, podczas codziennych zajęć?

J.H.: Ja uwielbiam ciszę. Czasem, po wielu godzinach prób każdego dnia, nie jestem w stanie słuchać nawet wiadomości w radio. A nowości śledzę dzięki synowi. (śmiech) Funduje mi przyspieszony kurs tego, co aktualnie „piszczy w trawie”, podczas drogi do szkoły. 

A.A.-H.: W domu słucham tego, na co aktualnie mam ochotę. Wszystko zależy od mojego nastroju, co mnie aktualnie porusza. Lubię prawie wszystkie gatunki muzyczne, nawet country. Uwielbiam muzykę alternatywną, oryginalną, najlepiej z klasycznymi instrumentami.

A.S.: Tyle muzyki słyszę dookoła. Oprócz tego, że sama śpiewam, śpiewa również mój mąż Wojtek. Gdy nie mam koncertów, prowadzę zajęcia z moimi uczniami śpiewającymi. Przyznam się, że kiedy tylko mogę, to wybieram ciszę. W domu otwieram balkon i okna, słucham ptasich śpiewów. W aucie też lubię ciszę. Czasami w domu wieczorem, tak dla relaksu, włączę np. Tonego Benetta. 

Jak wytłumaczyć laikowi różnicę pomiędzy operą a operetką?

J.H.: Operetka, mówiąc subtelnie, to młodsza siostra opery. A dosadniej „podkasana muza”. Z reguły jest komedią lub zawiera jej elementy. Ma sporo tekstów mówionych, historii miłosnych, muzykę pełną walców, kankanów, ognistych czardaszy, marszy. I niemal zawsze kończy się happy endem. A zatem, dokładnie odwrotnie niż w operze, bo tam trup ściele się gęsto, choć, oczywiście, żeby nie było za prosto, są także smutne operetki i wesołe opery. (śmiech) 

Czy każda z Pań, będąc dzieckiem, marzyła o byciu piosenkarką, śpiewaczką, miała swój mikrofon do zabawy?

J.H.: Tak, śpiewam od zawsze. Występy zaczęłam w przedszkolu i tak to trwa do dziś. (śmiech) W roli mikrofonu świetnie sprawdzały się szczotki do włosów i dezodoranty. Rodzina czasami naprawdę miała mnie dość. Może właśnie dlatego wysłali mnie do szkoły muzycznej, żeby zaznać trochę spokoju. (śmiech) Choć nie wiem, czy się to udało, bo do śpiewania doszło „tłuczenie” w fortepian. 

A.A.-H.: Ja marzyłam, żeby być pianistką i ratownikiem nad jeziorem.

A.S.: (śmiech) W dzieciństwie przetestowałam różne dezodoranty i lokówki jako mikrofony przed lustrem.

Co Panie obecnie nagrywacie? Jaki nowy projekt jest w przygotowaniu?

J.H.: Nagrywamy płytę, ale ze względu na napięte grafiki każdej z nas – to niełatwy proces. Niemniej jesteśmy wytrwałe i płyta powstanie na pewno. Przed nami wiele koncertów, mamy sporo zaproszeń z filharmonii w całej Polsce i bardzo pracowity przełom roku. Już wiemy, że Nowy Rok powitamy w Toruniu. 

A.A.-H.: Nagrałyśmy już dziewięć utworów, więc jesteśmy bliżej niż dalej. Całym przedsięwzięciem kieruje wspaniały muzyk, pianista, aranżer i producent Darek Tarczewski.

A.S.: Nagrywamy płytę, na której znajdą się same hity operowe, musicalowe. Ponadto hity z muzyki pop w ciekawych aranżacjach, które na głosy rozpisuje nam nasza utalentowana Agnieszka Adamczak. 

A jak odpoczywacie? Podróżujecie, uciekacie na łono natury od miejskiego zgiełku?

J.H.: Ja kocham swoją pracę i nie lubię od niej odpoczywać. Oj, to chyba znak, że nie jest ze mną dobrze. (śmiech) Ale jeśli już odpoczywać, to lubię pomieszkać w domu. Często to słyszę od innych artystów. Nasze życie, niestety, spędzamy na walizkach, więc błogostanem jest domowe zacisze.

A.A.-H.: Ja również jestem domatorką. Odpoczywam, spacerując z psem, sprzątając i gotując. Ale żeby tak naprawdę odpocząć, wyłączyć się, muszę wyjechać, najlepiej do Chorwacji.

A.S.: Różnie bywa: sprzątając, gotując swoje autorskie potrawy. Takie przyziemne rzeczy bardzo mnie relaksują. Albo rower i długie spacery. Ostatnio nawet dałam się przekonać do treningów na siłowni w gronie żeńskim i też mnie to odpręża. 

Jaką radę dałybyście Panie młodym, początkującym talentom w wielkim świecie muzyki?

J.H.: Trudne pytanie. Śpiewanie musi być pasją, trzeba w to włożyć całe serce. I nigdy się nie poddawać, bo ta droga nie zawsze jest łatwa. Ale na pewno piękna! 

A.A.-H.: Bądźcie pracowici, pokorni i nie poddawajcie się. Śpiewania człowiek uczy się całe życie. Zmienia się nasza fizjonomia i zmienia się też głos. Trzeba ciągle pracować i wierzyć w siebie. Będziecie wystawieni na ciągłe sprawdziany, na ocenianie. Trzeba być odpornym i robić swoje. Ćwiczyć ciało, ducha i głos. Pod dobrą opieką – jak będę kiedyś uczyć śpiewu, to będę starać się właśnie w ten sposób wspierać swoich podopiecznych.

A.S.: Ja bym jeszcze dodała, żeby mimo różnych trudności nigdy się nie poddawać, wytrwale dążyć do celu. I spełniać swoje marzenia, a wszystko z czasem przyjdzie.