fbpx

Czy można nie poznać własnej żony? Czym jest ogórkolot z planety Marchewka? Co mają wspólnego Eskimosi z nerwowym sprawdzeniem, czy dostaliśmy odpowiedź na komentarz na Facebooku? Tego m.in. dowiecie się z nowej książki Marcina Mellera, który w czerwcu odwiedził Poznań.   

Rozmawia: Michał Gradowski 

Marcin Meller przyjechał do Poznania, aby porozmawiać z czytelnikami o swojej nowej książce. Nietoperz i suszone cytryny (Wydawnictwo W.A.B.). To zbiór felietonów z ostatnich przeszło trzech lat i opowieści od kulis – o mediach i tzw. „szołbiznesie”. „Szanowni Czytelniczko i Czytelniku, te kilkaset stron ma Wam przede wszystkim poprawić nastrój. W pociągu, autobusie, tramwaju, u fryzjera, na plaży, w samolocie, kawiarni, i oczywista oczywistość, w toalecie. Zwłaszcza w toalecie” – pisze Meller. Spotykamy się w winiarni „Pod Czarnym Kotem”, tuż przed spotkaniem autorskim. 

Pierwsze skojarzenia z Poznaniem? 

Mieszczaństwo, stateczność, porządek i trzymanie innych na dystans. Mój przyjaciel z Warszawy przez kilka lat pracował w Poznaniu. Miał świetne relacje z ludźmi, wszystko dobrze się układało, ale przez te trzy lata nikt go nie zaprosił do domu. W Warszawie to nie do pomyślenia. Dla mnie, człowieka ze Wschodu, skracanie dystansu, spotkania w domu po miesiącu znajomości to naturalna sprawa. A dla poznaniaków dom to twierdza. 

Często tutaj przyjeżdżasz? 

Najczęściej właśnie przy okazji takich spotkań autorskich, ostatnio byłem chyba rok temu po premierze nowego wydania „Gaumardżos! Opowieści z Gruzji”. 

Kiedyś, jeszcze w świętej pamięci Radio Roxy, prowadziłem program „Mellina”, a jego wydawcą był Adam Nowacki, który pochodzi z Poznania i mieszka tu teraz na stałe. Chętnie więc odwiedzam to miasto, bo mam pretekst do balowania z kolegą Nowackim. (śmiech)  

Pamiętam jak wiele lat temu, pracowałem jeszcze wtedy w „Playboyu”, w jednym z poznańskich hoteli organizowano spotkania biznesowe – zapraszano naukowców, sportowców i innych znanych ludzi, a mnie poproszono o poprowadzenie jednej z tych imprez. Wśród gości był też Piotr Reiss, więc zaczęliśmy sobie swobodnie gadać. Pech chciał, że w tym samym hotelu, w tym samym czasie, nocował mój kumpel z Warszawy, zagorzały fan Legii, który pierwszy raz zabrał mnie na Żyletę – i zobaczył mnie wtedy w czasie przyjaznej pogawędki z Reissem. Minęło już z dziesięć lat, a on do dzisiaj, kiedy wybieramy się na Legię, mówi, że pewnie chętniej poszedłbym na Kolejorza, bo przecież przyjaźnię się z Reissem. 

Przypomina mi się jeszcze jeden wątek poznański. Mój przyjaciel z Gruzji Acziko Guledani, muzyk, ale też maniak piłki nożnej, zadzwonił kiedyś do mnie w środku nocy, ewidentnie pijany i zaczął śpiewać na cały głos chamską piosenkę o Legii, bez wątpienia pochodzenia poznańskiego. Szczerze mnie ten jego telefon ubawił, więc opisałem całe wydarzenie na Facebooku i znalazłem „winowajców”. Była to grupa przyjaciół z Poznania, która pojechała do Gruzji po przeczytaniu „Gaumardżos!”. Wszyscy im mówili, że nie mają się tak ekscytować, nastawiać na jakieś wielkie przygody, bo przecież Mellerowie byli tam dziesiątki razy, a oni jadą pierwszy raz. Kiedy trafili do Mestii, pięknej miejscowości w Swanetii otoczonej górami, ktoś zaprosił ich na koncert. Spodziewali się jakiejś muzyki ludowej, a tam electro jak z Londynu, a na scenie rozpoznali właśnie Acziko, którego znali z naszej książki. Podeszli, przywitali się, a Acziko zabrał ich na imprezę, która trwała do rana, a kilka dni później zaprosił ich także do domu – podobno imprezowali dwa dni i wtedy nauczyli go piosenki, która podniosła mi ciśnienie w środku nocy.   

Spotkałem się z nimi zresztą później w Warszawie, poprosili mnie o przekazanie Acziko prezentu, kiedy następnym razem pojadę do Gruzji. Pozbawieni instynktu samozachowawczego przez całą Warszawę paradowali z torbą firmową Lecha Poznań.

W „Nietoperzu” znajdziemy sporo barwnych anegdot z Twoich różnych miejsc pracy. Jeśli spojrzy się na Twoją ścieżkę zawodową, znajdziemy same skrajności. Z jednej strony „Polityka”, poważny tygodnik opinii, z drugiej „Playboy”. Ambitne audycje radiowe i program śniadaniowy. Skąd ta rozpiętość? 

Miałem tak od zawsze. Pod koniec lat 80. działałem w nielegalnym Niezależnym Zrzeszeniu Studentów, a z drugiej strony bawiłem się w Pomarańczową Alternatywę. Wielu moich kolegów z NZS-u uważało, że taki ruch happeningowy to idiotyzm, odciąganie ludzi od poważnych spraw. A koledzy z Pomarańczowej uważali, że ci z NZS-u to drętwe dziady, które chodzą w rogatywkach i uważają, że ciągle trwa Powstanie Warszawskie. A ja i tu, i tu czułem się dobrze. Po latach pracy w „Polityce” byłem już trochę wypalony, trochę znudzony i wtedy pojawiła się propozycja poprowadzenia „Agenta”.  Co do „Playboya” – pamiętam jeszcze pierwsze numery, które widziałem, przywożone przez tatę z Zachodu – pytałem go o zdanie, sam zachęcał mnie wtedy do przyjęcia tej pracy.  

A Dzień Dobry TVN? Naprawdę lubię tę pracę. Oczywiście zdarzają się tematy, przy których nawet nie potrafię udawać, że mnie to interesuje, ale w większości przypadków spotykam ciekawych ludzi, dowiaduję się rzeczy, o których większość moich znajomych nie ma bladego pojęcia. Dziennikarze, którzy pracują przy programie, przeczesują rzeczywistość, monitorują mody i nowe zjawiska, aby wiedzieć, czym żyją miliony ludzi z dala od tego, co pokazują programy informacyjne. Dzięki temu ja mogę później błyszczeć – w programie i  towarzystwie, bo wiem czym interesują się nastoletnie dzieci moich znajomych. Ale nie jest to łatwe zadanie. Trzy godziny nieustannego skupienia, tematy i nastroje zmieniające się co kilka minut – sukcesy sportowców, premiery filmów, jakiś wesołkowaty motyw, a zaraz potem historia ciężko chorych dzieci. Tym, którzy pokpiwają z telewizji śniadaniowej, zawsze odpowiadam, że chciałbym zobaczyć, jak sami to robią.

W wielu miejscach książki przewija się Twój optymizm, piszesz, że szklanka jest dla Ciebie zawsze do połowy pełna. To wrodzone, czy jakoś to pielęgnujesz? 

Jestem taki z charakteru, ale też trochę nad tym pracuję. Staram się nie przywiązywać do złych doświadczeń, w 95 proc. zapominam o nich i nawet jeśli ktoś mi podpadł, z czasem resetuję te złe historie. I staram się nie czepiać z byle powodu. 

W sumie, licząc wszystkie książki, miałem już kilkaset spotkań z czytelnikami w całej Polsce. Na początku, bo przecież wiele moich felietonów komentuje bieżące polityczne wydarzenia, spodziewałem się agresji, ataków, wyzwisk, ale spotkałem może ze trzech wariatów, z tego dwóch sympatycznych. Jeśli zestawimy to z falą hejtu, którą można znaleźć w sieci, także na mój temat, świat jest dużo bardziej sympatyczny, niż się nam wydaje.  

Optymizm to też jedna z rzeczy, która ujęła mnie w Gruzji. Mam tam przyjaciół w moim wieku, którzy na cmentarzu w Tbilisi w każdej alejce mają swoich znajomych – z powodu wojny na początku lat 90. i heroiny, która była pokłosiem tej wojny i zbierała w Gruzji śmiertelne żniwo. Pomimo krwawej historii Gruzini mentalnie nie siedzą na cmentarzu, nie bawi ich międlenie w głowie wszystkich klęsk, prawdziwych lub urojonych krzywd. 

W „Nietoperzu” jest całkiem sporo komiczno-smutnej Polski z ostatnich czterech lat, która, w co wierzę jako niepoprawny optymista, jeszcze się zmieni na lepsze. Śmiechu, ironii czy sarkazmu używam jako tarczy, bo gdyby brać rzeczywistość jeden do jednego, można by oszaleć. Stawiam na lepszy wariant rzeczywistości, delikatnie ją zaklinam. 

Skąd czerpiesz pomysły na kolejne felietony? 

Notuję sobie w telefonie różne spostrzeżenia, cytaty, później staram się skleić tych kilka osobnych grepsów w całość. Inspiracją są też dla mnie dzieci, siedmioletni Gucio, z którym rozmawiamy już na bardzo poważne tematy i pięcioletnia Baśka, która ma nieprawdopodobny talent, po mamie, do snucia opowieści. Jeśli powiem jej: „Basiu, opowiedz mi o pieczarce, która poleciała samolotem” – bez chwili zawahania rozpocznie totalnie surrealistyczną opowieść. 

Często siadam do felietonu o dziewiątej rano, a zaczynam pisać dopiero o piętnastej, szukam pomysłu, formy. A czasem naprawdę nic nie przychodzi mi do głowy – i te felietony zwykle podobają się najbardziej. Tak było przed meczem Legii z Celtikiem, kiedy w naszym domu na Mazurach walczyłem z dekoderem i konsultantem na infolinii. Kiedy po kilku godzinach czekania usłyszałem, że „sygnał już idzie”, nie wytrzymałem: „świetnie, że idzie, ale czy wiadomo kiedy dojdzie? I którędy idzie? Przez Reszel czy Mrągowo?”. Jak łatwo się domyślić, meczu w końcu nie obejrzałem, ale tak narodził się felieton „Wędrówki małego Sygnałka”, historia biednego małego Sygnałka, który w znoju i trudzie brnie przez warmińskie łąki i pastwiska. W momencie pisania byłem nawet trochę zażenowany tym, co robię, ale do dzisiaj ludzie proszą mnie, żebym przekazał Sygnałkowi pozdrowienia.  

Do stolika podchodzi tajemnicza nieznajoma: Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę Panu powiedzieć, że sobota bez „Drugiego Śniadania Mistrzów” nie ma sensu. Proszę te wszystkie konwencje torpedować, tak jak do tej pory, bo rozmowa z Pana gośćmi zawsze przynosi coś odkrywczego. Superprogram, tak trzymać!

To było ustawione?

Nie, ale rzeczywiście mogło to tak wyglądać. (śmiech)      

Czujesz, że prowadząc tak popularne programy masz wpływ na rzeczywistość? 

Niespecjalnie mam takie ambicje. Świata nie zmienię, ale paru ludziom mogę poprawić nastrój. Na pewno mogę też skutecznie wypromować książkę. Najlepszym przykładem jest Shantaram Gregory’ego Davida Robertsa. Po naszej audycji, jeszcze w Radio Roxy, w której opowiadaliśmy o tej książce rozdzwoniły się telefony, bardzo szybko wyprzedano cały nakład. Zachęcałem też do robienia kolonoskopii po czterdziestce – myślę, że chociaż kilku osobom mogłem w ten sposób wydłużyć życie. Wiem też, że jest kilkaset tysięcy ludzi w Polsce, którzy regularnie oglądają „Drugie Śniadanie Mistrzów” – widziałeś to przed chwilą – ale mój wpływ na tę grupę ludzi niczego nie zmienia w perspektywie całego społeczeństwa. Nie jestem Dodą. 

Dzięki Bogu!