fbpx

„Niekiedy ktoś myśli, że ma styl, a go nie ma”. O szafie skrywającej bogate wnętrze, garderobie, w której możemy czuć się sobą, bez przywdziewania aktorskiej maski i o swoich spostrzeżeniach opowiada Anna Męczyńska, stylistka, kostiumografka, autorka książki Figura jak z ekranu. Modowe triki bohaterek seriali.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Mateusz Motyczyński

Jaki nowy projekt Pani przygotowuje?

Anna Męczyńska: Mogę tylko zdradzić, że to będzie komedia romantyczna. Premiera ma być w listopadzie, więc niebawem. Produkcja i obsada bardzo zachęcająca, i miły, życiowy scenariusz. Jestem nie od kina moralnego niepokoju, bardziej od komedii. (śmiech)

Czy Pani wyznaje zasadę, że „szata zdobi człowieka”?

Z pewnością gdy miałam dziewiętnaście lat, ubiór był priorytetem. Myślę, że to zależy od wieku i jest wówczas naturalne. Ta chęć ładnego wyglądu, zaistnienia, podobania się. I trzeba pamiętać, że bardzo często ubiór jest sygnałem, że należymy do jakiejś grupy. Głównie ta przynależność jest widoczna wśród młodych osób. Są również osoby, które bardzo dbają o swoją autonomiczność w wyrażaniu siebie poprzez ubiór. A osoby, które dojrzewają – bo to przychodzi z wiekiem – bardziej stawiają na to, co sobą reprezentują i zwracają uwagę na to, czy ten kierunek, który obrali w stylizacjach, w ubraniach, jest zgodny z ich wnętrzem, charakterem, a nierzadko i z miejscem pracy. Zwłaszcza jeżeli udają się do pracy w jakiejś korporacji, gdy maja zawód, w którym wymagany jest dress code, wtedy to się zaczyna klarować. I ta szata zdobi, bo mówi się, że pierwsze siedem sekund jest najważniejsze, żeby zrobić wrażenie. A pierwsze wrażenie możemy zrobić tylko raz! 

Często poprzez strój chcemy czuć się bardziej pewni siebie?

Życie wszystko weryfikuje, bo nieraz zbyt się kreujemy strojem na kogoś innego, kim wcale nie jesteśmy. I to do nas kompletnie nie pasuje, a pragniemy wyglądem, naszą stylizacją zaimponować. Nasz ubiór jest formą komunikacji – na pewno. W związku z tym ta komunikacja może być błędnie odczytana. Bo ubranie jest też formą manipulacji, przypodobania się, a także formą dostosowania się do wymogów związanych ze stanowiskiem pracy. Strojem wyrażamy swoją osobowość, korzystając z trendów modowych. Wyrażamy swój charakter, nastrój. Choć podświadomie również sięgamy po pewne elementy – o czym subiektywnie napisałam w swojej książce. Elementy stroju jako narzędzia, czy to są falbanki, kokardy, wzory kwiatowe w naszej szafie. Wszystko to sugeruje, jaką mamy naturę.

A co z psychologią zakupów?

Dlaczego kupujemy? – trzeba zadać sobie pytanie. Czym podyktowane są zakupy? Obserwując kobiety, wiem, że kupują dość kompulsywnie. Kupują w momencie, gdy rzuca je facet albo szukają faceta i chcą zmiany, chcą się pokazać, zabłysnąć. Albo starają się o nową pracę. Psychologia zakupów i psychologia nas samych przenikają się wzajemnie. Wszystko z czegoś wypływa, z danego życiowego zakrętu bądź potrzeby. Zakupy uzależnione są od naszego etapu życia, zasobności portfela, ale też od naszej osobowości. Często są to przełomowe momenty w życiu. I wówczas kobieta zaczyna się zastanawiać „Czy ja mam styl? Czy moja garderoba jest coś warta?” To wyznacza kierunek. 

Czy przyjrzenie się swojej szafie to również przyjrzenie się swoim pragnieniom?

Oczywiście, że tak. Najważniejsze – mimo wszystko – jest budowanie własnej tożsamości poprzez ubiór. A posiadanie swojego stylu to jest nic innego, jak konsekwencja. Choć niektóre elementy naszego stroju mogą ulec zmianie, związane jest to z naszymi doświadczeniami, przeżyciami i latami. Nieraz jest tak, że kobiety, które całe życie chodziły w szpilkach, zmieniają swoją garderobę po ekstremalnej sytuacji życiowej lub ze względów zdrowotnych. Ja jestem tego doskonałym przykładem. Musiałam zmodyfikować swój styl ze względów zdrowotnych, nigdy wcześniej nie chodziłam w butach sportowych, a zaczęłam od momentu, jak poważnie połamałam nogę i okazało się, że inne buty nie wchodzą w grę. Trzeba więc myśleć w kategoriach wygody i zdrowia.

Jaka jest Pani ulubiona część garderoby?

Ja bardzo upodobałam sobie sukienki. I to od paru lat. Sukienka to mój rozpoznawalny styl, do niej mogę założyć baleriny, botki na niskim obcasie lub sportowe. Bardzo dobrze czuję się w sukienkach, dobieram odpowiednie akcesoria. Ponadto sukienka zwalnia mnie od myślenia jak strój dokomponować, co włożyć na górę. Dużą wagę przykładam do dodatków. Stawiam mocno na biżuterię. Zawsze mam kolczyki, coś na szyi, jakąś kolię, wisiorki. Korale nie, bo uważam, że mnie to postarza, dodaje lat i takiej „koturnowości”. Korale mi nie służą (śmiech), ale jestem orędowniczką szali, wszelkiego rodzaju apaszek. To jest wygodne, bo na bazie sukienek można zbudować swój styl. Aczkolwiek w mojej szafie są też marynarki. Nie widzę innej możliwości, żeby ich nie było, bo są potrzebne. Jest w mojej szafie również ramoneska, którą bardzo często noszę, na którą się zdecydowałam, będąc już dojrzałą kobietą. Mam eklektyczne podejście do ubioru, uwielbiam też białe koszulowe bluzki.

Czy zakładając np. małą czarną ze Śniadania u Tiffany’ego, możemy w takiej sukience poczuć się jak stylowa Audrey Hepburn albo w białej, zwiewnej jak Marylin Monroe w filmie Słomiany wdowiec? Czy ważne są takie symboliczne części garderoby, które pozwalają nam utożsamiać się i porównywać z gwiazdą szklanego ekranu?

Wszystko jest w głowie, bo stylizacja nie musi być jeden do jednego, a wręcz powinna być przez nas zmodyfikowana. Są kobiety, które chodzą często w spodniach. Wówczas inaczej chodzimy, inaczej się poruszamy i inaczej siadamy. A czarna sukienka, do której wybieramy buty na wysokim obcasie, już nas ustawia w innej pozycji. Zaobserwowałam to np. u jednej gwiazdy, że wraz z nałożeniem czerwonej szminki na usta ona właściwie się przeobrażała w tę osobę publiczną. I to było dla mnie ciekawe doświadczenie z punktu widzenia socjologiczno-psychologicznego. Takie spostrzeżenie, że dopóki ta aktorka nie umalowała ust, była bardzo prywatna, ale w momencie gdy to zrobiła, błyszczała jak gwiazda i tak też się zachowywała. Jej sposób mówienia się zmienił. 

W kwestii płynności w chodzeniu, sposobu poruszania się, często przywołuje Pani Monicę Bellucci czy Penélope Cruz.

Trzeba zwracać uwagę na sposób chodzenia, nie szurać butami, co dla mnie jest oznaką wręcz przesadnego wyluzowania, takiego niechlujstwa. Często właśnie moda typu street wear zabiera kobietom kobiecość, sex appeal. Trzeba o tym pamiętać, wybierając swobodny styl, ovesize’owy ubiór.

Na którym planie zdjęciowym – Rodzinki.pl, Śniadania do łóżka czy innym – miała Pani więcej swobody w kreowaniu postaci i więcej swoich pomysłów mogła Pani przemycić?

Zawsze początek to jest praca całego zespołu. To jest proces. Nigdy tak nie jest, że przychodzę z pomysłem i on jest w pełni od razu zaakceptowany. Wymaga to konsultacji z reżyserem czy operatorem. Do dzisiaj, gdy pracuję przy Rodzince.pl, a mam jakieś wątpliwości, to po prostu idę i dopytuję reżysera. Chcę usłyszeć, jak on to widzi, dając oczywiście też swoją propozycję. Muszę też liczyć się z tym, iż reżyser ma kompletnie inną wizję, wyobraża sobie inaczej kostium postaci. Również zdarza się tak, że mój pomysł jest za mocny dla aktora. Przy wszystkich produkcjach ważna jest konsultacja, współpraca, rozmowy obu stron. Oczywiście, gdy już robimy ósmy rok Rodzinkę.pl w pewnym momencie mamy wyrobiony profil postaci, wiem, co do której pasuje, a co nie. I podążamy tym torem. Gdy wszystkie parametry są ustawione, omówione wytyczne z producentem, reżyserem i aktorem na początku, to później już mnie nikt nie kontroluje. Zdarzają się też aktorzy, którzy dziękują mi za takie nazwijmy to ustawienie postaci, że oni zaczynają odrobinę inaczej grać. W przypadku długoletnich seriali, jak chociażby Rodzinka.pl, wymieniamy w całości garderobę naszym bohaterom, dostosowując się do obowiązujących trendów. Gdyż strój ma iść z duchem czasu, ma być dostosowany do zmian aktorów, do ich potrzeb. Wszystko musi być podyktowane scenariuszem, na ile można sobie pozwolić. Na coś bardziej szalonego. 

Gdy patrzy Pani na nasze ulice, na Polaków, czy uważa Pani, że przeszliśmy pozytywną metamorfozę? Lepiej się ubieramy, bardziej stylowo, odważniej niż kiedyś?

Moim zdaniem poprawił się nasz wygląd, wizerunek. Wszystko to ma związek też z nowymi technologiami, możemy przecież na żywo śledzić, oglądać pokazy fashion i styl innych ludzi na drugiej półkuli. Można by powiedzieć, że gdy kilkanaście lat temu wyjeżdżało się na Zachód, przepaść modowa była wielka. Polki są jednak takie, że nie doceniają swojej urody, że więcej znajdują w sobie mankamentów, wad, często wyimaginowanych. My nie jesteśmy – jak na razie – dla siebie kobietami życzliwymi. Raczej jesteśmy z tych, które siebie bardzo mocno krytykują. A uważam, że życie jest za krótkie i często nie ma takiej potrzeby, żeby się krytykować, bo i po co. Wszystko jest kwestią tego, na ile my sobie pozwalamy poszaleć z tym naszym stylem. Jesteśmy jeszcze bardzo zachowawczy. Są różnice nawet pomiędzy dużymi miastami w tym, jak ubierają się ich mieszkańcy. 

Czy lubi Pani doradzać osobom zdecydowanym, konkretnym, które znają swoje ciało, wady i zalety swojej sylwetki i wiedzą, czego akurat chcą? Czy jednak preferuje Pani pracę bardziej z osobami typu „tabula rasa”, które są jak ta biała karta i przyjmują Pani uwagi, rady?

W stosunku do osób, które wiedzą, czego chcą, moja rola ogranicza się tylko do odświeżenia garderoby. Lub podążania za tym, co wypatrzyłam, co pasowałoby do danej osoby, ponieważ w stosunku do ludzi konkretnych, mających swój styl, nie ma czego burzyć, tylko dlatego, że jestem stylistką, po to, żeby udowodnić, że ja mam rację. Ja tak nie pracuję. Osobom, które nie mają swego stylu lub jeszcze są na etapie poszukiwania, mogę tylko – co zawsze podkreślam – coś zasugerować. Jak bardziej zaprezentować swoje atuty, ewentualnie, żeby skorygować fasony, kolory w szafie. I zakryć, to, co jest w nas słabsze. Nie lubię też słowa „mankamenty” figury. Pierwszym etapem do tego, aby się wszystko udało, jest nasza samoświadomość. Jest ona kluczem do sukcesu, kluczem do poprawy naszego wyglądu, aby wszystko było płynne i harmonijne. Moja rola ogranicza się tylko do zasugerowania, a nie do nakazania. 

Z którą gwiazdą, aktorką bądź aktorem wspomina Pani współpracę jako bardzo dobrą, płynną?

Na pewno bardzo dobrze zawsze pracuje mi się z Izą Kuną. Aktorzy z reguły mają już wyrobiony swój styl. Niektórzy aż są przewrażliwieni i ze zdwojoną siłą dbają o ten wizerunek. Z prostej przyczyny – są cały czas na przysłowiowym „świeczniku”, wciąż oglądane i oceniane przez otoczenie. Dlatego często konsultują swój wygląd z osobami trzecimi. I nie ma w tym nic dziwnego. Chcą po prostu dobrze wyglądać. Osoby znane, z którymi pracuję, z reguły idą za głosem swoich oczekiwań, swojej świadomości i tego, jak chcą być postrzegane, jak chcą się dobrze czuć itd.