fbpx

Obieżyświat, wędrowiec, podróżnik, badacz, naukowiec. Mnóstwo słów określa profesora Radosława Arkadego Fiedlera, prodziekana ds. współpracy międzynarodowej, kierownika Zakładu Pozaeuropejskich Studiów Politycznych na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Przemiłego człowieka, który doskonale łączy swoje pasje podróżnicze z pracą badawczą i naukową. Arkady to imię pochodzenia greckiego, oznaczające w wolnym tłumaczeniu tego, który pochodzi z Arkadii, krainy wiecznego szczęścia. Rozmawiamy zatem o szczęściu w różnych aspektach życia, o rodzinnych więziach, ekscytujących spotkaniach i barwnych wspomnieniach z dzieciństwa.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Tomasz Siuda

W dzisiejszych czasach wiele osób tworzy drzewo genealogiczne swojej rodziny, szuka pamiątek, świadectw istnienia swoich przodków, odkrywa nieznane dotąd fakty. W przypadku rodziny Pana Profesora jest ten wielki plus, że Arkady Fiedler, Pański dziadek, nie zatajał swojej pasji podróżnika. Wprost przeciwnie, on przekazał całej męskiej linii Fiedlerów geny podróżnicze. Odziedziczył je i Pan, Pana tata, stryj, najbliższy kuzyn, brat. Czy taka rodzinna tradycja zobowiązuje? Obliguje do nieustannego działania, napędza i motywuje, czy stanowi pewnego rodzaju obciążenie?

Radosław Arkady Fiedler: Raczej postrzegam to w pozytywnym aspekcie. Muzeum im. Arkadego Fiedlera jest takim miejscem szczególnym, otwartym, tolerancyjnym i międzykulturowym. Różni goście tu przyjeżdżają, także zagraniczni. Od wczesnego dzieciństwa przebywałem w Muzeum. Tam się bawiłem klockami Lego (śmiech) z kuzynem Arkadym i moim bratem. Wyrośliśmy w tej atmosferze i traktujemy to jako coś naturalnego. Podróże, egzotyka są oswojone od dzieciństwa. Fascynowało mnie barwne życie dziadka. Nie ukrywam, że głównie jego witalność życiowa. On wyjeżdżał jesienią, zimą z Polski do ciepłych krajów. I ta podróż trwała wiele miesięcy. Długo i skrupulatnie przygotowywał się do takiej wyprawy: warsztatowo, metodycznie i merytorycznie. Znał kilka języków. Pisał listy, czytał obcą literaturę, zapamiętywał. Taki rasowy badacz, można by powiedzieć. Nie było wtedy Internetu, poczty elektronicznej, telefonów komórkowych. Jak wracał z tych podróży (również z moim ojcem czy stryjem Arkadym), przywoził kufry z pamiątkami, ekscytujący powiew egzotyki. Trzymałem jako dziecko np. szczęki rekina, wyciągałem z kufrów bambusy. Dzisiaj to „chleb powszedni”, ale wówczas bambus, orzech kokosa czy maski robiły wrażenie. I opalone twarze dziadka oraz najbliższych zimową porą w Polsce – to było niesamowite. Takie obrazy utkwiły w mojej pamięci. Bardzo cieszymy się w naszej rodzinie, że odziedziczyliśmy taką otwartość i pomysł na podróżowanie. Kontynuujemy dziadka pasję nie jako obowiązek, który trzeba podtrzymywać. My wszyscy traktujemy to jako pozytywny bodziec do działania. 

W różne rodzinne przedsięwzięcia i podróżnicze projekty włączyła się też żona Pana Profesora.

Tak. Współtworzymy Fundację Fiedlerów i organizujemy takie spotkania dla podróżników pt. Orinoko nad Wartą. To jest miejsce spotkań i warsztatów, gdzie młodzież, dzieci i dorośli mogą posłuchać o dalekich podróżach, ale też mogą poopowiadać o swoich doświadczeniach, podzielić się swoimi historiami. W tym roku 29 czerwca będzie taki minifestiwal i kolejna odsłona Orinoko nad Wartą, m.in. podróżniczka Kamila Kielar będzie opowiadać o swojej wyprawie. Dziewczyna, która jest odważna, sama podróżuje, nie boi się niedźwiedzi i nowych wyzwań. Ona po prostu poświęciła swoje życie podróżowaniu. 

Wspomniał Pan Profesor już o Muzeum Fiedlerów. To przecież niezwykły projekt. Nie sterylna, zamknięta, wręcz laboratoryjna, przestrzeń, tak często kojarzona ze specyfiką muzealnych wystaw. Państwa Muzeum jest multifunkcyjne, tętni życiem, emocjami, nowinkami i historiami przywiezionymi z wojaży przez kolejnych członków rodziny. Ale też żyje dzięki przyjezdnym, turystom, którzy chętnie spędzają tam czas. Czy taki był pierwotny zamysł, aby stworzyć kompletnie inne muzeum? Takie, które nieustannie przyciąga jak magnes, w którym człowiek się nie nudzi, wręcz przeciwnie, chłonie tę wiedzę?

Muzeum pod Totemem powstało 45 lat temu. To prawie całe moje życie. Jako dzieciak obserwowałem już wielu zwiedzających, których dziadek oprowadzał, podpisywał książki, tłumaczył. Jego książki cieszyły się dużym wzięciem, wtedy to było „okno na świat”. Okno w prywatnym domu. I nadal tak jest, że jest część prywatna, i część poświęcona ekspozycji muzealnej. To się tak wszystko przeplata: klasyczna część muzeum i gwar dobiegający z kuchni. (śmiech) To jest bardziej miejsce rodzinne niż klasyczna sala wystawowa. Ekspozycja nie zmieniła się od lat. Tak ją zaprojektował dziadek Zygmunt Konarski i drugi dziadek Feliks Skrzypczak – tu była współpraca obu rodzin. Tym atutem muzeum jest spotkanie z rodziną. Miejsce różnych kultur i tolerancji. W ogrodzie ustawione są rzeźby. Na drewnianym tarasie można swobodnie porozmawiać sobie o podróżach i nie tylko… Rodzinne miejsce, które ma swoją kubaturę. To nie są interaktywne, nowoczesne sale, w których można poprzyciskać guziki. (śmiech) Ma to swój kameralny, klasyczny urok. Tu powraca się do lat dzieciństwa. Gdy organizujemy festiwale, spotkania podróżnicze, szanty, to 200 osób jest takim optimum dla powierzchni i przestrzeni muzealnej. Plusem tego miejsca jest jego naturalność, spokojnie możemy sobie zwiedzać, nie ma pędu. Można chłonąć wiedzę, czytając napisy, fragmenty i cytaty z książek, poznając historie polskich lotników, wchodząc na Santa Marię czy do tajemniczego świata Indian, oglądając te rzeźby. Można się delektować, być na terenie muzeum sześć czy osiem godzin. 

Dorastał Pan w aurze podróży, w kulcie dziadka. Jaka książka lub jaki film podróżniczy fascynował już Pana Profesora w dzieciństwie? Czy to była np. powieść Juliusza Verne’a W 80 dni dookoła świata, czy Przypadki Robinsona Crusoe Daniela Defoe, czy Podróże Guliwera Jonathana Swifta? Czy miał Pan swoje ulubione lektury?

Przede wszystkim Mark Twain, ale również twórczość dziadka, np. Wyspa Robinsona, Biały Jaguar, Orinoko, Mały Bizon, a szczególnie – Mój ojciec i dęby, bo to jest taka retrospekcja rodzinna. Wielokrotnie sięgałem po tę książkę i odświeżałem sobie lekturę, ze względu na emocje i historie rodzinne. Poznawałem dziadka od strony pisarskiej, że ma świetne pióro. Bo wiadomo, inaczej „dziadek-dziadek”, a inaczej dziadek pisarz, podróżnik. To takie skonfrontowanie tych ról. Czytałem też powieści Alfreda Szklarskiego.

Jaki obraz dziadka Arkadego przewija się w Pana pamięci? Pamięta Pan sytuacje związane z dziadkiem, często powtarzane przez niego maksymy, sentencje?

Wówczas, jako dziecko, dziadka Arkadego postrzegałem jako osobę bardzo surową, wymagającą. Taka pruska szkoła. (śmiech) „Wszystko trzeba zjeść, co jest na talerzu” – konkretny, tubalny głos. Dziadek był lekko niedosłyszący, a dziecko mówi trochę wolniej i ciszej. Dziadek wymagał precyzji, głośnego i wyraźnego mówienia. Ale to miało też swój urok. Gdy pisałem jakieś krótkie opowiadania, to dziadek bardzo się cieszył, że próbuję. Nie piętnował za jakieś błędy. Czytał na głos, chwalił i mówił „pracuj nad tym”. To było bardzo fajne i dopingujące. Dziadek jako niespokojny duch często powtarzał maksymę „Tęsknota za dalą”. Oczywiście, życie rodzinne i osiadłe ma wiele walorów, ale podróż wzywa. Wyprawa i przygoda kuszą. „Świat mnie wabi” to hasło przewodnie dziadka, ale też naszej rodziny. Dziadek uwielbiał wielobarwność świata, a także wielobarwne motyle. (śmiech) Mieliśmy w ogrodzie budleje i on się w nie wpatrywał, bo krzewy te przyciągały mnóstwo motyli. Ponadto wracał do swoich ulubionych książek z dzieciństwa, powieści Marka Twaina. Miał świetny wzrok, nie używał okularów, mając 90 lat. Wolał czytać, niż oglądać telewizję. 

Pana Profesora interesuje Bliski Wschód. Podróżował Pan z żoną po Jordanii i poznawał uroki tego kraju, dla nas Polaków, tak odległego i egzotycznego. W tym roku, jako nowość wydawnicza, ukazała się Pana kolejna książka zatytułowana Iran – śladami polskich uchodźców. W tej irańskiej peregrynacji towarzyszył Panu tata, podobnie jak w wyprawie do Meksyku czy na Ukrainę, gdzie przemierzyliście szlak pierwszej wyprawy dziadka Arkadego. Pana kuzyn przejechał Afrykę maluchem, stryj przemierzył Amazonię śladami dziadka. Jak Wy, potomkowie Arkadego Fiedlera, dokonujecie wyboru kolejnego kierunku wyprawy? Czy siadacie wspólnie, dywagujecie i ustalacie, gdzie kto chciałby pojechać? Ustalacie strategię, plan podróży, aby nie zdublować pomysłów? 

Tak. Spotkania nie są zbyt częste, ze względu na podróże i aktywności różnego rodzaju. Bo np. jak mój kuzyn czy stryj wyjeżdżali, to już na kilka miesięcy. Ja ostatnio też dużo jeżdżę, ale głównie zawodowo. Byłem na Tajwanie, w Chinach. Różne granty naukowe – Kijów, Wielka Brytania. Teraz to wiele wyjazdów się ponakładało. Wracam i znów wyjeżdżam. (śmiech) Dlatego w ostatnich miesiącach trudno o takie spotkania, niemniej rozmawiamy i ustalamy. Rozmawiamy o wrażeniach z podróży, naszych dokonaniach. Mój kuzyn ma pomysł podróżowania maluchem jako środkiem lokomocji i pokonywania dystansu. Natomiast mój pomysł podróżniczy pokrywa się często z moimi zainteresowaniami naukowymi i badawczymi. Jestem politologiem, ale też studiowałem dziennikarstwo. Zajmuję się systemami politycznymi, gospodarką danego państwa czy regionu. Jadę, analizując wybrany obszar, przeprowadzając wywiady z badaczami, szefami różnych organizacji, np. z rzecznikiem organizacji Bractw Muzułmańskich w Jordanii. Staram się godzić zainteresowania badawcze i fascynacje podróżnicze. Wchodzę w głąb tematu, poznaję kulturę, język. Tak było w przypadku wyprawy do Iranu, gdzie rozmawiałem z prawdziwymi Irańczykami, zwykłymi ludźmi. To było ciekawe. Oni są bardzo dobrze wyedukowani, wykształceni. Jest to państwo policyjne, ale społeczeństwo jest bardzo ciekawe Europy, Stanów Zjednoczonych. Pomimo tego, że są nastawieni prozachodnio, trzeba jednak pamiętać, że Irańczycy są patriotami i nacjonalistami. Bliski Wschód jest ciekawym regionem, dynamicznym, złożonym, który – oczywiście – ma swoje problemy. Np. w 2014 roku, gdy byłem z żoną Anną w Jordanii, był wtedy napływ masy uchodźców. My dopiero mieliśmy tego doświadczyć jako Europa i Unia Europejska. A już wtedy w 2014 roku setki ludzi przekraczało granicę, uciekając przed wojną. Władze starały się pomóc, tworząc obozy dla uchodźców, uzyskując też pomoc międzynarodową, od sąsiadów i Stanów Zjednoczonych. Jakoś to państwo dało radę, pomimo że jest biedne, boryka się z problemami gospodarczymi, społecznymi, z brakiem wody. Susza i zmiany klimatyczne na Bliskim Wschodzie są bardzo odczuwalne. Iran jest bogatą historią. Izrael też jest ciekawy, bo to demokracja na Bliskim Wschodzie, ale też twierdza militarna, gdzie jest ciągły alert.

Które miejsce na mapie świata utkwiło najbardziej w Pana pamięci? Do którego chciałby Pan Profesor jeszcze wrócić?

Jest takie miejsce. Palenque – miasto ukryte w dżungli. Z ojcem odbyłem kiedyś podróż do Meksyku śladem Pierzastego Węża. To jest kultura Indian prekolumbijskich. Czas, w którym było wielobóstwo, wierzono w różnych bogów, którzy wymagali ofiar z ludzi. A ten Pierzasty Wąż nie był tak groźny. Najbardziej znany jego wizerunek to właśnie wąż ozdobiony barwnymi piórami z mitologicznego ptaka quetzala lub jako mężczyzna z białą brodą, takie oddźwięki chrześcijaństwa. Pierzasty Wąż, będąc wielkim nauczycielem, nauczył Indian uprawy kukurydzy, budowy miast itp. Pierzasty Wąż przechodzi przez kulturę Azteków i Majów. Palenque leży na pograniczu Gwatemali i Meksyku, miasto pochłonięte przez puszczę tropikalną. Ma swój mikroklimat, wspaniałe zabytki. To miejsce niezwykłe, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Częściowo zostało odkryte, ale jest wiele miejsc jeszcze niezbadanych. To są dziesiątki lat badań archeologicznych, nawet 150 lat nie wystarczy, aby zgłębić ten temat. 

Jest również zalążek innego pomysłu. Cóż to takiego?

Uzyskałem stypendium i będę przez rok na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku. I jeśli wszystkie formalności zostaną dopełnione, (śmiech) to tam chcę badać politykę amerykańską wobec Iranu. Czyli ten Bliski Wschód znów się przeplata. Wraz z Tomkiem Siudą mamy taki pomysł fotograficzno-reporterski. Postanowiłem spojrzeć na Nowy Jork z różnych perspektyw. Podczas badań i pobytu na uczelni chciałbym, aby był to rok poznawczy. Pokazanie Nowego Jorku w różnych odsłonach, jako wielkiej metropolii, gdzie jest 800 języków, międzykulturowość, międzyreligijność. Bardzo dużo kawiarni i restauracji. Podobno 22 lata trzeba by poświęcić, aby codziennie jeść w innym miejscu. Nowy Jork jest bardzo tolerancyjny, otwarty na turystów, na świat. W Nowym Jorku jest zarówno historia, jak i nowoczesność. Inaczej niż np. w Pekinie, gdzie władze wyburzają stare budowle, hutongi, na rzecz nowych, skomercjalizowanych. Tam jest takie zachłyśnięcie nowoczesnością. W Nowym Jorku inaczej, bo wszystko ze sobą koegzystuje, wieżowce, sky tower i stuletnie budynki. Jakoś to wszystko współgra. Pierwszy raz będę miał okazję przeprowadzać badania przez dłuższy okres. Z reguły miałem wyprawy, podróże trwające tygodniami. Teraz będzie dwanaście miesięcy. Mam więc nadzieję, że moje pomysły, które dopiero kiełkują, skrystalizują się.

Tego ogromnie życzę.