fbpx

Odeta Moro – kobieta wulkan, z nowymi pomysłami i niespożytą dawką energii. Bez skrywanej kokieterii opowiada o blaskach późnego macierzyństwa, o endorfinach szczęścia, które wyzwalają u niej wiatr, żagle i motocykl. Dzieli się swoimi spostrzeżeniami z podróży po Azji i tęsknotą za magiczną aurą mazurskich jezior. 

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Prywatne archiwum

Masz bardzo oryginalne imię, Odeto, jak jedna z postaci w Jeziorze łabędzim Piotra Czajkowskiego. Również spotkamy je u Marcela Prousta – W poszukiwaniu straconego czasu. Czy kiedykolwiek miałaś co do niego wątpliwości?

Odeta Moro: Zgadłaś od razu. (śmiech) Tak, Jezioro łabędzie było inspiracją dla moich rodziców. Wiele osób myśli, że to mój pseudonim artystyczny, wymyślony pod media. Dziś mogę powiedzieć, że identyfikuję się z moim imieniem. Musiałam do tego dojrzeć. Natomiast jako nastolatka miałam z tego powodu naprawdę duże problemy, duże kompleksy. Tragedią wówczas było dla mnie, że nie mam na imię tak jak wszystkie koleżanki, np. Kasia, Asia, Agnieszka. Bo po pierwsze nikt nie był w stanie zapamiętać tego imienia, a po drugie – każdy mnie o to pytał. To jest taki wiek, kiedy nie chcesz się wyróżniać. Chcesz być jak rówieśnicy. 

 

 

Patrząc na siebie z perspektywy czasu, gdy wspominając siebie jako mamę dla Soni, a teraz mamę dla małego synka, Lwa, czy widzisz różnicę w swoim podejściu, w rozpatrywaniu matczynych, macierzyńskich rozterek?

To jest kompletnie inaczej. Obecnie jestem w innym miejscu. Gdy byłam w ciąży z Sonią miałam 24 lata. Byłam bardzo młoda i wydawało mi się, że są rzeczy, które tracę. Że życie płynie, a ja będę musiała „w pieluchach” tu zostać. Wszystko będzie poza mną. Natomiast nic takiego się nie stało, nic mnie nie ominęło. Teraz delektuję się tym macierzyństwem. Mieszkam dosyć blisko centrum. I jak czas mi pozwala, wpadam do domu po to, aby ucałować synka. Najgorzej, jak śpi. (śmiech) Bo chcę go poprzytulać, ucałować, a wtedy nie mogę. Dla mnie pocałowanie w rączkę i powąchanie takiego dzidziusia jest bardzo istotne, bo to pozostaje ze mną na kolejne kilka godzin. I sobie myślę „Jeny, jak on pachniał. Już chcę do domu”. (śmiech) Oczywiście, wychodzę, angażuję się w to, co robię, ale z tyłu głowy mam, że słodki, mały człowiek jest w domu i na mnie czeka. 

 

Wiadomo, że bycie mamą noworodka, niemowlaka to wielkie poświęcenie, często nieprzespane noce, zmęczenie. Ale też z drugiej strony niezwykła wręcz umiejętność łączenia wielu ról, radzenia sobie w przeróżnych sytuacjach, często kryzysowych. 

W tym moim późnym macierzyństwie jest więcej słodyczy niż goryczy. Więcej blasków niż cieni. Mam zupełnie inny układ nerwowy. Kiedyś dane sytuacje mogły mnie wyprowadzić z równowagi, spowodować frustrację, poirytowanie. Teraz czy jest dobrze czy źle, to jestem szczęśliwa. Cieszę się, że jestem w tym miejscu życia, w którym jestem.

Tego wszystkiego człowiek się uczy, nabywa umiejętności przez różne życiowe doświadczenia. Uczy się spokoju, dystansu do siebie, do ludzi. Balansu i równowagi. Jak Ty odpoczywasz, relaksujesz swoje ciało i umysł?

Ja dużo robię dla siebie. Ale czy to jest odpoczynek – nie wiem. Wówczas mogę pomyśleć, wyluzować się lub wręcz wyżyć. I to są rzeczy, które dają mi potem spokój ducha i ciała. Pierwszą taką odskocznią są treningi. Trzy razy w tygodniu trenuję. Jestem w stanie wyrzucić z siebie złe moce i złą energię. Postękam trochę na treningu, pomęczę się i spocę, wyskaczę jakieś problemy – to wtedy jest mi lżej na sercu i na duszy. Drugą rzeczą, która pozwala mi się odstresować, jest motocykl. Kocham jednoślady. W tej chwili stoją dwa w garażu. I jakbym mogła mieć garaż z domem, to wolałabym go mieć niż dom z garażem. Ja kocham wiatr, kocham przestrzeń i kocham jeździć na jednośladach. To daje mi wolność i spokój. Podczas jazdy jestem sama ze sobą. Wsiadam na motocykl, zakładam kask i jestem na innej planecie. Tylko i wyłącznie w swojej bajce. 

Taki stan relaksu, odstresowania i zapomnienia o problemach codzienności zapewniają nam również podróże, te bliższe i te dalsze, czy wypady weekendowe.

Tak. Na motocyklu jeździłam i po Europie Południowej, i po Stanach Zjednoczonych, i po Indiach. Teraz planuję kolejną podróż. Jeżdżę również po Warszawie na co dzień – jak jest pogoda. Szukam tych momentów, w których mogę poczuć odrobinę wiatru i przestrzeni. Jestem dziewczyną z Mazur, żeglarką. Dlatego wiatr daje mi poczucie wolności. Czy jestem na łódce, gdy jest wiatr, czy jestem na motocyklu i też wieje – to czuję wtedy, że żyję.  

Wiem, że odwiedziłaś ostatnio Tajwan i Koreę Południową. Czy ta wyprawa pozwoliła Ci naładować akumulatory?

Uwielbiam podróżować indywidualnie, według własnych planów i ustaleń „kiedy, gdzie, w jakim tempie”. Ponieważ mam wielki apetyt podróżniczy, to tempo jest szaleńcze. Na tych wyjazdach nie odpoczywam, bo nie leżę, nie wysypiam się. Wracam do domu bardziej zmęczona, ale jednak naładowana pozytywną energią świata. Zmiana perspektywy, zmiana horyzontu zawsze człowieka otwiera. Bardzo lubię Azję i nie ukrywam, że jest dla mnie najlepszym podróżniczym kierunkiem. Tam jeszcze parę miejsc pozostało mi do zobaczenia. Moim faworytem jest, i na pewno będzie, Japonia. Zwiedzone teraz Korea Południowa i Tajwan są dziwnymi punktami na mapie świata. To dwa kraje, do których już nie muszę wracać. Natomiast Japonia jest miejscem, do którego chcę wracać i marzę o tym. Tak samo Tajlandia i Kambodża – pełne różnorodności. Uwielbiam Azję za różnorodność, rozmaitość. Doceniam za jedzenie, którym można się delektować. Za brak agresji. Azjaci są bardzo łagodni, spokojni, nienarzucający się, nienagabujący do zakupów. Sympatyczni i pomocni. Nie ukrywam, że gotuję i jestem łakomczuchem. Zatem Japonia i Tajlandia to moje kulinarne raje na ziemi. Raje dla podniebienia. (śmiech)

Jakie najczęściej pamiątki przywozisz z zagranicznych wojaży? Czy są to różne części garderoby, czy biżuteria, przedmioty designerskie do wystroju domu, kulinaria, przyprawy?

 

 

Kulinariów przywożę bardzo dużo. Np. z Włoch zawsze jedną walizkę jedzenia, bo kocham włoską kuchnię. Gdy byłam teraz w Korei Południowej, to przywiozłam oczywiście kimchi i mnóstwo glonów o różnych smakach, które znajomi i cała rodzina do tej pory zajadają i chrupią. Przywożę też oryginalne przyprawy, wysublimowane smaki z danego miejsca. I przyznaje się, (śmiech) że ze wszystkich podróży przywożę magnes. Mam całą lodówkę udekorowaną takimi pamiątkami. Myślę, że wielu ludzi tak robi i ja też. (śmiech) Przywożę również mnóstwo zdjęć, bo takie są czasy, i mnóstwo wspomnień w sercu.

Powracając do tematu Mazur, o których już wspomniałaś. Czy Ty, żyjąc teraz w stolicy, w zastraszająco szybkim tempie, tęsknisz za sielską atmosferą mazurskich jezior? Czy często z sentymentem powracasz do rodzinnych stron?

Jeżdżę do domu dość często, jak mi czas na to pozwala. W tym roku w wakacje planuję rejs po Mazurach żaglówką. Już mam wszystko zaplanowane, zarezerwowane. I wyznaczony termin. Jachty, żaglówki, rejsy, jeziora kiedyś były moją codziennością. Teraz organizacja tego przedsięwzięcia jest bardziej skomplikowana z paru różnych względów. Zawsze też są inne rzeczy po drodze, które wydają się bardziej atrakcyjne, ciekawsze niż Mazury. A jednak brakuje mi pływania, rejsów po bezkresach mazurskich jezior. Brakuje aury spokoju, wyciszenia, pobycia z naturą. Namówiłam więc grupę bliskich mi osób pod wpływem mojej tęsknoty za żaglami. Zatem w lipcu spędzam tydzień na żaglach i jestem z tego bardzo dumna. (śmiech) To jest też dla mnie bardzo wygodne, bo tam są moi rodzice. W związku z tym będę miała pomoc przy opiece nad synkiem.  

Czy uważasz się za osobę spełnioną, czy wciąż poszukującą i dążącą do realizacji planów i do spełniania swoich marzeń?

Jeśli chodzi o rodzinę, to jestem bardzo spełniona. Chociaż nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa! (śmiech) Może coś jeszcze się zmieni. Zobaczymy. Natomiast jeśli chodzi o życie zawodowe, to ta cała sytuacja drugiego macierzyństwa dała mi dużo „wiatru w żagle”, dużo skrzydeł i dobrej energii. Czuję, że mam większy apetyt na życie. Wiele rzeczy mnie inspiruje, motywuje do działania. Od dłuższego czasu już nie pracuję w telewizji. Uwielbiam radio, ale brakuje mi pewnych nowych wyzwań. Mam pomysły, które – mam nadzieję – doskonale wyeksponuję i urzeczywistnię na jesień. Wymyśliłam dwie rzeczy, które chcę robić, bo są one zgodne ze mną, z moimi wartościami, moją naturą, z pasjami i poglądem na życie.