fbpx

MIST – muzyka łączy pokolenia. Ojciec i syn tworzą zgrany sceniczny duet. Ich utwory doskonale odzwierciedlają „zamgloną” duszę, stanowiąc kompilację zadumy, kontemplacji oraz szczerości przekazu. Bez sztucznych wariantów i wyrafinowanego podkręcenia na obecnie panujące trendy muzyczne. Tu naturalność wybrzmiewa w każdym dźwięku.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Roman Max Photography

Słuchając Panów płyty, miałam takie uczucie totalnego odprężenia, relaksu. MIST – zamglenie jest typowe dla wszystkich utworów, które znalazły się na tym krążku. Można zamknąć oczy i odpoczywać, kontemplować.

 

Maciej Pruchniewicz: To wiąże się z charakterem. I to jest moje subiektywne zdanie, że nie powinno się oszukiwać. Ja nie wyobrażam sobie funkcjonować tak jak niektórzy artyści, którzy dostosowują się do potrzeb rynku. „Robimy to, co jest na fali”. Oczywiście, to nie jest żadnym przestępstwem. (śmiech) Muzycy przecież tworzą też na konkretne zamówienie. Jednak w naszej muzyce jest kompletna naturalność. Tu nie ma żadnego oszustwa i jakichś założeń. To muzyka zahaczająca o medytację, kontemplację i wyciszenie. Tak nam się dobrze gra, gdy jest to szczery przekaz z naszej strony. 

Szymon Siwierski: Grając z tatą, nastawiamy się na to, aby melodie dały nam też pewnego rodzaju odpoczynek. Ja gram jeszcze w zespołach rockowych, tam jest inaczej. (śmiech) A tu – rzeczywiście – jest nastawienie na ciszę, spokój i własną przestrzeń w projekcie MIST. Tego jest wciąż za mało na rynku.

W naszym zwariowanym świecie i szaleńczym tempie taka muzyka wyciszenia jest wręcz kontrastowa. Stanowi pewnego rodzaju balsam dla duszy.

 

Maciej Pruchniewicz: Trzeba znaleźć moment, aby się zatrzymać. To jest moja dewiza, że lepiej mniej niż więcej. Potrzebna jest też cisza pomiędzy nutami. Instrument jest narzędziem. Przekazujemy emocje. I czasami wystarczy to zrobić w paru dźwiękach, w paru słowach, bez zbędnej nadbudowy. Wtedy to jest bardziej przyswajalne dla słuchacza. Jeżeli jest melodia, to niech ona będzie sama, bez przysłowiowych fajerwerków. Myślę, że to jest dobra filozofia.

Dobór instrumentów, na których Panowie grają – czyli fortepian, klarnet i gitara – jest czymś naturalnym, czy bardziej przemyślanym?

Maciej Pruchniewicz: Gramy na tym, na czym gramy. (śmiech) Chciałbym kiedyś na waltorni zagrać, ale może w przyszłości.

 

Szymon Siwierski: Znamy te instrumenty, bo gramy na nich na co dzień. Potrafimy – dzięki nim – najbardziej oddać to, co nam w duszy gra. Ja, oczywiście, jakieś dźwięki z gitary umiem wydobyć, ale nie tak jak tata. (śmiech) A tata na klarnecie miałby chyba problemy…

Każdy z nas – poprzez dobre czy złe wybory w swoim życiu – kreuje rzeczywistość. Jak to się stało w Panów przypadku, że doszło do wyboru drogi muzycznej?

Szymon Siwierski: Od zawsze widziałem, że mój tata gra z przeróżnymi artystami i w tym uczestniczyłem. Ponadto moja mama chrzestna jest pianistką. Otoczenie najbliższych postawiło mnie przed takim wyborem. Mając około dziewiętnastu lat, stwierdziłem, że to będzie droga muzyczna. Bo takie życie jest fajne. Można oddawać emocje, grając. Do tego zwiedzać różne miasta, ciekawe miejsca, nagrywać płyty, spotykać się z ludźmi. Spotkałem naprawdę wielu ludzi uśmiechniętych, życzliwych. A jako dziecko mające w domu pianino, zawsze grałem i improwizowałem. Jak to mówi moja mama chrzestna, „plumkałem”. (śmiech)

Maciej Pruchniewicz: U mnie to taka klasyczna historia. Kuzyn słuchał The Beatles. Miał gitarę. I mnie tym zaraził. Ja bardzo wcześnie wiedziałem, że muzyka będzie tym numerem jeden. Teraz mamy dostęp do różnych instrumentów, do literatury fachowej etc., etc. Wtedy – gdy ja zaczynałem moją muzyczną przygodę – gitar nie było, strun nie było. Struny były reglamentowane. W sklepie muzycznym np. w poniedziałek była pierwsza i czwarta struna. Za miesiąc następna. Struny się gotowało w wodzie z solą, żeby nabrały świeżości i się odnowiły. To były ciężkie czasy. Ja już wtedy podłączałem gitarę do starego radia rodziców, kombinowałem. Lakiernik samochodowy lakierował mi gitarę. Eksperymentowałem. Po prostu zaopatrywałem się w potrzebne narzędzia-instrumenty. I byłem na tyle zdeterminowany, poświęcając tyle sił i energii. Bo bardzo to kochałem i nadal kocham. Tak naturalnie wypłynęło, że zacząłem się uczyć muzyki. I do tej pory się wciąż uczę, bo muzyka to jest kopalnia wiedzy.

Pan, Panie Macieju, współpracował z ciekawymi i zdolnymi osobami, wrośniętymi w ten muzyczny świat – z Tadeuszem Nalepą, Małgorzatą Ostrowską, Michałem Urbaniakiem. Czyja muzyka najbardziej wywarła na Panu wrażenie, stała się inspiracją?

Maciej Pruchniewicz: Dużo się od tych wszystkich osób nauczyłem. W szczególności dla mnie takim guru muzycznym jest Antoni „Ziut” Gralak. A w latach 90. Wojtek Waglewski, który był producentem naszych płyt, jak współpracowałem z Hot Water. Był on naszym nauczycielem. Graliśmy też z Tadeuszem Nalepą, z racji tego, że zespół Hot Water był trochę zespołem rockowym z odcieniem bluesa. Zawsze powinno się grać z ludźmi z doświadczeniem. To jest fajne i pomocne. Wtedy się uczymy. Po dziś dzień cenię wszystkich tych artystów, z którymi miałem możliwość współpracować.

Pan, Panie Szymonie, łączy dźwięki elektroniczne z instrumentami akustycznymi. Przeszłość z teraźniejszością. Skąd taki pomysł?

Szymon Siwierski: Ja bardzo lubię muzykę elektroniczną. Dodatkowo w szkole muzycznej nasłuchałem się muzyki klasycznej. Wiem, jakie możliwości daje obecnie muzyka elektroniczna. I chciałbym iść w tę właśnie stronę, bo są to kompletnie inne dźwięki niż dotychczas nam znane. Uważam, iż muzykę elektroniczną można zagrać na fortepianie. Ciekawe są dla mnie połączenia w muzyce i te nieskończone możliwości. Łączenie różnych stylów, dźwięków, które niezbyt do siebie pasują. 

We wrześniu ubiegłego roku w klubie Dragon w Poznaniu odbył się Panów koncert. I zwieńczeniem tego jest płyta MIST LIVE DRAGON. Proszę powiedzieć coś więcej o tym projekcie.

Maciej Pruchniewicz: Tworzenie tego projektu to była rzecz jak najbardziej naturalna. Spotykamy się z Szymonem, razem gramy. Ja mam jeszcze pod Warszawą własne studio nagrań. Bodajże trzy lata temu zaczęliśmy się bardziej koncentrować na współpracy ojciec – syn. Jeśli zaś chodzi o MIST LIVE DRAGON, to sytuacja zupełnie przypadkowa. Jak to w życiu często bywa. Po prostu zagraliśmy koncert, a realizator dźwięku, Bartek Olszewski, nagrał to. Potem słuchając tego nagrania, stwierdziliśmy, że jest tak czyste, naturalne, pozbawione sztuczności. Zagrane bez żadnych błędów. Przekazujące takie emocje, które chcieliśmy właśnie przekazać. I doszliśmy do założenia, że nie będziemy teraz zajmować sobie czasu, koncentrując się na produkcji płyty, jak to się teraz mówi. I znalazło się wydawnictwo Broda Records, które wydało nasze utwory na płycie CD i LP. Bardzo chcieliśmy winyl (śmiech), bo tego się fajnie słucha z lampką czerwonego wina lub przy zielonej herbacie. Projekt narodził się naturalnie, w takiej prozaicznej scenerii. Nic nie było planowane.

Szymon Siwierski: I płyta mogłaby nie wyjść tak fajnie, gdybyśmy coś planowali, zakładali. Często byłem świadkiem, że nagranie próbne jest genialne, bezbłędne i z prostym szczerym przekazem. Bez zbędnego napuszenia. Ludzie, nie mając nad sobą przysłowiowego bicza, lepiej tworzą. 

Maciej Pruchniewicz: Ja z racji tego, że mam studio nagrań, to obserwuję zjawisko pod kątem socjologicznym, ludzkich zachowań. Oczywiście, jest część artystów, która ze studiem jest kompletnie oswojona. Ale jest też część, którym atmosfera studia, podcina artystyczne skrzydła. Wprowadza stres, demobilizację. I często dużo lepiej wychodzi nagranie w domu, choć akustyka jest gorsza niż w studiu. Ale jest pełna swoboda i naturalność. 

Czy to w muzyce, czy w ogóle w życiu… Im człowiek jest bardziej naturalny, bardziej sobą, to wszystko lepiej wychodzi. Bez spięcia, sztuczności, bez hipokryzji.

Maciej Pruchniewicz: Oczywiście. Bo życie powinno prowokować nas do prostych działań. Powinniśmy ułatwiać sobie. Życie – jeśli przez nie prosto przejdziemy, bez dodatkowych, często wyimaginowanych problemów i komplikacji – ma więcej uśmiechu. 

MIST – muzyka łączy pokolenia. Ojciec i syn tworzą zgrany sceniczny duet. Ich utwory doskonale odzwierciedlają „zamgloną” duszę, stanowiąc kompilację zadumy, kontemplacji oraz szczerości przekazu. Bez sztucznych wariantów i wyrafinowanego podkręcenia na obecnie panujące trendy muzyczne. Tu naturalność wybrzmiewa w każdym dźwięku.

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Zdjęcia: Roman Max Photography

Słuchając Panów płyty, miałam takie uczucie totalnego odprężenia, relaksu. MIST – zamglenie jest typowe dla wszystkich utworów, które znalazły się na tym krążku. Można zamknąć oczy i odpoczywać, kontemplować.

Maciej Pruchniewicz: To wiąże się z charakterem. I to jest moje subiektywne zdanie, że nie powinno się oszukiwać. Ja nie wyobrażam sobie funkcjonować tak jak niektórzy artyści, którzy dostosowują się do potrzeb rynku. „Robimy to, co jest na fali”. Oczywiście, to nie jest żadnym przestępstwem. (śmiech) Muzycy przecież tworzą też na konkretne zamówienie. Jednak w naszej muzyce jest kompletna naturalność. Tu nie ma żadnego oszustwa i jakichś założeń. To muzyka zahaczająca o medytację, kontemplację i wyciszenie. Tak nam się dobrze gra, gdy jest to szczery przekaz z naszej strony. 

Szymon Siwierski: Grając z tatą, nastawiamy się na to, aby melodie dały nam też pewnego rodzaju odpoczynek. Ja gram jeszcze w zespołach rockowych, tam jest inaczej. (śmiech) A tu – rzeczywiście – jest nastawienie na ciszę, spokój i własną przestrzeń w projekcie MIST. Tego jest wciąż za mało na rynku.

W naszym zwariowanym świecie i szaleńczym tempie taka muzyka wyciszenia jest wręcz kontrastowa. Stanowi pewnego rodzaju balsam dla duszy.

Maciej Pruchniewicz: Trzeba znaleźć moment, aby się zatrzymać. To jest moja dewiza, że lepiej mniej niż więcej. Potrzebna jest też cisza pomiędzy nutami. Instrument jest narzędziem. Przekazujemy emocje. I czasami wystarczy to zrobić w paru dźwiękach, w paru słowach, bez zbędnej nadbudowy. Wtedy to jest bardziej przyswajalne dla słuchacza. Jeżeli jest melodia, to niech ona będzie sama, bez przysłowiowych fajerwerków. Myślę, że to jest dobra filozofia.

Dobór instrumentów, na których Panowie grają – czyli fortepian, klarnet i gitara – jest czymś naturalnym, czy bardziej przemyślanym?

Maciej Pruchniewicz: Gramy na tym, na czym gramy. (śmiech) Chciałbym kiedyś na waltorni zagrać, ale może w przyszłości.

Szymon Siwierski: Znamy te instrumenty, bo gramy na nich na co dzień. Potrafimy – dzięki nim – najbardziej oddać to, co nam w duszy gra. Ja, oczywiście, jakieś dźwięki z gitary umiem wydobyć, ale nie tak jak tata. (śmiech) A tata na klarnecie miałby chyba problemy…

Każdy z nas – poprzez dobre czy złe wybory w swoim życiu – kreuje rzeczywistość. Jak to się stało w Panów przypadku, że doszło do wyboru drogi muzycznej?

Szymon Siwierski: Od zawsze widziałem, że mój tata gra z przeróżnymi artystami i w tym uczestniczyłem. Ponadto moja mama chrzestna jest pianistką. Otoczenie najbliższych postawiło mnie przed takim wyborem. Mając około dziewiętnastu lat, stwierdziłem, że to będzie droga muzyczna. Bo takie życie jest fajne. Można oddawać emocje, grając. Do tego zwiedzać różne miasta, ciekawe miejsca, nagrywać płyty, spotykać się z ludźmi. Spotkałem naprawdę wielu ludzi uśmiechniętych, życzliwych. A jako dziecko mające w domu pianino, zawsze grałem i improwizowałem. Jak to mówi moja mama chrzestna, „plumkałem”. (śmiech)

Maciej Pruchniewicz: U mnie to taka klasyczna historia. Kuzyn słuchał The Beatles. Miał gitarę. I mnie tym zaraził. Ja bardzo wcześnie wiedziałem, że muzyka będzie tym numerem jeden. Teraz mamy dostęp do różnych instrumentów, do literatury fachowej etc., etc. Wtedy – gdy ja zaczynałem moją muzyczną przygodę – gitar nie było, strun nie było. Struny były reglamentowane. W sklepie muzycznym np. w poniedziałek była pierwsza i czwarta struna. Za miesiąc następna. Struny się gotowało w wodzie z solą, żeby nabrały świeżości i się odnowiły. To były ciężkie czasy. Ja już wtedy podłączałem gitarę do starego radia rodziców, kombinowałem. Lakiernik samochodowy lakierował mi gitarę. Eksperymentowałem. Po prostu zaopatrywałem się w potrzebne narzędzia-instrumenty. I byłem na tyle zdeterminowany, poświęcając tyle sił i energii. Bo bardzo to kochałem i nadal kocham. Tak naturalnie wypłynęło, że zacząłem się uczyć muzyki. I do tej pory się wciąż uczę, bo muzyka to jest kopalnia wiedzy.

Pan, Panie Macieju, współpracował z ciekawymi i zdolnymi osobami, wrośniętymi w ten muzyczny świat – z Tadeuszem Nalepą, Małgorzatą Ostrowską, Michałem Urbaniakiem. Czyja muzyka najbardziej wywarła na Panu wrażenie, stała się inspiracją?

Maciej Pruchniewicz: Dużo się od tych wszystkich osób nauczyłem. W szczególności dla mnie takim guru muzycznym jest Antoni „Ziut” Gralak. A w latach 90. Wojtek Waglewski, który był producentem naszych płyt, jak współpracowałem z Hot Water. Był on naszym nauczycielem. Graliśmy też z Tadeuszem Nalepą, z racji tego, że zespół Hot Water był trochę zespołem rockowym z odcieniem bluesa. Zawsze powinno się grać z ludźmi z doświadczeniem. To jest fajne i pomocne. Wtedy się uczymy. Po dziś dzień cenię wszystkich tych artystów, z którymi miałem możliwość współpracować.

Pan, Panie Szymonie, łączy dźwięki elektroniczne z instrumentami akustycznymi. Przeszłość z teraźniejszością. Skąd taki pomysł?

Szymon Siwierski: Ja bardzo lubię muzykę elektroniczną. Dodatkowo w szkole muzycznej nasłuchałem się muzyki klasycznej. Wiem, jakie możliwości daje obecnie muzyka elektroniczna. I chciałbym iść w tę właśnie stronę, bo są to kompletnie inne dźwięki niż dotychczas nam znane. Uważam, iż muzykę elektroniczną można zagrać na fortepianie. Ciekawe są dla mnie połączenia w muzyce i te nieskończone możliwości. Łączenie różnych stylów, dźwięków, które niezbyt do siebie pasują. 

 

We wrześniu ubiegłego roku w klubie Dragon w Poznaniu odbył się Panów koncert. I zwieńczeniem tego jest płyta MIST LIVE DRAGON. Proszę powiedzieć coś więcej o tym projekcie.

Maciej Pruchniewicz: Tworzenie tego projektu to była rzecz jak najbardziej naturalna. Spotykamy się z Szymonem, razem gramy. Ja mam jeszcze pod Warszawą własne studio nagrań. Bodajże trzy lata temu zaczęliśmy się bardziej koncentrować na współpracy ojciec – syn. Jeśli zaś chodzi o MIST LIVE DRAGON, to sytuacja zupełnie przypadkowa. Jak to w życiu często bywa. Po prostu zagraliśmy koncert, a realizator dźwięku, Bartek Olszewski, nagrał to. Potem słuchając tego nagrania, stwierdziliśmy, że jest tak czyste, naturalne, pozbawione sztuczności. Zagrane bez żadnych błędów. Przekazujące takie emocje, które chcieliśmy właśnie przekazać. I doszliśmy do założenia, że nie będziemy teraz zajmować sobie czasu, koncentrując się na produkcji płyty, jak to się teraz mówi. I znalazło się wydawnictwo Broda Records, które wydało nasze utwory na płycie CD i LP. Bardzo chcieliśmy winyl (śmiech), bo tego się fajnie słucha z lampką czerwonego wina lub przy zielonej herbacie. Projekt narodził się naturalnie, w takiej prozaicznej scenerii. Nic nie było planowane.

Szymon Siwierski: I płyta mogłaby nie wyjść tak fajnie, gdybyśmy coś planowali, zakładali. Często byłem świadkiem, że nagranie próbne jest genialne, bezbłędne i z prostym szczerym przekazem. Bez zbędnego napuszenia. Ludzie, nie mając nad sobą przysłowiowego bicza, lepiej tworzą. 

Maciej Pruchniewicz: Ja z racji tego, że mam studio nagrań, to obserwuję zjawisko pod kątem socjologicznym, ludzkich zachowań. Oczywiście, jest część artystów, która ze studiem jest kompletnie oswojona. Ale jest też część, którym atmosfera studia, podcina artystyczne skrzydła. Wprowadza stres, demobilizację. I często dużo lepiej wychodzi nagranie w domu, choć akustyka jest gorsza niż w studiu. Ale jest pełna swoboda i naturalność. 

Czy to w muzyce, czy w ogóle w życiu… Im człowiek jest bardziej naturalny, bardziej sobą, to wszystko lepiej wychodzi. Bez spięcia, sztuczności, bez hipokryzji.

Maciej Pruchniewicz: Oczywiście. Bo życie powinno prowokować nas do prostych działań. Powinniśmy ułatwiać sobie. Życie – jeśli przez nie prosto przejdziemy, bez dodatkowych, często wyimaginowanych problemów i komplikacji – ma więcej uśmiechu.