fbpx


Najpierw Broadway, w międzyczasie Los Angeles, teraz przyszedł czas na Poznań. Pierwszy raz w Polsce, a dokładniej na deskach Teatru Muzycznego w Poznaniu, Pippin będzie szukać swojego „ja”. Kim jest? Młodym człowiekiem szukającym swojego miejsca na Ziemi, otwartym na różne doświadczenia. Ta ponadczasowa historia w polskiej wersji zostanie wyreżyserowana przez Jerzego Połońskiego, a główną rolę odegrają Wojciech Daniel oraz Maciej Pawlak. Muzyka w tym musicalu to prawdziwa rozkosz dla ucha. Piosenki w polskiej wersji językowej, niektóre napisane od nowa, składają się na wyjątkowy charakter całego przedsięwzięcia.

Między innymi o tym, jak Pippin zmieści się w „malutkim pudełku po butach” opowiada Przemysław Kieliszewski, dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu.

Rozmawia: Alicja Kulbicka

Skąd wziął się Pippin w Poznaniu?

Przemysław Kieliszewski: (śmiech) My w tym „malutkim pudełku po butach”, bo właśnie tak jeden z reżyserów nazwał nasz teatr, musimy dobierając tytuły, mieć z tyłu głowy myśl o tym, co zmieści się na naszej scenie. Mamy takich zdolnych realizatorów, którzy potrafią teatralność tego miejsca wykorzystać. Już wcześniej zagraliśmy kilka tytułów, które były bardzo nośne, jak na przykład Zakonnica w przebraniu, Madagaskar, Rodzina Addamsów – i nie mogliśmy odpędzić się od widzów. (śmiech) Możemy pochwalić się tym, że Zakonnicę w przebraniu, tak jak i Madagaskar zagraliśmy pierwsi w Europie. Pippin pojawił się stąd, że chcemy odkrywać dla widza nowe rzeczy. Ten musical w autorskiej wersji Stephena Schwartza nie był nigdy grany w Europie, w 2013 roku miał swój powrót w nieco odświeżonej wersji, a teraz przyjechał do Poznania.

Jeżeli wiemy już, skąd wziął się Pippin w Poznaniu, to teraz pytanie, kim on jest?
Nie jest przypadkiem, że ten spektakl został właśnie wybrany i zagości na naszej scenie. Historia jednym słowem jest przepiękna, mądra, opowiadająca z montypythonowskim humorem, aczkolwiek wyimaginowaną historię syna Karola Wielkiego, czyli tytułowego bohatera. Pippin Garbaty albo Peppin Łysy, jest młodym, dorastającym mężczyzną, który nie rozumie otaczającego go świata, nie dostaje zrozumienia ze strony ojca, ale przede wszystkim szuka swojego miejsca pod słońcem.

Czyli można wywnioskować, że jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu młodego człowieka, w jakże trudnych dla niego czasach, bo przecież akcja dzieje się w średniowieczu…
Tak, absolutnie. Jest to opowieść o dorastaniu i szukaniu swojego przeznaczenia. Stereotyp średniowiecza jest jaki jest, a może właśnie to, że dominowała scholastyka i to wszystko, co próbowało wepchnąć człowieka w jakieś ramy kwadratowej religijności wykreowało obraz tej epoki. Dlatego więc myślę, że właśnie dlatego jest to też ciekawe (śmiech), bo Pippin chce się odciąć od tego, co robi jego ojciec i dlatego my bardzo polecamy ten musical. Jest on fenomenem, który po pierwsze przez muzykę przekazuje zupełnie inne emocje niż teatr dramatyczny, bo muzyka zwyczajnie je podbija. Po drugie musical jest gatunkiem niesamowicie współczesnym, bo przemawia językiem zrozumiałym dla widza. Tutaj są aspekty, których nie ma w operze.

Czy to nie jest też tak, że właśnie Pippin porusza problemy, jakie pojawiają się nawet w relacjach rodzic i dziecko?
Dokładnie, to nie jest spektakl tylko dla młodego człowieka, ale też dla młodego człowieka z rodzicem. Mało teraz w teatrach jest miejsc i spektakli, które te problemy by uzewnętrzniały i tłumaczyły. My właśnie to robimy.

 

 


A jak powstały piosenki? Sztuka jest przetłumaczona, ale piosenki w oryginale są po angielsku.
Tutaj przyznam się, że to mój debiut. Teksty tłumaczył Lesław Haliński, który już wcześniej tłumaczył dla nas piosenki, natomiast ja się podjąłem napisania piosenek, od nowa, bo niektórych niestety tekstów nie da się wiernie przetłumaczyć, ze względu na kontekst, rym, rytm i akcenty. (uśmiech)

_______________

„Właśnie na tym polega Pippin, każdy z nas jest w jakiś sposób sprzeczny. Ja też chciałem chodzić po górach, być himalaistą, jeździć autobusem, nurkować, żeglować, być aktorem, grać w filmach, reżyserować…” – zdradza reżyser musicalu Jerzy Połoński.  

Rozmawia: Alicja Kulbicka

Dlaczego Peppin bądź Pippin?
Jerzy Połoński:  Myślę, że to jest jedna z tych uniwersalnych historii, które się nigdy nie zestarzeją. Zawsze będą ludzie, którzy będą chcieli coś inaczej, więcej, mocniej. Chyba każdego to dotyczy, że trawa jest bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma. Jest do tego świetna muzyka, poza tym mnie jako twórcę strasznie napędza teatralność tej formy, tej groteski i przymrużenia oka. Te wszystkie sytuacje przedstawione przez mistrza ceremonii mają w sobie niebywały groteskowy sznyt, dosłowność, wejścia i wyjścia w postać.

Na co Pan zwraca uwagę podczas castingów?

Na szczęście to jest teatr, a nie chirurgia (śmiech), także nasz błąd nie kosztuje życia. No tak naprawdę to zwracamy uwagę na wszystko.

Czy zdarzają się takie osoby, które gdy tylko wejdą na scenę, od razu Pan chciałby obsadzić w głównej roli?
Nie, staram się ze wszystkimi osobami rozmawiać, powyciągać z nich jak najwięcej, bo sam kiedyś byłem aktorem i nieraz stawałem na scenie, wiem, jaki to jest stres. Są ludzie, którzy są pewni siebie, a są ludzie, którzy potrzebują chwili, żeby dać im szansę i zwyczajnie się nad nimi pochylić, więc staram się zobaczyć w nich cokolwiek. Bywa też tak, że czasami z nich sam to wyciągam.

Jest coś fajnego bądź innego w poznańskiej publiczności?
Na temat publiczności nie chciałbym się wypowiadać. Powinni zrobić to ludzie, którzy są tu na co dzień, bo jednak ja tylko robię premierę, uczestniczę w nich i wyjeżdżam. Tym, co na pewno w Poznaniu jest fajne, jest ta mała scena, która wymusza uteatralizowanie sytuacji. Osobiście dla mnie jest to kapitalne. Nie da się zrobić np. Madagaskaru, tylko trzeba go wymyślić.

Jaki w takim razie powinien być aktor grający Pippina?
Musi być zdolny i skromny, dobrze śpiewać, współpracować, potrafić tańczyć, musi mieć wdzięk, musi słuchać, musi być bezradny, a zarazem silny i musi porwać publikę… coś jeszcze? (śmiech)

Czyli postać wewnętrznie sprzeczna?
No właśnie na tym polega Pippin, każdy z nas jest w jakiś sposób sprzeczny. Ja też chciałem chodzić po górach, być himalaistą, jeździć autobusem, nurkować, żeglować, być aktorem, grać w filmach, reżyserować… (śmiech)

Mam więc kandydata do roli Pippina! (śmiech)

Jak wejść w rolę, wcielić się w postać, która krzyczy „świecie, bierz mnie!”? Co się działo na castingi do tej roli? Rozmawiamy z Wojciechem Danielem, który obok Macieja Pawlaka, zagra Pippina w Teatrze Muzycznym w Poznaniu.  

Rozmawia: Filip Olczak

Chciałem Pana zapytać przede wszystkim o casting – przyglądałem się kilku i wiem, że jednak stres i nerwy dają się we znaki.

Jeżeli chodzi o casting, taki jak tutaj z Jerzym Połońskim, to on należy do tej grupy reżyserów, którzy podczas nich pracują. Zdecydowanie nie jest to pojedyncze zaśpiewanie piosenki czy powiedzenie tekstu, tylko rzeczywiście u niego się pracuje, również on pracuje, i ma się poczucie, że jednak coś od aktora zależy. Po prostu wychodzi się z castingu z przeświadczeniem, czy poszło dobrze, czy poszło źle. Jeżeli Jerzy miałby przesłuchać sto osób, to zajęłoby mu to tydzień, on chce wydobyć to, co najlepsze z aktora.

A jak Pan trafił na casting?

Jestem związany z Teatrem Muzycznym w Poznaniu już od około roku. Wcześniej grałem na jego deskach jako Willard w Footloose. Później w Rodzinie Addamsów zagrałem Lucasa i teraz z racji tego, że z Jerzym współpracowałem przy innych spektaklach, żal było nie skorzystać z możliwości castingu do roli Pippina, choć nie ukrywam, zostałem na niego zaproszony przez samego dyrektora Teatru Muzycznego.

Pippin jest postacią sprzeczną wewnętrznie, jakie emocje Panu towarzyszą podczas wcielania się w rolę?

Z jednej strony nie boję się tej roli, ponieważ jest to polska premiera, więc nie będzie można porównać naszej gry do innych spektakli. (śmiech) Możemy być jedynie porównywani w stosunku do świata, ale wiadomo też, że każdy przekład i każda wersja musi być na swój sposób inna. Jestem bardzo ciekawy tej roli, bo Pippin będzie szukał szczęścia. Kończy szkołę i krzyczy „świecie, bierz mnie!, tylko że ja znajdę swoją drogę”. Zresztą, tak jak jedna z piosenek mówi, trzeba Pod niebem znaleźć własny świat.
To opowieść o poszukiwaniu swojego „ja”, o miłości, może nawet trochę o pokorze. Tak mi się wydaje.

Odnajduje Pan wspólne cechy z Pippinem?

Uważam, że każdy z nas jest po trosze tym tytułowym Pippinem. Dlaczego? Dlatego że wszyscy stawiamy sobie jakieś cele, szukamy i stawiamy sobie nowe wyzwania, a przede wszystkim szukamy szczęścia w życiu. W tym przypadku w grę nie wchodzi wiek czy wykonywany zawód. Wewnętrznymi Pippinami jesteśmy wszyscy.