fbpx

Maestria dźwięków. Artyzm i magia. Aga Czyż na nikim się nie wzoruje. Sama dla siebie jest sterem, żeglarzem, okrętem. Razem z wokalistką wypływamy we wspólny rejs, gdzie morze koncertów to jej żywioł, a życiowe fale nadają charakteru i naturalności melodyjnym przekazom… Zapraszamy na pokład! 

Rozmawia: Magdalena Ciesielska

Kiedy nastąpił w Twoim życiu przełom, w którym stwierdziłaś, że muzyka jest najważniejsza i z nią chcesz związać swoje życie?

Aga Czyż: Skończyłam anglistykę i jestem nauczycielem angielskiego, nie muzykiem z wykształcenia. Kiedy uczyłam, muzyka zawsze była u mnie „po godzinach”. Jak zaczęły napływać ciekawe projekty i propozycje muzyczne, to pomyślałam o odejściu z zawodu nauczyciela. Stwierdziłam, że ta energia, która idzie na nauczanie, powinna być wykorzystana do tworzenia. Wybrałam taki swój plan A. Próbowałam jeszcze wcześniej łączyć zawód nauczyciela i życie muzyka, ale obecnie poświęcam się w całości tylko artystycznym działaniom..

Gdy patrzę na Ciebie, to widzę kompletnie inną osobę niż ta, która pisze teksty Twoich piosenek. W realu jesteś roześmiana, uśmiechnięta, a w tekstach – niedowiarek. Czy Ty z natury jesteś osobą melancholijną, wstydliwą, bo często w Twoich piosenkach wybrzmiewa taka nuta nostalgii, smutku i refleksji nad życiem, upływającym czasem, nad relacjami damsko-męskimi? Ten wizerunek kłóci mi się ze sobą. Jakbyś przechodziła metamorfozę, pisząc teksty utworów…


Super to rozgryzłaś! (śmiech) U mnie ten kontrast to jest ciekawa rzecz. I ja się chyba tego nie pozbędę. Jestem taką osobą, która – mimo tych smutków, depresji wręcz i dołków życiowych – potrafi wyjść do ludzi, uśmiechnąć się i powiedzieć sobie „dobrze, spróbuję jeszcze raz. Naprawię to, co było złe. Postaram się. Wyciągnę wnioski z tych lekcji”. Moje piosenki wywodzą się z ciemnych zakamarków duszy, ze smutnych okresów życia. Ale tak każdy jest z nas skonstruowany. Każdy ma te lepsze i gorsze dni. Tyle, że mnie bardziej interesują, a wręcz inspirują, te gorsze, ciemne chwile. Gdy ja mam ciężki czas, nie wiem, co zrobić, jak sobie poradzić i mam do siebie pretensje. Gdy mi się coś nie udaje, to karcę się jak dziecko. A z drugiej strony – nieustannie uczę się, aby z miłością do siebie podchodzić, nie biczować się non stop. I to głównie z tego wywodzą się moje teksty, które są na zasadzie kontrastu. Identycznie jest na moim koncercie, na żywo. Nostalgia w warstwie lirycznej miesza się z radością występowania i bycia na scenie.

Tego bycia na scenie nauczyłaś się chociażby dzięki uczestnictwu w ogólnopolskim projekcie, w programie „The Voice of Poland”, gdzie byłaś w zespole Marysi Sadowskiej?

To był taki znaczący epizod w moim życiu, ale epizod. Ja to traktuję jako fajne doświadczenie, coś, co dało mi trochę więcej wiary w siebie. Mimo że to było stresujące – bycie tam i nagrywanie, i uczenie się na bieżąco prawdy o sobie, gdzie nieraz ta prawda zaboli. Marysia była bardzo rzeczowa, konkretna, mówiła, co trzeba poprawić. Ale o to chodzi, żeby nie być zakochanym w sobie i w tym swoim śpiewaniu tak bardzo, by nie przyjmować krytycznych uwag. Trzeba widzieć swoje minusy, cały czas się rozwijać i uczyć. I bycie na scenie – praktycznie – tak funkcjonuje. Im dłużej coś robisz, im dłużej się uczysz, powtarzasz, tym efekty tych prac są lepsze. Więcej masz pewności, luzu. Poznajesz swój głos, swoje ciało, nawyki sceniczne. Często odtwarzam swoje koncerty i widzę, co ja robię na scenie, jak gestykuluję. (śmiech) Ale nie zmieniam tego, bo to jestem prawdziwa ja. Naturalna. 

A gdzie nagrywasz swoje piosenki?

Nagrywam w różnych miejscach, poznaję różne studia, ale moim ulubionym jest to w Lubrzy, małej miejscowości pod Świebodzinem. Najpierw nagrałam tam tylko jedną piosenkę, czyli Momenty, a potem już komplet. Tak mi się tam spodobało. Gdy nastał czas nagrania płyty, pozbierałam swoje piosenki i marzyłam o Lubrzy. Całą moją płytę udało mi się nagrać właśnie tam. Lubrza jest najbardziej znana właśnie z tego studia, gdzie przyjeżdżają artyści polscy i zagraniczni. Tam często i ja się zjawiam.

Patrząc z perspektywy czasu na swoją twórczość, która przecież wciąż ewoluuje, czy możesz zdradzić, jacy artyści wytyczyli Twoją drogę muzyczną? 

Ja obecnie nie mam żadnych inspiracji – może to zabrzmi dziwnie i banalnie. W dzieciństwie słuchałam The Beatles, Sade, George’a Michaela. Jednak jak tworzę, staram się za dużo się na kimś nie wzorować. Słucham dobrych wokalistów, ale nie mam ulubionego gatunku – nie jest to ani jazz, ani soul. Ja po prostu mieszam wiele gatunków. Słucham ostatnio wokalistki z Hiszpanii, o imieniu Rosalia, która jak wulkan energii, tańczy, śpiewa. I w swoje dźwięki electro-soulowe wplata flamenco.

Jak ta energia ma się do Twoich melancholijnych tekstów? Na przykład ponadczasowej prawdy, która przewija się w piosence Było, minęło, mówiącej o tym, żeby dwa razy nie wchodzić do tej samej wody.

Ja się zmieniam, tak jak my wszyscy. Nawet za godzinę mogę mieć inny nastrój, bo otrzymam jakiś bodziec, impuls czy negatywną informację, która na mnie wpłynie. Zmienność nastroju, decyzji, klimatu – to mnie najbardziej w ludzkim wnętrzu fascynuje. Często powtarzam na koncertach, aby umieć wybaczać. Najpierw sobie, a potem komuś innemu. Żeby rozpoczynać nowy dzień jako białą kartę. Ja chcę wierzyć w to, że my się uczymy i pracujemy nad sobą. Dlatego daję kredyt zaufania drugiej osobie. Choć wiem, że niektórych nawyków nie da się zmienić, bo są tak mocno osadzone w człowieku.

Czy Ciebie jednak doświadczenia życiowe uczą?

Tak. Bardzo. Powiem szczerze, że ta moja płyta jest w ogóle o takich rozdziałach w moim życiu, które mnie czegoś nauczyły. Wyciągam wnioski, idę dalej i nie chcę popełniać tych samych błędów. Takie utwory zamykam, mówiąc sobie „rozdział uporządkowany, przemyślany, zamknięty”. A teksty pomogą innym, jeśli znajdą się w podobnej sytuacji jak ja. Mam też piosenki, które nadal są aktualne. Bo temat, o którym napisałam, wraca jak bumerang i nie potrafię sobie z nim do końca poradzić. 

Słuchacze utożsamiają się ze słowami i prawdami ponadczasowymi, wręcz uniwersalnymi. Mogą zobaczyć w nich siebie, analogiczne okoliczności, w których się znajdują, swój stosunek do świata. De facto Twoje teksty mają wymiar terapeutyczny. Są pewnego rodzaju autoironią, ale z drugiej strony stanowią skarbnicę Twoich wspomnień, przeżyć, tego wszystkiego, na co patrzysz z perspektywy czasu. 

Moje piosenki to mój pamiętnik. To moja fotografia. Kobiety najczęściej do mnie piszą, utożsamiają się ze mną, z moimi doświadczeniami, smutkami. Kobiety to przede wszystkim mój target i do nich głównie kieruję swój przekaz. Wiele z nich mnie pyta, „skąd Ty to wiesz?. U mnie jest tak samo. Mój związek tak właśnie wygląda jak w Twojej piosence. On siedzi plecami odwrócony, bierze klucze i wychodzi i zostawia mnie samą”. A ja na to: „Ty też tak masz?” (śmiech)

Napisałaś w jednej ze swoich piosenek, że „życie to nie z marzeniami sklep”, że trzeba mieć plan awaryjny. Ty, która zostałaś okrzyknięta Debiutem 2018 roku przez opiniotwórczy portal jazzsoul.pl. Ponadto wygrałaś konkurs „Będzie Głośno” zorganizowany przez Polskie Radio CZWÓRKA. Dodatkowo zostałaś uhonorowana przez Stowarzyszenie Artystów ZAiKS za najlepsze teksty, prawdziwe i szczere, niosące wartości. To są ewidentne przykłady, że Twoje marzenia się spełniają i że realizujesz życiowe zamierzenia. Zatem – według mnie – Twoje życie jest właśnie sklepem marzeń. Odwrotnie niż w piosence.

Jestem w takiej życiowej bańce. Zawodowo na razie jestem na fali, ale często muszę sobie radzić sama. Muzykiem z wykształcenia nie jestem, ja nawet nut nie znam, nie czytam nut! (śmiech) Tworzę piosenki intuicyjnie, na tzw. „czuja”. Mam zawód wolny, który często przynosi szybkie sukcesy, ale i niezapowiedziane upadki. Rozmyślam często, zastanawiam się czy to, co robię ma sens, czy np. z moich koncertów coś ludzie wyniosą. Ja sięgam po te marzenia codziennie, ale jest to trudne. Występ czy koncert to jedno, ale cała otoczka, oprawa to jest czasochłonne. Ja jestem sama dla siebie managerem, dbam o rozwój, o uczestnictwo w przeróżnych projektach, angażuję swój czas i zmysły. To jest cały czas praca. Wiem, że chcę tworzyć i że jestem w drodze.

Czyli rozumiem, iż wolisz występy, kontakt z publicznością niż nagrania w studiu?

Na pewno występy. W studiu mogę się zamknąć i szlifować do perfekcji brzmienie, dźwięki. A ja nie lubię czegoś takiego. Wolę nagrać, koncertować, mieć styczność z odbiorcami moich tekstów i piosenek. I iść dalej… Bo emocje prawdziwe zaczynają się dopiero, jak ma się człowieka przed sobą. Gdy jest odbiorca moich pomysłów i muzycznych wizji. Najczęściej moi słuchacze to są wrażliwe osoby. Dotykają ich moje teksty, przeżywają je. 

Wiadomo, że dla artystów czas wakacji to ogrom projektów, występów przed większą czy mniejszą publicznością, w przestrzeni zamkniętej czy eventów plenerowych, pod gołym niebem, jeśli warunki pogodowe sprzyjają. Jakie masz plany na najbliższy czas?

Mój grafik buduje się często na bieżąco. Z tygodnia na tydzień. Jestem szczęśliwa, że mogę grać! (śmiech) Najbliższe wydarzenie to występ w Szczecinie, 16 maja, podczas meetingu jazzowego w ramach Dni Skandynawskich. Więcej koncertów – to jest moje marzenie. Na razie to ja to wszystko rozkręcam, metodą prób i błędów. Za mną nie stoją wytwórnie, PR-owcy. Ja jestem independent woman! (śmiech) Chcę działać, tworzyć i wzrastać w tym, co lubię. 

Więc tego Ci życzę z całego serca.

Dziękuję.