Dziennikarz, prezenter pogody, znany z Dzień Dobry TVN, a ostatnio także z Big Brothera – choć zawodowo związany z Warszawą – sporo czasu spędza w Poznaniu. A już 19 maja weźmie udział w niesamowitej akcji charytatywnej, która „otworzy” Stary Browar w niedzielę niehandlową i zamieni go w arenę biegu sztafetowego. O dbaniu o formę, pomaganiu przez bieganie i o tym, dlaczego Poznań nie jest małomiasteczkowy  rozmawiamy z Bartkiem Jędrzejakiem i jego trenerem Jarkiem Skibą.

Rozmawia: Michał Gradowski

 

Spotkaliśmy się tuż przed premierą nowej edycji Big Brothera. Dałbyś się tak zamknąć na trzy miesiące?

Bartek Jędrzejak: Na tydzień, dwa – może tak. Na trzy miesiące – w życiu. Choć dom Wielkiego Brata jest ogromny, w sumie to ponad tysiąc m kw. przestrzeni, to blisko 70 kamer czułych na każdy gest, z gigantycznym zoomem sprawia, że nie ma tam miejsca, gdzie można się zamknąć, odciąć od ludzi.

Kiedy przy pierwszej edycji Big Brothera kamery pokazały kąpiących się nagich ludzi – był wielki skandal, choć ja nie znam nikogo, kto kąpie się w ubraniu. Dziś nagość już nikogo nie szokuje, przesuwają się granice tego, co prywatne. Każdy z nas jest Wielkim Bratem, Wielką Siostrą – wrzucamy do sieci swoje zdjęcia, ciągle informujemy innych o swoim życiu, dlatego zamknięcie grupy ludzi na tak długo, bez dostępu do Internetu, będzie swego rodzaju testem socjologiczno-psychologicznym. Wracamy do początków – relacji międzyludzkich.

Jarek?

Jarek Skiba: Byłoby to dla mnie trudne, bo nie ma tam siłowni. (śmiech) Choć my z Bartkiem dobrze wiemy, że z ciężarem własnego ciała można ćwiczyć równie skutecznie, co na siłowni.

 

Miałeś wątpliwości, czy Big Brother to dla Ciebie dobry wybór?

  1. J.: Ani przez chwilę. To ogromne wyzwanie, bo to przecież program, który przed laty oglądały miliony. Manuela, Gulczas, Klaudiusz czy Janusz Dzięcioł – po siedemnastu latach wszyscy ich pamiętają. Niejedna dzisiejsza gwiazda mogłaby marzyć o takiej popularności. Poza tym bardzo lubię pracować na żywo, to jest ten poziom adrenaliny, który mnie nakręca. I ogromne emocje, bo będę pierwszą osobą, którą zobaczą osoby opuszczające dom Wielkiego Brata.

 

Porozmawiajmy teraz o projekcie „Miejska mila” – charytatywnym biegu sztafetowym, który już 19 maja odbędzie się w Starym Browarze. Kto wpadł na ten szalony pomysł?  

J.S.: Zawsze kiedy Bartek przyjeżdża do Poznania, umawiamy się na trening. Znamy się już bardzo dobrze, sporo rozmawiamy. Trochę przypadkiem pojawił się temat zakazu handlu w niedzielę i wtedy pomyślałem, że moglibyśmy otworzyć centrum handlowe w niedzielę niehandlową i zorganizować tam bieg charytatywny. Bartek poznał mnie z Magdaleną Kowalak, prezes spółki zarządzającej Starym Browarem, pomysł się spodobał i tak powstał bodaj pierwszy w Polsce bieg w centrum handlowym, wydarzenie charytatywno-sportowo-kulturalne. Zebrane pieniądze przekażemy fundacji im. Anny Wierskiej Dar Szpiku, a konkretnie dzieciom na onkologii.

„Miejska mila” to bieg sztafetowy, każdy z pięcioosobowej drużyny przebiegnie jedną milę (1609 m), zorganizujemy również bieg dla dzieci na dystansie 500  m, bez kategorii wiekowych, w formule dzieciaki biegają dla dzieciaków – każdy z uczestników, ale też dzieci leżące w szpitalu na oddziale onkologicznym, dostanie supermedal i pakiet nagród od sponsorów. Częścią wydarzenia będzie też spektakl teatralny Triathlon Story w doborowej obsadzie. Na starcie zmieścimy maksymalnie 100 sztafet i około 200 dzieci, czyli w sumie nawet 700 osób. Ambasadorami biegu są, obok Bartka, Asia Jabłczyńska, Bartek Topa, Kasia Bujakiewicz i Mezo. To bardzo zapracowani ludzie, także w weekendy, ale mam nadzieję, że w komplecie stawią się na starcie.

Pomaganie przez bieganie to dobry pomysł?

B.J.: Wszyscy mają teraz „jazdę” na punkcie zdrowego trybu życia, chodzą na siłownię, każde miasto stara się zorganizować swój maraton, więc to świetne hasło i wspaniała idea. Nigdy nie zapomnę swojej pierwszej wizyty w poznańskiej Klinice Onkologii. Gdyby nie wsparcie wolontariuszy Drużyny Szpiku, rozpłakałbym się już w pierwszej sali, gdzie rodzice jednego z podopiecznych kliniki opowiedzieli mi swoją historię. „Siedzieliśmy wieczorem z trzyletnią córką, jedliśmy kolację, nagle zauważyliśmy, że delikatnie zaczyna jej drgać oko. Poszliśmy do okulisty, który zrobił badania, skierował nas do onkologa, a kilka dni później usłyszeliśmy diagnozę: nieoperacyjny guz mózgu, nie wiedzieliśmy nawet, ile czasu nam zostało”.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak szybko i jak wiele może zmienić choroba. Jakim problemem jest w tym kontekście np. moja jedna niezapłacona rata kredytu za dom? Pieniądze, które zbierzemy dzięki tej akcji, są bardzo ważne, bo zdrowie w Polsce niestety sporo kosztuje, ale nie mniej ważne jest to, co Drużyna Szpiku robi na co dzień, spędzając z dziećmi czas na oddziale. Dziecko chore na białaczkę, które czeka na przeszczep szpiku, na jednym oddziale, bez możliwości wychodzenia na zewnątrz, przebywa nawet trzy miesiące. Jest tam zamknięte, jak uczestnicy Big Brothera, tylko – w przeciwieństwie do nich – nie miało na to żadnego wpływu.

 

Jak się zaczęły Wasze wspólne treningi?

 

B.J.: Zaczęło się od syndromu wieku średniego. Myślę, że w życiu każdego mężczyzny przychodzi taki czas, kiedy spogląda w lustro i myśli „trzeba zacząć działać”. Jeśli jednak zaczynasz trenować sam – na basenie, siłowni, czy bieżni – próbujesz dorównać do najlepszych, nie chcesz czuć się gorszy i najczęściej to cię przerasta. Przychodzisz na siłownię, widzisz ludzi, którzy ćwiczą od wielu lat, mają cudownie wyrzeźbione ciała, jedną ręką podnoszą 25-kilogramowe hantle, a ty ledwo dźwigasz 8 kg, spoglądasz w lustro, myślisz „dramat” i chowasz się za szafkami. Trener pomaga ci natomiast skupić się na sobie, jest w stanie cię poprowadzić, zmobilizować i sprawić, że nie czujesz się gorszy.

Z Jarkiem poznaliśmy się przez Drużynę Szpiku. To bardzo energetyczny człowiek. Jak nie pływa, to biega, jak nie biega, to siedzi na siłowni, jak nie jest na siłowni, to właśnie coś organizuje, załatwia albo przygotowuje swoich podopiecznych do triathlonu. To jest człowiek, który nie śpi. I wykonuje ze mną kawał dobrej roboty, bo jestem cholernie ciężkim przypadkiem do trenowania.

Ze względu na charakter mojej pracy ciągle jestem w podróży. Jedząc w hotelach trudno zachować zdrową dietę, a catering dietetyczny też nie będzie mnie ścigał po całej Polsce. Poza tym jestem bardzo niesystematyczny, a z drugiej strony chcę natychmiast zobaczyć efekty.

Ciężko się trenuje Bartka?

J.S.: Skończyłem AWF w Poznaniu, ugruntowana wiedza o tym jak ćwiczyć, żeby sobie nie zaszkodzić jest oczywiście podstawą, ale na pewnym etapie trener przestaje być tylko trenerem, staje się osobą, z którą można szczerze porozmawiać, prawie psychologiem, i taka relacja łączy mnie z Bartkiem. Przy jego trybie życia bardzo ważne jest elastyczne podejście do treningów. Oczywiście mamy plan, ale kiedy widzę, że jest w słabej kondycji psychofizycznej, rezygnujemy np. z najcięższych treningów, żeby utrzymać odpowiedni poziom motywacji.

Czy kiedy kilkanaście lat temu zwolniono Cię z TVP Poznań, na jakiś czas obraziłeś się na to miasto? 

B.J.: Uważam, że w życiu nic nie dzieje się bez przyczyny. Każdemu, kto przeżywa teraz trudne chwile, mogę powiedzieć: „za jakiś czas spojrzysz na to inaczej”. Czasami tak jest, że o tym, czy zachowasz, czy stracisz pracę nie decydują względy merytoryczne. Tak było w moim przypadku. Od szefowej usłyszałem: „jesteś młody, zdolny, przystojny – dasz sobie radę”. A ja właśnie kupiłem mieszkanie na Plewiskach, chciałem tu sobie ułożyć życie.

Wtedy wyjechałem do Warszawy i zupełnie przypadkiem poznałem producenta Dzień Dobry TVN. Dzisiaj, gdybym spotkał szefową, która mnie wtedy zwalniała, zaprosiłbym ją do najlepszej poznańskiej albo warszawskiej restauracji i szczerze bym jej podziękował. Zawsze gdy przejeżdżam obok ulicy Serafitek, spoglądam na budynek TVP Poznań z sentymentem, poświęciłem temu miejscu wiele lat ciężkiej pracy.

Nigdy nie obraziłem się na Poznań. Uwielbiam to miasto, daje mi dużo dobrej energii, tu się uspokajam, tu mam przyjaciół. Pochodzę z Zielonej Góry, ale to w Poznaniu wszystko się zaczęło, to tu spędziłem czasy młodości, studiów, mam wrażenie, że zostawiłem tu cząstkę siebie. Może na starość sprzedam wszystko i wrócę do Poznania. Razem z trenerem Jarkiem będziemy dwojgiem staruszków chodzących na siłownię. (śmiech)

 

Ulubione miejsca w Poznaniu?

B.J.: Bardzo lubię ludzi, ale unikam tłumów, więc wybieram raczej mniej uczęszczane miejsca. Mam ulubioną knajpkę w Starym Browarze, Le Targ Bistro & Bar, gdzie panuje wspaniała domowa atmosfera. Ostatnio odkryłem też najlepszą włoską restaurację, w jakiej do tej pory byłem – Trattoria Vicolo. Takiej tarty pistacjowej nie jadłem nigdy!

 

Kiedy myślałem o Tobie przed rozmową, przyszło mi do głowy, że jesteś trochę takim Dawidem Podsiadło polskiej telewizji – osobą bardzo znaną i dość powszechnie lubianą, która jednocześnie chroni swoją prywatność… 

B.J.: To jeden z najpiękniejszych komplementów, jakie usłyszałem. Nie znam Dawida osobiście, ale bardzo szanuję go jako artystę. Doceniam go za talent, wytrwałość, dystans, za to, że nic nie musi i nie ma tej celebryckiej „napinki”. Też wychodzę z założenia, że to, co w pracy, to w pracy, a to, co w domu, to w domu. Jeśli wpuszczę ludzi do swojego prywatnego życia i odkryję się całkowicie, to stracę miejsce, gdzie mogę się schować z najbliższymi i podładować akumulatory.

Jestem szczęściarzem, bo kocham to, co robię, i jeszcze mi za to płacą. Jednocześnie tak bardzo angażuję się w pracę, że nie mam czasu na chodzenie na bankiety, stawanie na ściankach i wcale mi tego nie brakuje.

 

Wielu poznaniaków ma kompleks Warszawy. Czy z Twojej perspektywy Poznań jest małomiasteczkowy? 

B.J.: Potwornie mnie to wkurza i zupełnie tego nie rozumiem. Poznań to jedno z najpiękniejszych, najczystszych, najbardziej europejskich i otwartych na kulturę miast w Polsce. Poza tym w stolicy jest coraz mniej rodowitych warszawiaków, takich z dziada pradziada, a coraz więcej napływowych mieszkańców, którzy sobie, a przede wszystkim innym, chcą za wszelką cenę coś udowodnić. Bardzo lubię miasto, w którym pracuję, ale Poznań ma klimat, a Warszawa nie.