fbpx

Niezwykła osobowość. Bije od niej niesamowity spokój i jednocześnie ogromna energia – Ulla Wilczyńska-Kalak, która stworzyła w Poznaniu wspaniałą szkołę jogi. Jaka była i ciągle jest jej droga i w czym znajduje szczęście?

Rozmawia: Agnieszka Idziak

Fot.: Natalia Nowak

www.fotografianatalianowak.pl

Spotykamy się o poranku, w sali Studio Namaste Yoga SNY, tuż po pierwszych zajęciach. Panuje tu niepowtarzalna atmosfera, to przestrzeń, w której idealnie się wypoczywa i jednocześnie pracuje z samym sobą.

 

Gdybyś miała opisać siebie w trzech słowach…

Trudne pytanie… trzy słowa to strasznie mało i jednocześnie dużo. Mogę o sobie powiedzieć, że jestem jogowo zakręconą kociarą. (śmiech)

 

Ile masz kotów?

Pięć, wszystkie albo zaadoptowane z fundacji, albo znalezione przeze mnie na ulicy.

 

Porozmawiajmy o Twojej przygodzie z jogą. Od czego zaczęła się Twoja droga?

Z wykształcenia jestem naukowcem ze specjalizacją w onkologii. Długo pracowałam w Instytucie Onkologii w Gliwicach na wprost oddziału, na którym przebywały kobiety chorujące na raka jajnika. Mijałam się z nimi na korytarzach i miałam takie wrażenie, że owszem, ich choroba była leczona, ale psychicznie nie otrzymywały odpowiedniego wsparcia, miały pustkę w oczach. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że mogłabym zorganizować dla nich zajęcia taneczne. Postanowiłam pójść na studia podyplomowe z tańca i form fitnessu na AWF. Okazało się jednak, że taniec nie jest dla mnie odpowiednią formą ruchu, ale właśnie wtedy w ramach studiów po raz pierwszy miałam kontakt z jogą. Od razu wiedziałam, że to jest to i wpadłam po uszy.

A udało Ci się poprowadzić zajęcia na onkologii?

Nie, ten pomysł pojawił się na długo przed podjęciem decyzji o zmianach w moim życiu. To był impuls, od którego wszystko się zaczęło. Po obronie dyplomu na AWF, jeszcze tego samego dnia, poleciałam do Australii. Szukano tam naukowca, kogoś do pracy z moimi umiejętnościami. A po powrocie do Polski miałam bardzo dużo klientek, właśnie onkologicznych, na indywidualnych zajęciach jogi. Te dziewczyny w niesamowity wręcz sposób mnie odnalazły.

 

Będąc w Australii, rozpoczęłaś praktykę jogi?

W Australii pracowałam w projekcie wspieranym przez amerykańskiego multimilionera, którego dziecko umarło na białaczkę. Chciał dofinansować badania, aby pomóc chorującym dzieciom. Jednak kiedy tam przebywałam i pracowałam, nastąpił kryzys finansowy i skończyły się środki na badania. Z dnia na dzień otrzymałam informację z urzędu imigracyjnego, że moja wiza została zatrzymana. Na szczęście instytut, w którym pracowałam, wystąpił o nową wizę dla mnie, abym mogła kontynuować  pracę naukową w Australii.

Ale od pierwszego dnia w Australii, pracując w swoim zawodzie, cały czas szukałam odpowiedniej dla siebie szkoły jogi. Nie od razu trafiłam do właściwego miejsca, ale jak już je znalazłam, to nawet przeprowadziłam się tak, aby mieszkać 300 metrów od szkoły, bo przecież musiałam zdążyć na szóstą rano na zajęcia. Do dziś wspominam z rozbawieniem, że kiedy weszłam do tej idealnej szkoły, nawet zapach potu był tam wyjątkowy. Od razu wiedziałam, że to ta przestrzeń i ci ludzie. Zrobiłam najpierw kurs na asystenta jogi, a następnie kurs nauczycielski.

Mój pobyt w Australii, w tak multikulturowym świecie był niesamowitym doświadczeniem. Pamiętam, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie parada równości, która była niezwykle pozytywnym wydarzeniem, każda mniejszość miała tam swoje miejsce i mogła zaznaczyć swoją obecność. Niesamowite było to, że choć na co dzień wszyscy posługiwali się językiem angielskim, jadąc autobusem słyszało się naście innych języków. Kiedyś rozmawiając z kierowcą taksówki, dowiedziałam się, że pochodzi z wyspy, o której istnieniu nawet nie miałam pojęcia, a on kojarzył Wałęsę i Bońka. Dla mnie to było niezwykle otwierające doświadczenie. Marzę, żeby właśnie taka była Polska. Dlatego tak lubię Poznań, za jego otwartość i rosnącą wielokulturowość.

 

Jak to się stało, że otworzyłaś własną szkołę?

Kiedy wróciłam do Polski, prowadziłam zajęcia jogi w różnych miejscach. Oczywiście miałam też swoje ukochane, ale tak się stało, że szkoła, z którą byłam bardzo związana, została zamknięta. Wówczas podjęłam decyzję, aby otworzyć własną. Ta myśl pojawiała się w mojej głowie już od jakiegoś czasu, ale brakowało odpowiedniego impulsu. Człowiek z natury jest dość strachliwy i trudno mu podjąć zupełnie nowe wyzwania, także finansowe. Poniekąd zostałam postawiona pod ścianą i musiałam zaryzykować.

 

Zapraszasz na zajęcia między innnymi Jogi Twarzy, Power Yogi i Vinyasa Yogi, Yin Yogi, Air Yogi. Jaka zatem jest Twoja joga?

Odpowiadając branżowo, na pewno Vinyasa. To jest mój ukochany nurt jogi –

płynna i sekwencyjna joga, która od początku mnie prowadzi. Natomiast inne style wykorzystuję jako wspomagające, niektóre są dla mnie zabawą, jak Air Yoga, inne z kolei – zatrzymaniem i wyciszeniem jak Yin Yoga. Wszystkie one uzupełniają mój rozwój. Ale najbardziej porywa mnie płynność i wolność Vinyasy Yogi.

Prowadzisz wspaniałą szkołę jogi, mogę powiedzieć to z pełną odpowiedzialnością, ponieważ również biorę udział w zajęciach. Co Cię inspiruje i motywuje? Jaki masz przepis na sukces?

Cały czas się uczę i mam nadzieję, że popełniam coraz mniej błędów. Chciałam stworzyć takie miejsce, w którym sama ćwiczyłabym z przyjemnością. Na zakończenie kursu instruktorskiego w Australii musiałam stworzyć biznesplan, było to dla mnie bardzo trudne zadanie, ponieważ na tamtym etapie w ogóle nie myślałam o aspektach ekonomicznych prowadzenia szkoły. Ale wiedziałam jedno – chciałam, aby w mojej szkole były waniliowe ściany… Do dzisiaj przyjaciele z Australii żartobliwie pytają, jak tam moje waniliowe ściany… (śmiech) To był pierwszy element, zależało mi także na drewnianej podłodze. Moja szkoła to miejsce w pełni otwarte, na żadne zajęcia nie trzeba się zapisywać, można tu przyjść w dowolnej chwili, kiedy czuje się potrzebę oraz do instruktora, z którym w danym momencie chce się ćwiczyć.

 

Angażujesz się w dużo inicjatyw, zainicjowałaś w Poznaniu Jogę przy Fontannie, w swoim studio organizujesz bardzo dużo wydarzeń, na przykład koncerty relaksacyjne, warsztaty, na które zapraszasz innych instruktorów… Co dla Ciebie jest najważniejsze?

Mam swoją wizję praktyki jogi oraz tego, co jest mi potrzebne. Natomiast pracując z ludźmi, widzę, że każdy jest inny i tak różnych rzeczy szuka. W niektórych momentach w życiu bardzo intensywnie ćwiczę, ale są też takie chwile, kiedy moja fizyczna praktyka przesuwa się na rzecz budowania innych jej aspektów. Zdarza się, że na przykład w danym momencie to właśnie koncert relaksacyjny jest dla kogoś ważny i potrzebny. W mojej szkole praktykują osoby w różnym wieku, praktykują u nas seniorzy, którzy mają inne potrzeby niż osoby młodsze, mamy również zajęcia jogi dla dzieci.

Z kolei joga na trawie to pomysł, który przywiozłam z Australii. Zachwyciła mnie tam praktyka jogi o wschodzie słońca na plaży. To było dla mnie niesamowite doświadczenie, kiedy zupełnie obce osoby spotykały się, aby zrobić coś wspólnie. Dla mnie, choć to trochę slogan, ważniejsza jest joga poza matą. Tak naprawdę jeśli nie wyniesiemy z maty zasad jogi, to będzie to pusta praktyka. Joga przy Fontannie pokazuje, że choć nie znamy się i na co dzień praktykujemy różne style w różnych szkołach, to jednak możemy wspólnie ćwiczyć, aby naładować się energią. Pokazujemy również, że naprawdę każdy może rozpocząć praktykę i nie musi się obawiać, że sobie nie poradzi.

 

Jest takie przekonanie, że joga jest trudna, wymaga mocnego rozciągnięcia…

Tak. Dużo osób boi się rozpocząć praktykę, są wyobrażenia, że joga jest tylko dla kobiet, a zajęcia polegają głównie na rozciąganiu. Nie znam osoby, która przychodząc na jogę, nie zdziwiłaby się, jak bardzo różna jest praktyka od jej wyobrażeń. Stylów jogi jest tak dużo, że naprawdę na każdym etapie życia i emocji można znaleźć coś dla siebie.

 

Co było dla Ciebie najtrudniejsze przez te lata?

Wchodząc w świat nauki, miałam pewne idee, ale okazało się, że były inne niż rzeczywistość. Joga pojawiła się w moim życiu naturalnie. W samej ścieżce jogi nie było nic trudnego. To było tak, jakbym wreszcie wskoczyła na właściwy tor.

Szkołę prowadzę już ponad pięć lat. Na początku trudne były dla mnie sprawy formalne. Pamiętam, że powiedziałam pani w urzędzie skarbowym, że musi przestać mówić do mnie podmiot gospodarczy… Nie spodziewałam się, że tyle energii trzeba będzie poświęcić na sprawy czysto techniczne. Trochę czasu zajęło mi również stworzenie kadry instruktorskiej, teraz mam przekonanie, że mój zespół tworzą wyjątkowe osoby, o podobnych poglądach i przekonaniach oraz podejściu do jogi i naszych joginów. Osoby, które się lubią i tworzą to miejsce wraz ze mną.

 

Dziś z każdej strony docierają do nas slogany „bądź fit”, „możesz więcej”, „bardziej”, „mocniej”, „szybciej”… cały czas wywiera się na nas presję bycia doskonałym. Czym jest dla Ciebie balans i równowaga?

Poruszamy się w skrajnościach. Bo albo szukamy yang – ogromnej energii, wysiłku, chcemy być najlepsi i najszybsi, albo energii yin – wyciszenia i wycofania się. W filozofii jogi są pojęcia trzech gun. Energetyczna radżas, najczęściej dotyczy ludzi młodych, szukających pobudzenia, z kolei tamas – osób wypalonych, którym się wydaje, że nie mają na nic siły, mogą tylko leżeć, a najważniejsze, aby te cechy zbalansować i osiągnąć stan sattwiczny, stan równowagi. Joga uczy nieoceniania i akceptowania tych stanów. Normalnym jest, że czasem bywamy zmęczeni, a innym razem szukamy wysiłku. W momencie, w którym znajdziemy odczucie akceptacji, to znajdziemy ten środek. Część osób myśli, że nauczyciel jogi pozostaje cały czas w stanie równowagi. To jednak nieprawda. Tak samo dopadają nas stresy i odczuwamy różne emocje. Jednak joga daje nam narzędzia, dzięki którym możemy sobie z nimi szybciej i lepiej poradzić. Każdy z nas przeżywa tragedie, stratę, popełnia błędy czy płacze, ale mając odpowiednie narzędzia, potrafimy się z tego stanu wycofać. Joga uczy uwrażliwienia, w pierwszej kolejności oczywiście na to, co odczuwa ciało, ale w drugiej na emocje. Wtedy właśnie zaczynasz odcinać się od negatywnych rzeczy, bo wiesz, że nie warto w nich trwać.

 

Jaka jest zatem Twoja definicja szczęścia i spokoju?

Przychodzi mi od razu do głowy słowo akceptacja. W momencie, w którym akceptujesz siebie, zaczynasz żyć w szczęściu. Żyjemy w niesamowitych czasach, oczywiście jesteśmy bombardowani smutnymi informacjami, ale tak naprawdę nie było dotąd takiego szczęścia, długiego i komfortowego życia. Dla mnie szczęście i spokój to poczucie równowagi, świadomość tego, że mam swoją przestrzeń, dom oraz pracę, które się nie wykluczają, tylko uzupełniają. A jak marzę o odpoczynku, to zawsze widzę siebie w otoczeniu moich mruczących kotów… Ta równowaga to jest akceptacja. Każdy z nas ma potencjał życia w różnych sytuacjach i relacjach, ale bardzo często nie zgadzamy się na to, co nas spotyka i zaczynamy z tym walczyć. Wtedy pojawia się problem. W momencie w którym zaakceptujemy to, co nas spotkało, okazuje się, że wszystko ma jakiś cel i zmierza w dobrym kierunku.

Co dla Ciebie najbardziej liczy się w życiu i w pracy?

To, co liczy się dla mnie w życiu, zmienia się w różnych jego momentach. Ponieważ dużo pracuję, cenię spokój i świadomość, że nie muszę, tylko mogę coś robić. W pracy czuję się źle, gdy na dłużej zatrzyma mnie marazm. Bardzo lubię rozwój i to w każdym aspekcie, na przykład kiedy w pozycji, w której do tej pory walczyłam, nagle znajduję komfort albo kiedy mogę uczestniczyć w różnych warsztatach, poznawać nowych instruktorów i nowe podejście do jogi. Joga uczy, że całe nasze życie to podróż, która się nie kończy. Jak już wejdziesz na matę i znajdziesz wreszcie doskonałe ustawienie pozycji, nagle okazuje się, że masz w niej jeszcze ogromnie dużo do zrobienia. Ja to uwielbiam…

 

Jak oceniasz poznaniaków? Nie jesteś rodowitą poznanianką?

Jestem Ślązaczką. Śląsk i Poznań to bardzo zbliżone rejony Polski, łączą je poniemieckość, mentalność i gwara. Dobrze czuję się w Poznaniu. Mieszkałam w bardzo wielu miejscach, także za granicą. Gdy zdecydowałam się na powrót do Polski, po bardzo krótkim rozważaniu, wybrałam Poznań. To miasto jest dla mnie idealne, jest duże i sporo się tu dzieje, ale jednocześnie małe, można zawsze z łatwością przemieścić się w każdy jego rejon. Bardzo lubię poznaniaków za otwartość i szybką odpowiedź na to, co dzieje się w mieście, ich chęć udziału w różnych inicjatywach.

 

Jakie masz plany?

Akurat zamknęłam duży projekt, do którego przygotowywałam się kilka lat, mam na myśli szkolenie nauczycieli jogi. I powiem szczerze, zanim podejmę kolejne wyzwania, chcę się zatrzymać, odpocząć i pokontemplować życie. Oczywiście podejmuję małe wyzwania, w szkole rozpoczną się właśnie zajęcia Vinyasy Yogi na desce do jogi – YogaBoard, której jestem oficjalnym ambasadorem w Polsce. Ale chwilowo nie mam dużych planów.