Niepoprawna optymistka i wulkan energii z dużą dozą wrażliwości. Tak w kilku słowach można opisać poznaniankę, malarkę, artystkę, która otwiera przed nami drzwi do swojego świata sztuki i piękna.

Rozmawia: Dorota Gut

Zdjęcia: Archiwum prywatne

Pierwszy raz zetknęłam się z Pani twórczością na wernisażu w V.A. Gallery. Mieliśmy wówczas możliwość zobaczyć ponad dwadzieścia obrazów ukazujących znanych i lubianych tego świata. Zawadiacko zerkał na nas między innymi Brad Pitt, zalotnie Marylin Monroe czy uwodzicielsko Angelina Jolie. Dlaczego zdecydowała się Pani na wybranie właśnie tych postaci? Jak dobiera Pani artystów, których chce malować?

Ewa Jasek: Temat, jakim jest człowiek, jest dla mnie bardzo fascynujący i uważam –niewyczerpywalny. Przecież największym urokiem świata jest urok drugiego człowieka. W cyklu „Złota klatka” przedstawiłam postaci, których dobór oczywiście nie jest przypadkowy. Jest moim indywidualnym kryterium, połączonym z zupełnie nieoczywistymi czynnikami inspiracji, często nie do określenia. Jednak spójność doboru polega na chęci pokazania pewnych cech, mianowników, posiadanych przez ukazanych i tożsamych dla wszystkich. Niebagatelną składową wpływającą na wybór postaci jest element fascynacji, impuls, który jest niejako praczynnikiem następujących później działań. Przeczytana wypowiedź, obejrzany film czy utwór muzyczny lub coś, co na pozór nie wiąże się z postacią, bywa bodźcem.

Jak oddaje Pani emocje bohaterów swoich obrazów?

Oddanie w obrazie emocji, w portrecie zwłaszcza, jest próbą szczególnie interesującą. To, co dla mnie może wydawać się oczywiste, wcale takim nie musi być dla odbiorcy. Stwarza to jednak przestrzeń w której pojawiają się nowe aspekty odbioru. Nie zamierzam zmuszać widza do ciasnej, jednoznacznej z moją intencją interpretacji. Jest przekaz, a odbiór niech będzie indywidualny, przefiltrowany przez osobiste doświadczenia, emocje i wrażliwość. Moje obrazy są wstępem do odkrywania pierwotnego lub wtórnego. Pewnego rodzaju retrospekcją. Dotykiem budzącym uśpione emocje, wywołane wcześniej czynnikiem związanym z przedstawianą postacią. Ładunek emocjonalności zatem tu jest zwielokrotniony.

Wybierając się na Pani wernisaż, nie spodziewałam się, że spotkam tak piękną i elegancką kobietę. Artyści malarze zwykle kojarzą się z dość nonszalanckim sposobem bycia…

Dziękuję za komplementy! Myślę, że to właśnie jest moja nonszalancja. (śmiech) Nonszalancja artystów wynika z potrzeby indywidualizmu, oryginalności, może nieprzywiązywania wagi do prozaicznych aspektów życia. Rozstrzygając kluczowe zagadnienia sztuki, dotykając na poziomie stwórczym artystycznego sacrum można mieć luźny stosunek do spraw trywialnych. Moje poczucie estetyki samo narzuca wybory, zarówno w sferze modowej, jak i szerzej.

Jaki styl malarski jest Pani bliski?

W malarstwie mam liczne fascynacje. Trudno nie mieć, to bardzo rozległa dyscyplina, rozpostarta przez ponad dwadzieścia wieków z różnorodnością stylów i kierunków, z ogromem wieloaspektowości. Wśród tego bogactwa jest mi bliski w pewnym zakresie pop-art. Tak jak artyści pop-artu, którzy są wnikliwymi obserwatorami tego, co serwuje im świat popkultury, odnajdują w nim inspiracje, a ja również tam je dostrzegam. Odrzucają oni klasyczne tematy, jako stare, wytarte i nudne. Żaden popartowy artysta nie będzie zainteresowany pięknym krajobrazem, nie skusi się na namalowanie pejzażu. Za to z ożywioną miną spojrzy na puszkę, pistolet lub zdjęcie Micka Jaggera. Pop-art to troszkę gra ze sztuką. Zajmuje się tym, czym klasyczny artysta byłby skonsternowany.

Skąd czerpie Pani inspiracje?

Inspiracje wynikają w zasadzie z moich fascynacji oraz czynników, które w danym momencie procesu twórczego mnie interesują, zastanawiają czy intrygują. Otaczający świat z nadprodukcją informacji, obrazów i dźwięków musi zostać przefiltrowany przez indywidualną wrażliwość i poddany pozalogicznym kryteriom wyboru. Logicznie nie da się uzasadnić dlaczego np. przeczytana zastanawiająca fraza, przy dźwiękach basu Marcusa Millera, podczas jazdy nocą przez miasto, stały się inspiracją do namalowania obrazu z Angeliną. Coś jest inspiracją, która budzi kreatywność, a ta może być przynagleniem do kolejnej.

Co sądzi Pani o współczesnym malarstwie?

Uważam, że teraźniejsze malarstwo posiada niewątpliwie wspaniałą możliwość czerpania z przeszłości, zarazem tworząc się na nowo i czerpiąc z nieodkrytych jeszcze pokładów ludzkiej wyobraźni. Ogrom nurtów dowodzi o szeroko pojętej wolności w sztuce. Tu nasuwają się pytania, co sztuką jest, a co nie, gdzie są granice, czy są granice, ale to temat ocean.

Czy klienci dzisiaj doceniają artystów, wiedzą, ile pracy kosztuje ich stworzenie swojej wizji i czy chętnie kupują ich prace?

Oczywiście są klienci, którzy bardzo doceniają pracę artystów, ale pewnie też są i tacy, którzy jej nie doceniają i nie są klientami. Świadomość wyjątkowości i wartości sztuki to cecha ludzi wrażliwych. Niedawno malowałam portret dla Daniela Olbrychskiego i doświadczyłam, że to właśnie artyści najbardziej doceniają artystów. Potrzeba obcowania ze sztuką to potrzeba wyższego rzędu. Zauważenie i rewerencja jest adekwatna do poziomu świadomości i edukacji w tym zakresie. Czy nas artystów zadowala stan teraźniejszy, biorąc pod uwagę ogół społeczeństwa? Jeśli kryterium byłaby frekwencja na wystawach lub sprzedaż, to myślę, że odpowiedzi mogą być różne.

Jak we współczesnym świecie żyje się artyście?

Świat współczesny daje artyście dużo większe możliwości niż minione czasy. Komunikacja to słowo klucz. Informacja, mobilność, dostępność, szybkość, wszystko to daje ogromny potencjał. Życie jest intensywniejsze. Tego doświadczamy wszyscy. Więcej bodźców stymulujących wpływa na rozwój. Dynamizm jest podstawowym czynnikiem. We współczesnym świecie sztuka nie jest już tylko sferą tworzenia dekoracyjnych obiektów, a artysta nie jest rzemieślnikiem, który ma stworzyć cieszący oczy przedmiot. Współczesny artysta może tworzyć sztukę różnorodną i właściwie nie ma ograniczeń. Może być prowokacją, zabawą, obalaniem tabu, odkrywaniem, kreowaniem itd. Myślę, że teraźniejszość jest dużo bardziej przyjazna artyście niż wieki przeszłe.

 

Prowadzi Pani plenery malarskie, na których obecni są profesjonalni artyści. Mogą w nich jednak uczestniczyć także dzieci i młodzież…

Tak, jestem organizatorką plenerów malarskich od wielu lat. Zapraszam artystów nie tylko ze środowiska poznańskiego, ale z całej Polski. To uznani artyści. Uczestnicząc w plenerach, wymieniamy doświadczenia, integrujemy środowiska, doświadczamy wspaniałej aury sztuki, tworzonej równolegle w jednym miejscu i czasie. Atmosfera na moich plenerach jest wyjątkowa dzięki ludziom, którzy ją tworzą. Plenery z warsztatami dla dzieci i młodzieży to formuła, która pozwala doświadczyć młodym adeptom sztuki, relacji mistrz – uczeń, zajrzeć do pracowni artysty i pod jego okiem tworzyć i się uczyć. Ta forma jest bezcenna. Kontakt z artystami, którzy na co dzień zajmują się sztuką, przynosi zaskakujące efekty. Tylko artysta, dla którego sztuka jest wartością nadrzędną, może rozbudzić zainteresowanie, pozwolić odkryć w uczniach zdolności i potencjał.

Na zaproszenie warszawskiej fundacji odtwarza Pani dzieło zaginione w czasie II wojny światowej, na podstawie zniszczonej fotografii…

Zamysł odtwarzania utraconych dzieł uważam za tak bardzo interesujący, iż możliwość wzięcia udziału w tym projekcie uznaję za niebanalną przygodę malarską. Organizator przedstawił listę obrazów i zaproszeni artyści wybrali dzieła do odtworzenia. Ja wybrałam obraz Anthony’ego van Dycka – Ecce homo. Na liście znajdowały się dzieła Chełmońskiego, Pruszkowskiego, Wyspiańskiego, Gierymskiego, Malczewskiego czy Siemiradzkiego. Wśród wielu mistrzów bliski moim upodobaniom w malarstwie jest właśnie Anthony van Dyck, definiowany jako malarz portrecista. Jego ciekawy życiorys ma też polski akcent. W roku 1640 podczas wojny, został uwolniony z francuskiego więzienia, przez księcia Jana Kazimierza, po czym towarzyszył mu przez kilka miesięcy. Myślę, że musiały powstać wówczas ciekawe prace. Wpływ malarstwa tego genialnego artysty rozciąga się aż na czasy współczesne. Oczywiście odtworzenie i możliwość namalowania obrazu Ecce homo było ogromnym wyzwaniem. Zachowała się jedynie czarno-biała fotografia obrazu w jakości niesatysfakcjonującej i krótki, niedający odpowiedzi w ważnych kwestiach opis. Zatem zbieranie materiałów, poszerzanie wiedzy na ten temat, rozstrzygnięcia kolorystyki dzieła przypominało łamanie szyfrów. Efekt tej pracy będzie można obejrzeć w Muzeum Niepodległości w Warszawie.

 

Ma Pani dom nad jeziorem, gdzie spędza część swojego czasu, tam też tworzy. Przyznam, że gdy o tym myślę, to przed oczami mam ujmującą wizję słonecznego dnia, śpiewu ptaków, zielonej trawy,  sztalugi… Czy tak wyglądają idealne warunki do tworzenia?

Pracownia w domu nad jeziorem to naturalnie atut, ale nie warunek konieczny. Niekiedy myślę o tym jak o kaprysie. Czasem potrzebujemy ciszy, a czasem wielkomiejskiego gwaru. Czy tworzenie uzależniam od sielankowego otoczenia z błękitem nieba i śpiewem ptaków? Nie, bo bywa, że potrzebuję burzy, przyjaciół i decybeli. Jednego jednak nie może zabraknąć w miejscu, w którym pracuję. Nie może nie być muzyki. Jeżeli jestem od czegoś uzależniona, to jest to właśnie malarstwo i muzyka. (śmiech)