fbpx

Ostatnio jest częstym gościem w Poznaniu, a już niedługo o swojej pracy i życiu będzie opowiadał na spotkaniu Ligi Kobiet Sukcesu. O odkrywaniu ludzkich motywacji, poszukiwaniu własnej ścieżki i budowaniu inspirujących relacji rozmawiamy z Bartłomiejem Topą, aktorem, którego nikomu nie trzeba przedstawiać   

 

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Rafał Masłow

 

Jak często ma Pan okazję odwiedzać Poznań i co myśli Pan o naszym mieście?

W ostatnich dwóch latach bywam w Poznaniu częściej niż wcześniej. Przyjeżdżam tutaj razem ze spektaklami, w których mam przyjemność grać: komedii o związkach Ludzie inteligenti wyreżyserowanej przez Olafa Lubaszenkę oraz Triathlon story, czyli chłopaki z żelaza w reżyserii Piotra Nowaka – historii czterech mężczyzn z różnych środowisk, którzy spotykają się dzień przez zawodami w jednym pokoju hotelowym. Widownią tego drugiego spektaklu jest często liczne w Poznaniu środowisko triathlonowe.

Poznań jawi mi się jako rozwinięte miasto, mentalnie i geograficznie blisko Europy Zachodniej, ze świetną infrastrukturą i przyjaznymi, otwartymi ludźmi, dla których ważna jest kultura. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w tym mieście, w latach 80., jeszcze w trakcie studiów, kiedy z tatą przyjechaliśmy na Targi Poznańskie. Od tego czasu bardzo wiele się tutaj zmieniło.

 

13 lutego przyjedzie Pan do Poznania na zaproszenie Ligi Kobiet Sukcesu. O czym będzie mowa na spotkaniu? Czy Pana doświadczenia zawodowe mają jakieś punkty styczne z prowadzeniem biznesu w innych branżach? 

Formuła tego spotkania jest otwarta, nastawiam się na rozmowę, to na pewno nie będzie prelekcja. Będę mówił o moim życiu zawodowym, a bycie aktorem polega przede wszystkim na tworzeniu relacji i zgłębianiu problemów w ich budowaniu – w rodzinach i innych kręgach społecznych. Wiele procesów, którym przyglądamy się na scenie czy na planie, zachodzi także w środowisku każdej firmy, bo kontakt, tworzenie więzi z drugim człowiekiem jest kluczem do rozwoju i prowadzenia biznesu. Większość przełomowych pomysłów rodzi się z doświadczenia, także z doświadczenia braku, z tego, co podpowiada nam życie, rzeczywistość – trzeba być na te sugestie nieustannie otwartym, a pewną matrycę dobrego prowadzenia biznesu możemy zastosować niezależnie od branży.

Chciałbym też opowiedzieć o moich doświadczeniach związanych ze zdrowiem. Pracuję na swoim ciele, mam 51 lat, więc to dla mnie ważny aspekt. Kilka lat temu brałem udział w eksperymencie „Zdrowie powraca do zdrowia”. Przez 6 tygodni żywiłem się tylko nieprzetworzonym jedzeniem tzw. raw food przygotowywanym w temperaturze poniżej 42 st. C, w której enzymy zachowują swoje wartości odżywcze. Równocześnie trenowałem triathlon, więc moje zapotrzebowanie na pożywienie wysokiej jakości było bardzo duże. Dzięki tej diecie i ruchowi moje parametry zdrowotne bardzo się poprawiły, a współpraca z ludźmi, którzy brali udział w tym projekcie, sprawiła, że chciałem wnieść coś nowego do tej „branży”. Założyłem firmę, która produkuje KURKUMIK, napój na bazie kurkumy, imbiru, pieprzu kajeńskiego, mięty, cytryny, kardamonu i wody. Będę więc mógł opowiedzieć nie tylko o filmach i serialach, ale także o biznesie.

 

Jak ten zdrowy styl życia udaje się Panu uskuteczniać na co dzień, żyjąc w centrum dużego miasta?  

Są cztery czynniki, które warunkują to, kim jesteśmy i jak się czujemy. Zdrowe, czyste powietrze, którego bardzo brakuje w Polsce. Dobra woda – wszystko, co ma pH poniżej poziomu krwi zakwasza nasz organizm, dlatego codziennie piję specjalnie przygotowaną wodę zasadową o pH powyżej 9,5. Trzeci czynnik to nieprzetworzone pożywienie – w ogólnodostępnym jedzeniu jest coraz mniej organicznych składników, które odżywiają nasze komórki, stąd tyle suplementów. Warto też unikać cukru – nie mam wątpliwości, że jest on narkotykiem XXI wieku, który czyni ogromne spustoszenie w organizmie. Czwartym elementem jest ruch. Mamy to zakodowane w genach – kiedyś, żeby nakarmić rodzinę, trzeba było się ruszyć na polowanie. Siedząc przed biurkiem nie nabędziemy tej sprawności, dlatego trzy razy w tygodniu staram się znaleźć czas na trening pod okiem osób, które zawodowo zajmują się ruchem, motoryką, funkcjonowaniem mięśni. Jeśli zadbamy o te wszystkie elementy, nasze ciało będzie lepiej ukrwione, zaczniemy inaczej postrzegać siebie i rzeczywistość, inaczej myśleć o środowisku, w którym się obracamy, relacjach z najbliższymi. To jest najlepszy biznes – inwestycja w siebie.

 

Jest Pan jednym z ambasadorów charytatywnego biegu sztafetowego, który w maju odbędzie się w Starym Browarze. Wcześniej wspierał Pan też wiele innych podobnych inicjatyw. Jak mądrze pomagać?

Nie jestem ekspertem od pomagania. W porównaniu do Jurka Owsiaka, którego Orkiestra stała się świętem narodowym, ostatnio tak boleśnie zakłóconym, moje działania są mikroskopijne.

Nie lubię też słowa pomoc, bo ono implikuje jakiś defekt, który musi zostać naprawiony. Obok pomocy finansowej – 10% dochodów na działania charytatywne wydaje mi się rozsądnym pomysłem – ważna jest otwartość na drugiego człowieka, wybicie się z komfortu, przekroczenie pewnej granicy, czasem naprawdę wystarczy dobre słowo. Zanim cokolwiek wydamy – energię czy pieniądze – warto sprawdzić, jakie są rzeczywiste potrzeby. To dopytanie też jest formą wsparcia, bo zawsze lepiej dać wędkę niż rybę. Warto też pamiętać, że jeżeli najpierw nie pomożemy sobie, nie będziemy w stanie pomóc nikomu innemu.

 

Czy jest w Panu ciągle głód grania? Na tym etapie może Pan przebierać w ofertach.

Przede wszystkim jest we mnie ciekawość, głód wiedzy związanej z mechanizmami działania człowieka, odkrywaniem motywacji. Te nici ludzkich zdarzeń są dla mnie nieustannie inspirujące. Propozycji jest więcej, niż mógłbym przyjąć, mam ten komfort, że mogę wybierać role niejednoznaczne moralnie, pokomplikowane, które odkrywają we mnie coś nowego.

Sporo gram w teatrze, ostatnio m.in. w niezwykłym spektaklu Niezwyciężony w reżyserii Eugeniusza Korina w Teatrze 6. piętro. W tym roku zaplanowano też premiery dwóch filmów z moim udziałem. Dziura w głowie Piotra Subbotko to opowieść o aktorze, który po upadku swojej trupy wraca do rodzinnej wsi na Podlasiu i tam spotyka swoje alter ego oraz miłość z czasów młodości. Żelazny most to z kolei historia oparta na trójkącie małżeńskim, osadzona w kopalnianych realiach Śląska, w reżyserii Moniki Jordan-Młodzianowskiej. Czekam na rozpoczęcie zdjęć do filmu Pojednanie Filipa Dzierżawskiego – to historia mediatora, który próbuje połączyć kata z ofiarą, konfrontując sprawczynię wypadku z matką, która straciła w nim córkę. Jesteśmy też w trakcie zdjęć do kolejnych 7 odcinków serialu Pod powierzchnią w reż. Borysa Lankosza, ale też debiutującego w świecie seriali Bartka Konopki. Pracuję też, m.in. w roli producenta, nad kolejnym serialem.

 

Czy w tym natłoku bodźców teatr, kino czy seriale mają jeszcze moc zmieniania postaw?

Chyba tak, szczególnie dla młodego widza, który – choć jest bombardowany filmami i serialami – może przejrzeć się w tych obrazach, bo one są bardzo bliskie życia. Tylko weryfikacja tego, co może być dla nas dobre, rozwijające jest w przypadku widzów bardzo trudne z powodu tej mnogości wyboru.

Sztuka może mieć wpływ na postawy, choć warunkuje nas przede wszystkim rodzina, pierwsze bliskości i pewien bagaż, który niesiemy w metaprzestrzeni, zakładając, że nie jesteśmy tu po raz pierwszy. Wiele decyzji podejmujemy pozornie świadomie, tu i teraz, ale pod wpływem nieuświadomionych czynników. Najważniejsza jest uważna obserwacja, umiejętność dostrzeżenia gdzie jest nasza ścieżka, która pozwoli nam zrobić coś dobrego dla siebie, a przez to także dla innych.

 

Czego najbardziej nam brakuje?

Namysłu, spojrzenia na to, w jakim miejscu jesteśmy i co się dzieje dookoła nas. Taka adekwatna dla każdego refleksja dałaby budujący zbiorowy efekt.

 

Mam taki obraz Pana, może skrzywiony, jako osoby refleksyjnej, raczej umiarkowanie pogodnej, pomimo licznych ról komediowych. Co pomaga Panu podnosić się w słabszych momentach? 

Dostrzegam ciemną stronę świata, to ludzkie balansowanie między mrokiem a światłością. Taką przybrałem optykę, ale jest mi z tym dobrze, bo mam też poczucie, że wiele zależy od nas. Na tym etapie mojego życia jestem szczęśliwy, spełniony, a jeśli popadam w ponurą refleksyjność, wybija mnie z niej kilka głębszych oddechów, dostrzeżenie kolorytu i różnorodności tego, co mnie otacza. Przytulenie syna, ukochanej osoby, spotkanie z przyjaciółmi, kawa, wino, dobre jedzenie, bieganie – te bliskie rzeczy, które nas ukorzeniają, definiują, skupienie na tym, czego potrzebuję tu i teraz – to zwykle działa.

Definiuję się też dzięki bliskim mi kobietom. Możemy być facetami tylko dzięki nim, nie ma innego rozwiązania i ten dualizm jest fenomenalny.