fbpx

Agnieszka Duczmal – charyzmatyczna dyrygentka, założycielka Orkiestry Polskiego Radia „Amadeus”. Na fortepianie grała już jako 5-latka, czując intuicyjnie, że muzyka jest w niej i pozostanie z nią na zawsze. Jako pierwsza kobieta dyrygent wystąpiła na scenie mediolańskiej La Scali. Mogła mieszkać i pracować w każdym miejscu na świecie, ale do życia wybrała Poznań.

Rozmawia: Agnieszka Jaworska – Goździewska

Zdjęcia: Archiwum prywatne Artystki

Spotykamy się pod koniec 2018 roku, który bez wątpienia był dla Pani ważny ze względu na jubileusz 50-lecia istnienia Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia „Amadeus”. Za panią pięć dekad życia w zdominowanym przez mężczyzn świecie. Czy bez tej charyzmy, którą Pani posiada, dałoby się prowadzić orkiestrę przez tyle lat?

Bez wątpienia „Amadeus” to opus magnum mojego życia, ale nie jedyny powód do dumy. Oboje z mężem przekazaliśmy talent córkom, które kontynuują muzyczną podróż swoich rodziców, a my z radością obserwujemy ich dokonania. Anna jest fantastyczną dyrygentką, a Karolina wybitną wiolonczelistką.

 Czy córki same wybrały zawód, czy jednak inspiracja przyszła od rodziców i dziadów? Jakie są korzenie rodziny?

Mój tata Henryk był dyrygentem, a mama Leokadia polonistką. Przesycony humanizmem i wrażliwością dom na pewno wpływał na wiele moich postaw. To rodzice właśnie zapisali mnie na lekcje fortepianu, ale jednocześnie pozwalali mi samodzielnie wybrać drogę życiową powtarzając, że zawodu ani męża nie będą mi wskazywać. To spowodowało, że również – jako już osoba dorosła – nie kreśliłam przyszłości swoim dzieciom. Chociaż oczywiście razem z mężem wzbudzaliśmy w nich pewną artystyczną ciekawość, zapisując je np. do szkoły muzycznej. Życie pokazało, że flirt z muzyką dany był córkom, a syn poszedł zupełnie inną drogą i wykonuje projekty graficzne.

Jakie barwy i dźwięki miało Pani dzieciństwo?

Mama, z racji zawodu, była strażniczką języka domowników. W rodzinie nie używaliśmy słów nieparlamentarnych, a wręcz staraliśmy się posługiwać językiem literackim. W domu wszechobecne były książki. Bardzo często po obiedzie siedzieliśmy wspólnie przy jednym stole i każdy czytał swoją ulubioną lekturę. Nie inaczej wyglądały wspólne wyjazdy na Mazury i w Tatry, gdzie w towarzystwie ukochanego psa bernardyna spędzaliśmy beztroskie dnie, by wieczorami z zapartym tchem słuchać taty, który czytał nam specjalnie wybrane na wakacje książki. To uwielbienie literatury i czytelniczą tradycję przeniosłam do swojego domu, a dalej moje dzieci do swoich rodzin.

Jakimi córkami są Anna i Karolina? Obie są dorosłe i mają już swoje rodziny, ale też i pasje. Czy udaje im się – tak jak udawało Pani przez lata – łączyć wychowanie dzieci z pracą?

Z radością obserwuję, jak wspaniale dziewczyny sobie radzą. Jestem z nich dumna, bo wybrały niełatwe zawody, ale starają się dążyć do doskonałości. Obie córki mają niesamowitą wyobraźnię muzyczną i dźwiękową. Anna jest charyzmatyczną, utalentowaną dyrygentką. Karolina natomiast uzyskuje na wiolonczeli zupełnie nieprawdopodobne kolory.

Czy wnuki również mają talenty i zainteresowania muzyczne?

Syn Ani chodzi do szkoły muzycznej, najstarsza wnuczka fascynowała się dyrygenturą, ale z czasem jej to minęło. Wszystkie dzieci w rodzinie mają świetny słuch, ale rozwijają się w różnych kierunkach. Staramy się obserwować ich poczynania, pielęgnujemy uzdolnienia wierząc, że każdy ma jakiś talent, jakąś łatwość zdobywania wiedzy w określonym kierunku. Trzeba jedynie być uważnym. Obserwuję natomiast, że młodsze dzieci bardziej chłoną muzykę, w której harmonia jest zagęszczona i trochę pobrudzona w stosunku do dur-moll. Wpływa na to obecne tempo życia, inny wymiar otaczających nas dźwięków, wręcz hałasu, który dla nowych pokoleń jest czymś naturalnym.

Czy zatem pięknych dźwięków w klasycznym rozumieniu możemy posłuchać już tylko w filharmonii? Statystyki mówią, że Polak pojawia się tam raz na 132 lata. Jednocześnie sale koncertowe są pełne widzów. Gdzie zatem leży prawda?

Obserwuję, że słuchacze zachowują pewien dystans wobec tego co nowe, nieznane. Dlatego naszą rolą i misją jest takie konstruowanie programów artystycznych, by obok najbardziej rozpoznawalnych utworów muzyki klasycznej znalazły się nowe pozycje współczesnych kompozytorów, których muzyka jest często bardzo ciekawa i inspirująca.

A jak już nakłonimy najbliższych do pójścia na koncert to proszę nam podpowiedzieć, które miejsca na sali są najlepsze lub po prostu gdzie siedzi Agnieszka Duczmal, gdy pojawia się w charakterze słuchacza lub widza?

Dobre miejsce zależy od akustyki sali, w której grany jest koncert. Czasem lepiej usiąść w pierwszych rzędach, a czasem na balkonie. Idąc do opery natomiast lubię siedzieć z przodu, skąd mogę swobodnie obserwować także orkiestrę i dyrygenta. Mam duży sentyment do poznańskiej opery, w której spędziłam część dzieciństwa,  w okresie gdy mój tata był tam dyrektorem. Niemal każdą wolną chwilę spędzałam wówczas na widowni, za kulisami, czy na próbach. Później sama pracowałam tam przez 9 lat, prowadząc piękne przedstawienia operowe i baletowe. Przy odbiorze muzyki oprócz zmysłu słuchu, ważny jest także zmysł wzroku, słucha się również oczami. Podczas koncertu słuchacze chłoną wzrokiem zaangażowanie muzyków, którzy interpretacją, ale także swoimi osobowościami budują nastrój wydarzenia. To wartość dodana, o wysokich walorach, to ogromna porcja energii, którą otrzymujemy od artystów.

Czym jest życie w tonacji C-dur, o którym często Pani opowiada?

Gdy słyszę utwór, który kończy się akordem C-dur, to mam poczucie, że otwierają się drzwi przestrzeni, oddechu, odprężenia. Jeżeli chcę powiedzieć coś jasno, prawdziwie – mówię w C-dur, czyli prosto, od serca, szczerze. Życie biegnące w tej tonacji jest czyste, pozytywne, bez złych emocji, czyli takie jakiego byśmy sobie wszyscy życzyli.

Bez negatywów?

Tak. I bez prasowania, którego szczerze nie lubię.