Lata 50. minionego stulecia. Dla kilkuletniego gzuba nie ma większej frajdy, jak wycieczka do ZOO. Toteż każdego lata wraz z rodzicami odwiedzam park przy ulicy Zwierzynieckiej. Emocji jest wiele. Przy wejściu stoi sprzedawca cukrowej waty, wielkiego wówczas rarytasu. Później alejką starodrzewu kasztanowców idzie się w kierunku klatek. Po drodze obowiązkowy siad na mosiężnym wilku. Jego grzbiet jest wyświecony od setek wchodzących nań dzieciaków. Obok stoi wysoki też metalowy koń. Jest jednak tak wysoki, że tylko niektórzy rodzice wsadzają na niego swoje pociechy.

W klatce jeżozwierzy ruch. Choć nastroszone kolce budzą lęk. Obok basen z kąpiącym się nieustannie hipopotamem. Jurek co jakiś czas podchodzi z rozdziawionym pyskiem do ogrodzenia, by dostać od kogoś jabłko. Kawałek dalej na końcu alejki największa sensacja ogrodu, gdzie zawsze są tłumy – słonica Kinga. Wielki pawilon małpiarni zawsze oblężony zarówno przez dzieci, jak i dorosłych. Gwarno tu, bo dzieciaki głośno komentują małpie figle. Młode bezustannie skaczą po gałęziach, małpie matki iskają sierść.

Orły, sokoły siedzą nieruchomo wysoko na skałach. Jedynie leżący na ziemi pokarm jest dowodem, że coś się tu dzieje. Z tyłu drapieżnych rozpościera się alpinarium, zamieszkałe przez zgrabne kozice. Budzą podziw, jak zwinnie poruszają się po skalnych występach. Ptaszarnię słychać z daleka, bo setki małych ptaków nieustannie świergoli. Wielkie niebiesko-żółte papugi wrzeszczą „arra, arra”.

 

 

Lwy, tygrysy, puma zachowują stoicki spokój. Patrzą gdzieś w dal, nie reagują na zachowanie tłumu. Spacer kończy się przy wielkiej wolierze. To ogromna metalowa klatka pełna ptaków. Są tu bociany, żurawie, po stawie pływają kaczki. Na chodniku spacerują wypatrujące herbatników pawie. Przy wyjściu można jeszcze wypić oranżadę lub lemoniadę. Tak, ZOO w tamtych latach to była jedyna atrakcja w mieście.

Atrakcja, która narodziła się przypadkowo w 1871 roku z żartu urodzinowego grona stałych bywalców małej, przydworcowej restauracji i smakoszy piwa. Pomysłem na oryginalny sposób uczczenia 50. urodzin kumpla było zakupienie i podarowanie swemu „prezesowi” przez grupę poznańskich kręglarzy szeregu zwierząt napotykanych na ulicach Poznania. Świnia, baran, koza, kot, królik, wiewiórka, gęś, kaczka, kura, paw oraz tresowany niedźwiedź i małpa, nabyte od wędrownych Cyganów. To pierwsi mieszkańcy menażerii. Zdaje się więcej dla uspokojenia nie tyle uradowanego, ile zakłopotanego darami solenizanta, postanowiono pomieścić zwierzęta w ogrodzie kolejowym.

Mała menażeria stała się od razu atrakcją miasta, licznie odwiedzaną przez mieszkańców, a zwłaszcza dzieci. Utrzymanie tych kilkunastu zwierząt wymagało jednak sporych nakładów finansowych, dlatego w  maju 1875 roku zawiązuje się oficjalne stowarzyszenie Ogród Zoologiczny w Poznaniu. W zarządzie stowarzyszenia zasiadało wielu znakomitych i cenionych mieszkańców miasta, zarówno Polaków, jak Żydów i Niemców.  Początkowo w skład zarządu wchodzili: właściciel fabryki H. Cegielski, dr F. Chłapowski, kupiec L. Frankiewicz, właściciel fabryki Krzyżanowski, rencista hrabia Benzelstierna-Engestrom (spolszczony Szwed), dr van Schrip, bogaci poznańscy Żydzi: Mendel Cohn, Siegfried Pinkus, dr Elkeles i rodzina Kronthalów oraz nauczyciel St. Zieliński, pełniący od 1882 roku funkcję sekretarza.

W 1881 roku Stanisław Zieliński, zwany „polskim dyrektorem”, wskazuje na prezesa zarządu niemieckiego kupca Roberta Jäckela. To on pokieruje przez następne lata zwierzyńcem, przyczyniając się do dynamicznego rozwoju Ogrodu. Dzięki jego osobistym staraniom udało się m.in. utrzymać dwujęzyczność nazw na terenie całego ZOO, mimo nasilającej się antypolskiej polityki Prus. Zieliński mając na celu dobro ogólne, popierał Jäckela, wiedział, że ten jako radca miejski i Niemiec może więcej zdziałać od niego. Jäckel miał wielu przeciwników i tylko dzięki zabiegom Zielińskiego, zostaje wybrany prezesem towarzystwa.

 

W 1886  roku udało się Jäckelowi wspólnie z Zielińskim nabyć na własność teren wynoszący 5,24 ha, który podzielono na dwie części: mniejszą jako park wraz z restauracją i większą na właściwy zwierzyniec. Tu mieściła się do 1944 roku dyrekcja poznańskiego ZOO. Cena budynku i przyległego ogrodu restauracyjnego wynosiła 91 tys. marek, a pogranicznego terenu o powierzchni 9,5  morgi brandenburskiej 20 tys. marek. Leżący obok użytek rolny, o powierzchni 71 tys. 900 m kw. Jäckel nabył już wcześniej za  6,4 tys. marek.

Pod koniec XIX wieku przybywa do Poznania pierwszy słoń (indyjski). Przyjeżdżają lwy i tygrysy i… australijska kolczatka. Panująca wówczas tendencja do pokazywania maksymalnej liczby okazów na stosunkowo małym obszarze zgodna z XIX-wiecznym, menażeryjnym systemem utrzymywania zwierząt, była realizowana ich kosztem.

 

Jäckel chciał, aby poznański zwierzyniec był nie tylko miejscem eksponowania egzotycznych okazów zwierząt, ale również zieloną enklawą, gdzie wśród drzew będzie można wypić kawę, piwo i zjeść posiłek. Dlatego zieleń jest bardzo ważnym elementem ogrodu. Jest także miejsce na koncerty w budynku na wzór antycznej budowli, malowniczo usytuowanym nad stawem z nocnymi iluminacjami świetlnymi i pływającymi łabędziami. Jäckel był również inicjatorem budowy nowej restauracji „Zoologischer Garten”.  Za kadencji Roberta Jäckela kolekcja zwierząt osiąga ponad 400 gatunków i ok. 900 okazów, wartości ponad 70 tys. marek. Po śmierci w 1907 roku znaczny osobisty majątek zapisuje w testamencie swojemu ukochanemu Ogrodowi. Bogactwo okazów maleje, a zabudowa podlega modernizacji. Likwidacji ulegają pawilony sów i średnich drapieżników, a stara małpiarnia ustępuje miejsca kompleksowi alpinarium zwierząt górskich z przylegającą doń olbrzymią wolierą dla ptaków i pomieszczeniami dla niedźwiedzi.

 

Starania o przejęcie ogrodu przez gminę miasta Poznania zostały uwieńczone pomyślnym wynikiem i miasto przejęło na własność ogród z dniem l stycznia 1912. Mimo pomocy ze strony magistratu i dochodów z biletów, fundusze materialne ogrodu były bardzo szczupłe. Jak podaje Kronthal przeciętna liczba zwiedzających ogród zoologiczny w ciągu jednego roku przed rokiem 1914 wynosiła 250 tysięcy  osób, przy czym samych uczniów ze szkół poznańskich i z okolicznych innych miejscowości rokrocznie zwiedzało ogród 18  tysięcy.  W maju 1913 do poznańskiego Ogrodu trafia całkiem przypadkowo z cyrku Sarassaniego olbrzymi samiec słonia indyjskiego imieniem Mały Cohn (podobno największy w europejskich zoo), który dożywa tu wraz ze słonicą Dorą do sierpnia 1924.

 

 

Drugim Polakiem żywo interesującym się ogrodem był zapalony naukowiec, profesor Uniwersytetu Poznańskiego dr. Franciszek Chłapowski. Już w latach 20. panująca ciasnota powstrzymuje nie tylko dalsze powiększenie ogrodu, ale także i rozbudowę miasta, gdyż teren, jaki zajmuje obecnie ogród zoologiczny, przedstawia wybitnie wartościowe parcele budowlane. Głosy te wysuwają słuszne żądanie przeniesienia ogrodu w inne, bardziej odpowiednie, dalej od środowiska miasta oddalone miejsce. Wybrano już nawet teren na Cytadeli.

W połowie 1919  władze polskie przejmują ogród w opłakanym stanie, dysponując zaledwie 243  okazami głównie zwierząt krajowych.  W lutym 1922 kierownictwo ogrodu obejmuje Kazimierz Szczerkowski, wybitny Wielkopolanin, najwybitniejsza osobowość w całej historii poznańskiego ZOO, prekursor międzynarodowej współpracy w ratowaniu ginącego żubra. Po zjednoczeniu ziem polskich w 1918  ogród zoologiczny w Poznaniu był „jedynym”, jakim Polska rozporządzała, stąd znaczenie jego posiadało szczególną wartość naukową i dydaktyczną, a także stał się wzorem dla szeregu ogrodów zoologicznych, które następnie w kraju założono.

W 1924  roku budynek restauracyjny przekształca się w Oddział Przyrodniczy Muzeum Wielkopolskiego. Tu gromadzi się m.in. cenne zbiory ssaków kopalnych i współczesnych. Po  II wojnie światowej w budynku lokalizuje się  Zakład Biologii Rolnej i Leśnej PAN, zatracając bezpowrotnie tradycje poznańskiego muzealnictwa przyrodniczego sięgające czasów pruskiego zaboru. W latach 20. powstaje obszerna grota, pokryta dekoracją malarską na wzór błękitnej groty na wyspie Capri, do której można było wpływać łodziami od strony przylegającego stawu z kaczkami i łabędziami, by wypić w środku filiżankę kawy.

Kompleks ten jest najcenniejszym obiektem architektonicznym Ogrodu ubiegłego wieku, charakterystycznym do dziś w krajobrazie ZOO przy ul. Zwierzynieckiej i wpisanym do rejestru zabytków prawnie chronionych. By utrzymać atrakcyjność zwierzyńca w obiekcie przerobionym w 1927  na typową muszlę koncertową, odbywają się cykliczne koncerty. Muszla została zniszczona w czasie nalotów bombowych podczas II wojny światowej. W tym miejscu powstał mały basen dla fok szarych, znajdowanych w latach 60. przez rybaków na Wybrzeżu Bałtyckim.                                                                                                          Powszechna Wystawa Krajowa otwarta w 1929 stwarza Szczerkowskiemu niepowtarzalną szansę pokazania 700 tysiącom Polaków jedynej pary żubrów: byka Hagena i krowy Gatczyny. Z tego okresu pochodzi też jeden z najbardziej nowoczesnych obiektów na terenie ZOO – kopulasta woliera dla ptaków wodnych i błotnych o wysokości 14 m, długości 22 m i szerokości 20 m. Została ona wykonana przez firmę ślusarsko-konstrukcyjną Nowaka z Górnej Wildy. Te ulepszenia i urządzenia sprawiły, że liczba osób zwiedzających Ogród wzrosła przeciętnie rocznie prawie do 300 tysięcy. Z uwagi na zbyt ciasne pomieszczenia dla dużych zwierząt, gatunki te przenosi się w latach 70. na obszerne tereny Nowego ZOO.

W tym czasie wiele osób z całej Polski wspomaga funkcjonowanie ZOO, przekazując nieraz cenne zwierzęta. W ten sposób w poznańskiej kolekcji znalazły się czarne bociany od księcia Radziwiłła z Nowogródka. Dyr. Szczerkowski pozostaje na swoim stanowisku aż do kwietnia 1940. W gronie ówczesnych dyrektorów niemieckich ogrodów był cenionym fachowcem, ale nie podpisuje tzw. volkslisty i zostaje wysiedlony do Generalnej Guberni. Do Poznania wrócił wraz z żoną i dwiema córkami w kwietniu 1945. Zostaje mianowany zastępcą dyrektora.                                                                                                                        Jego następca, dr Wiesław Rakowski przejmuje w 1945 zwierzęta ze zniszczonego ogrodu we Wrocławiu i likwidowanego ZOO w Lesznie. W ciasnym pomieszczeniu po lwach morskich przetrzymuje się czasowo aż trzy hipopotamy nilowe.

Dyr. Rakowski umiera nagle w 1948, a jego miejsce zajmuje dr Bolesław Witkowski. To on sprowadzi pierwszego po wojnie słonia indyjskiego (piątego w historii ZOO), samicę imieniem Kinga. W tym okresie uzyskuje się liczne przychówki od owiec grzywiastych, zebr Granta, bizonów, pum i lwów, a także puchaczy. Nadwyżki hodowlane pozwolą na otrzymanie z Pragi niedźwiedzicy polarnej Vesty, a z Budapesztu hipopotama nilowego Jurka, który staje się pupilem wielu młodych i dorosłych poznaniaków.
W połowie lat 60. poznańskie ZOO otrzymuje unikalne już dziś w ogrodach zoologicznych afrykańskie gazele Thomsona i małe antylopy oribi, dotąd nie pokazywane w Poznaniu. Prywatne osoby przekazują w darze koczkodana Diana i mangabę czarną, ginące dziś małpy z Afryki.

W 1966  dr Bolesław Witkowski odchodzi na  emeryturę, a nowym dyrektorem ZOO zostaje mianowany 1 stycznia 1967 dr Adam Taborski. Rozpoczyna on specjalizację hodowlaną zakładając pierwszą ekspozycję gadów i drobnych ssaków, otwiera także akwaria słodkowodne i morskie.

W tym czasie nabiera tempa budowa Nowego ZOO. Wówczas też zwierzostan wzbogaca się o wiele wartościowych gatunków, takich jak orangutany sumatrzańskie, hipopotamy karłowate, pantery mgliste. ZOO otrzymuje także transporty zwierząt bezpośrednio z Afryki. Docierają wtedy pierwsze w historii ogrodu gepardy.

Ogród przy ulicy Zwierzynieckiej z chwilą otwarcia od 1974 ponad 120 ha nowego terenu nad Jeziorem Maltańskim, będzie eksponował prawie wyłącznie różne formy zwierząt ze stref ciepłych i tropikalnych. Odtąd, aż do momentu przeniesienia do Nowego ZOO, ptaki drapieżne i duża kolekcja ssaków kopytnych oraz drobnych ssaków będą stanowiły wizytówkę starego Ogrodu.

Od roku 1991, w wyniku ogłoszonego konkursu, po zmianie na stanowisku dyrektora ZOO następuje przebudowa kolekcji ogrodu poprzez pozbywanie się gatunków pospolitych, takich jak lamy, daniele, jelenie właściwe, szopy, jenoty, kuny domowe, a w miejsce zwolnionych wybiegów i pomieszczeń pozyskuje się unikalne okazy. Do starego ZOO docierają dotąd niehodowane lwiatki złote, psy leśne, koty taraje i jaguarundi, oposy pręgowane, pałanki Leadbetera i kanguroszczur oraz olbrzymie zimorodki kukabary.

W 1992  roku następuje przemianowanie Wielkopolskiego Parku Zoologicznego na Ogród Zoologiczny w Poznaniu, powodując tym samym utratę ewidentnego, regionalnego obszaru działania. Olbrzymiego tempa przemian w tak krótkim czasie nie wytrzymuje załoga. Działalność zostaje nagle przerwana strajkiem i zamknięciem bram ZOO przez część personelu 30  kwietnia 1994. Nie dokonały tego nigdy przedtem ani pruska hakata, ani wielki kryzys gospodarczy lat 20., ani hitlerowski najeźdźca. ZOO w Poznaniu  działało dotąd bez przerwy. Poznański Ogród Zoologiczny był zamknięty dla  publiczności przez siedem tygodni, mimo nielegalności strajku.

Zniknęły co prawda stojące przy wejściu do  starego ZOO budynki z pruskiego muru, ale historyczny świadek naszej tożsamości jeszcze przez długie lata winien służyć jako park miejski dla zrobienia choćby rodzinnej, fotograficznej pamiątki na wilku, koniu lub żywym kucyku. By nadal woził dzieci każdego dnia w siodle lub na bryczce, by nie odebrać młodemu, miejskiemu pokoleniu poznaniaków możliwości bezpośredniego kontaktu z żywą przyrodą. Stare ZOO wciąż żywe.

 

Dobiesław Wieliński

* Tytuł artykułu jest cytatem ze szlagieru z 1961 roku.

Autor tekstu: Andrzej Tylczyński, kompozytor: Jan Czekalla, wykonanie oryginalne: Ludmiła Jakubczak