Już od dwudziestu lat robią w Wielkopolsce „bezy”– produkty bez mięsa, bez glutenu, bez mleka i bez sztucznych składników. Nie tylko dla wegan i wegetarian, ale dla wszystkich tych, którzy chcą się zdrowo odżywiać. Choć firma przez pierwszych kilka lat nie przynosiła zysków, to dziś jest jednym z liderów na rynku prozdrowotnej żywności. – Nasze pasty, masła orzechowe czy dania obiadowe nie tylko produkujemy i sprzedajemy, ale przede wszystkim sami jemy, dlatego nigdy w nie zwątpiliśmy, że ten biznes będzie się rozwijać – mówi Paweł Skrzypczak, prezes firmy PRIMAVIKA.

 

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Alicja Kulbicka

 

Dlaczego już w latach 70. XX wieku wybrał Pan dietę wegetariańską i czy konsekwentnie stosuje ją Pan do dziś? 

Miałem wśród znajomych kilku wegetarian, już wtedy wiedziałem, że taka dieta jest dużo zdrowsza – to były główne powody. Pracowałem wtedy na budowie, byłem jeszcze kawalerem, więc ta decyzja była sporym problemem głównie dla mojej mamy. Z menu wypadły wszystkie zupy, gotowane przecież na mięsie, zostawały ziemniaki z masłem, jajecznica, surówki i koniec. Soczewica, ciecierzyca czy soja były wtedy w Polsce zupełnie nieznane. Trochę czasu trwało, zanim mama nauczyła się robić kotlety i inne potrawy wegetariańskie.  

Przez czternaście lat nie „dotknąłem” mięsa, ale w końcu z dnia na dzień czułem się coraz słabszy. Z perspektywy czasu wiem, że popełniłem sporo błędów żywieniowych, że moja dieta była bardzo uboga. Dziś jednak – przy tak szerokiej dostępności produktów wegetariańskich – dieta bezmięsna jest w stu procentach bezpieczna. Natomiast według mojej wiedzy dieta wegańska – wiem, że bardzo narażam się teraz weganom – bez odpowiedniej komplementacji może być groźna dla zdrowia m.in. z powodu niedoborów witaminy B12. Wiele osób decyduje się na taką dietę z powodów etycznych, zapominając o swoim zdrowiu. Dziś jestem semiwegetarianinem, staram się nie jeść mięsa, ale jeśli np. u znajomych pojawi się na stole, nie odmówię.

 

Kiedy w 1998 roku powstawała PRIMAVIKA, pewnie trudno było sobie nawet wyobrazić, jak popularne mogą być w Polsce produkty eko i vege. Dziś PRIMAVIKA jest jednym z liderów rynku prozdrowotnej żywności. Jakie były najważniejsze momenty w historii firmy?

Najważniejsza była decyzja, żeby w ogóle zacząć tego typu działalność. W porównaniu z obecnym poziomem rozwoju rynku prozdrowotnej żywności, to była przepaść. Przebijaliśmy głową mury. Znaliśmy ten rynek, pierwszą hurtownię ze zdrową żywnością w Wielkopolsce dwadzieścia sześć lat temu otworzył mój brat, ale wtedy niemal wszystkie wegetariańskie produkty pochodziły z importu. Zadaliśmy sobie pytanie: po co je sprowadzać, skoro możemy wykorzystać nasze domowe receptury i sami rozpocząć produkcję? Kupiliśmy upadający zakład przetwórstwa spożywczego i tak zaczęła się historia PRIMAVIKI. Kolejnym ważnym momentem był 2004 rok. Firma ciągle nie przynosiła wtedy zysków, a konieczność dostosowania zakładu produkcyjnego do wymogów unijnych wiązała się z jego kompletną przebudową i ogromnymi nakładami finansowymi. Jeden ze wspólników chciał nawet zamknąć firmę, ale powiedziałem wtedy: jeszcze rok i będą zyski. I rzeczywiście tak było. Od tego momentu nabraliśmy rozpędu. Rynek się rozwijał, zwiększała się świadomość konsumentów, unikanie sztucznych składników w jedzeniu stawało się dla nich coraz ważniejsze. Natomiast kilka ostatnich lat to okres bardzo dynamicznego rozwoju – prozdrowotna żywność to już nie jest nisza dla pasjonatów, ale rynek, którym interesują się inwestorzy z dużymi pieniędzmi, dlatego w 2016 roku zainwestowaliśmy 10 mln zł w nowy zakład, zwiększając nasze możliwości produkcyjne dwadzieścia razy. Wiedzieliśmy, że jeżeli nie będziemy w stanie sprostać zapotrzebowaniu największych sieci handlowych, to zagraniczne produkty zajmą nasze miejsce. Dziś nie mam wątpliwości, że najlepsze dopiero przed nami.

 

Podobno sami testują Państwo wszystkie nowe produkty. Jak wygląda tworzenie receptur od kuchni?

Tworzenie nowego produktu to proces, który zwykle trwa od pół roku do dwóch lat. Obecnie tym działem w firmie zawiaduje żona mojego brata, jednego ze wspólników. Na początku nowa receptura jest testowana w domu, a później w przyzakładowym laboratorium, już w warunkach produkcyjnych – z wykorzystaniem pasteryzatora. Następnie stopniowo zwiększamy skalę produkcji. Około dziesięć-piętnaście takich prób to minimum. Po każdej siadamy w firmie w dziesięć-dwanaście osób i oceniamy. Decyduje większość. Część z tych osób – i w tym upatruję jednej z przyczyn naszego sukcesu – to nie są wegetarianie.

 

Jak sami Państwo mówią, produkty firmy to „bezy” – bez mięsa, bez glutenu, bez mleka, bez sztucznych składników. Jakie jest zapotrzebowanie Polaków na ten rodzaj produktów?

Jeszcze kilkanaście lat temu liczbę wegetarian w Polsce szacowano na trzysta tysięcy, dziś mówi się nawet o dwóch milionach, choć trudno to wiarygodnie zbadać. Około dziewięćdziesiąt procent naszych produktów jest wege, ale nie to jest najważniejsze. Nie chcemy, aby nasze produkty trafiały wyłącznie do wegetarian i wegan, którzy często mają inne preferencje smakowe, stosują np. mało soli i ostrych przypraw. Produkty PRIMAVIKI mają być po prostu smaczne, także dla tych, którzy jedzą mięso. Na przykład nasz paprykarz wegetariański z ryżem jest tak doprawiony, że trudno go odróżnić od znanego paprykarza szczecińskiego. Proszę mi wierzyć, bez stosowania glutaminianu sodu czy sztucznych dodatków smakowych i zapachowych nie jest to łatwe zadanie. W Polsce ciągle wiele osób zamyka się na słowo weganizm, bo kojarzy im się z czymś niesmacznym, dziwnym, nienormalnym – i do nich też chcemy dotrzeć. Naszą grupą docelową są jednak przede wszystkim osoby, które chcą się zdrowo odżywiać i aktywnie spędzać czas. Wśród nich są oczywiście wegetarianie i weganie, czy osoby cierpiące na różne alergie pokarmowe.

 

Które z produktów w ramach dwóch Państwa marek – PRIMAVIKA i PRIMAECO – lubi Pan najbardziej? Czy ten wybór pokrywa się z preferencjami konsumentów?

Do niedawna moimi ulubionymi produktami był paprykarz wegetariański z ryżem i pasztet pomidorowy z cieciorką, ale ostatnio najczęściej wybieram jedną z naszych nowych past słonecznikowych – każda jest wyrazista i ma inny smak. Mnie – a patrząc na strukturę sprzedaży, nie jestem odosobniony – najbardziej odpowiada pasta słonecznikowa z pomidorami i bazylią. Ogólnie Polacy bardzo lubią pomidorowe smaki, a ja lubię je podwójnie. Sprzedajemy też coraz więcej dań obiadowych, ostatnio wprowadziliśmy do oferty gołąbki wegetariańskie z kaszą jaglaną. Jak mi handlowcy mówią, że mamy z tym produktem wejść do kolejnej sieci, to jestem przerażony… To jest ręczna robota, nad przygotowaniem tysiąca trzystu takich gołąbków na jednej zmianie pracuje dwanaście osób, a do zrobienia jest np. trzydzieści tysięcy.

 

Od wielu lat angażuje się Pan także w propagowanie zdrowego odżywiania i zdrowego stylu życiu. Czy pod tym względem jesteśmy na dobrej drodze?

Należę do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego, którzy zdrowe odżywianie i dietę wegetariańską propagują mniej więcej od stu sześćdziesięciu lat. Już jako kilkunastolatek uczestniczyłem w Poznaniu w spotkaniach organizowanych przez naszą wspólnotę, na których mówiło się m.in. o tym, czym różni się chleb pszenny od pełnoziarnistego i dlaczego warto pić dużo wody. Już wtedy wiedziałem, że w warzywach, nawet pochodzących z terenów zanieczyszczonych, jest nieporównywalnie mniej szkodliwych substancji niż tych skumulowanych w mięsie czy mleku. Nietrudno było też zgadnąć, że produkty pochodzenia zwierzęcego będą produkowane na coraz większą skalę, coraz bardziej sztucznie stymulowane, a stopień skażenia środowiska będzie się pogłębiać. Działając w ramach Stowarzyszenia Promocji Zdrowego Stylu Życia mówimy o tym od wielu lat, organizując co miesiąc spotkania na temat zdrowego żywienia, na które przyjeżdżają prelegenci z całej Polski. Dziesięć lat temu byliśmy w Poznaniu jednym z prekursorów, dziś obserwujemy wysyp podobnych inicjatyw, więc kierunek jest dobry.     

 

Czy związki PRIMAVIKI z Wielkopolską są silne?

Cała nasza rodzina urodziła się w stolicy Wielkopolski, mieszkamy od zawsze w okolicach Poznania, siedziba firmy mieści się w Gądkach, a nowy zakład produkcyjny zbudowaliśmy we wsi Lutom pod Sierakowem. Mamy do Wielkopolski ogromny sentyment, bo to region, który słynie z gospodarności, porządku, dobrej organizacji, a my w pełni podzielamy te wartości. Staramy się też, aby w składzie naszych produktów było jak najwięcej lokalnych składników.Większość warzyw konwencjonalnych, bo upraw ekologicznych jest w Wielkopolsce bardzo mało, kupujemy od sąsiadów.

 

Zarządza Pan firmą wraz z rodzeństwem – dwoma braćmi i siostrą. Jak rodzinny charakter firmy przekłada się na proces podejmowania decyzji?

Podstawą mojego sposobu zarządzania jest przekonanie, że nie jestem osobą, która wszystko wie. Uważam, że trzeba otaczać się ludźmi, którzy wiedzą więcej i korzystać z ich rad. Zawsze trzeba być też gotowym na wysłuchanie odmiennego zdania, co nie oznacza oczywiście, że trzeba się z nim zgodzić. Stosuję tę zasadę zarówno wobec rodziny, jak i pracowników. Często robimy wspólnie burzę mózgów, bo podejmowanie decyzji w toku dyskusji pozwala spojrzeć na daną koncepcję z innej perspektywy. Mamy też następców. Mój syn jest w firmie specjalistą od IT, córka zbiera doświadczenie za granicą i będzie nas wspierać w procesach zarządzania, a mój bratanek, obecnie dwudziestoczterolatek, jest kierownikiem produkcji. W wieku dwudziestu jeden lat koordynował budowę inwestycji za 10 mln zł.

Robią to nie na zasadzie„tata kazał”, ale dlatego, że chcą rozwijać rodzinny biznes. Mając takie zaplecze, możemy myśleć o tworzeniu wielopokoleniowej firmy.