Usłyszałem po raz pierwszy jego muzykę podczas wydarzenia organizowanego w jednym z poznańskich klubów. Połączenie muzyki klasycznej, z nowoczesną formą i beat boxem zaskakuje, ale też pozwala na nowo odkryć znane i lubiane przez większość z nas utwory. „Loop Trigger”, czyli Bartosz Zboralski – wiolonczelista, beatboxer, kompozytor. Człowiek orkiestra. Doceniany w kraju i za granicą za nowatorskie podejście do muzyki. Jego technika gry opiera się na zapętlaniu motywów dźwiękowych. Co go inspiruje? Jak tworzy? Czy wiolonczela jest sexy?

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Ksenia Shaushyshvili

Słuchając po raz pierwszy muzyki, którą tworzysz – przyznam się szczerze, byłem w szoku! Takich aranżacji jeszcze nie słyszałem… Skąd czerpiesz pomysły na nowe wersje znanych utworów?

Bardzo cieszę się, że spodobał ci się mój występ. Trudno w dobie tak wielu fantastycznych i kreatywnych muzyków zrobić jeszcze na kimś wrażenie. Pomysłów na aranżacje mam sporo i ciągle ich przybywa. Czerpię je od innych muzyków, DJ-ów oraz słuchając różnych gatunków muzyki. Staram się wyciągać z nich te cechy, które najbardziej mi odpowiadają i inspirują oraz wykorzystywać je w moich aranżacjach. Praca nad nowym utworem zawsze zabiera mi dużo czasu i uwagi. Z początku nie mam jasnej wizji. Improwizuję. Eksperymentuję. Szukam różnych brzmień i form. Najlepsze pomysły zawsze pojawiają się spontanicznie.

 

Wiolonczela zawsze jest obecna w muzyce, którą tworzysz?

Tak. Wszystkie utwory, które do tej pory zaaranżowałem, wykonuję na wiolonczeli elektrycznej. W planach mam  wprowadzenie nowych instrumentów. Jak na razie jednak nie chcę zdradzać szczegółów…

Bartku, jak narodziło się zamiłowanie do muzyki?

Muzyka towarzyszyła mi od dzieciństwa. Mój ojciec jest wiolonczelistą i gra w orkiestrze kameralnej. Mama śpiewa w chórze. Dorastałem więc w atmosferze muzyki i koncertów. W wieku sześciu lat rozpocząłem naukę gry na wiolonczeli w szkole muzycznej, gdzie kształtowały się moje pierwsze gusta na polu muzyki klasycznej.  W domu, na co dzień, cały czas było włączone radio. Dzięki niemu byłem na bieżąco z aktualnymi hitami. Siostra lubiła słuchać Nirvany i Pearl Jam. Brat wszystkiego, co rockiem nie było. Miałem więc styczność niemalże z każdym gatunkiem muzyki. Szczególnie upodobałem sobie muzykę elektroniczną. Mocno udzielił mi się również grunge. Prawdziwa miłość do muzyki zrodziła się jednak wówczas, gdy zacząłem się nią dzielić z innymi grając aranżacje moich ulubionych utworów na wiolonczeli elektrycznej.
Eksperymentujesz. Łączysz różne gatunki muzyczne. Jakim kluczem się kierujesz, gdy tworzysz nową aranżację?

Przede wszystkim wybieram te utwory, które osobiście przypadną mi do gustu. Uważam, że tylko będąc przekonany do tego, co gram zaciekawię słuchaczy. Ciągle szukam nowych brzmień. Staram się pokazywać, że możliwości wykorzystywania głosu i wiolonczeli znacznie wykraczają poza te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Próbuję przełamywać stereotypowe podejście do klasycznego instrumentu i pokazać, że nie tylko świetnie odnajduję się w klasycznym repertuarze, lecz również w innych gatunkach muzyki, nawet tak odległych jak muzyka elektroniczna. Jedynym, co ogranicza muzyka jest jego kreatywność.

 

Muzyka wyzwala emocje…

Tak, i to czyni ją wyjątkową. Cieszę się, że  właśnie w ten sposób mogę wyrażać swoją emocje i dzielić się nimi ze słuchaczami. Wierzę, że na tym właśnie polega jej piękno i istota. Moimi występami chcę nie tylko pozostawiać po sobie wrażenia słuchowe, ale również przekazywać to, co czuję.

Muzycy coraz chętniej sięgają po stare, znane wszystkim utwory muzyczne. Czy to oznacza, że zaczynamy doceniać hity z dawnych lat?

Myślę, że zawsze je docenialiśmy. Obecnie panuje moda na powrót do lat 80 i 90. Stąd tyle nowych aranżacji. Poprawienie jednak czegoś, co przez lata opierało się próbie czasu, jest niezwykle trudne i niewielu muzyków potrafi temu sprostać. Ja chętnie wracam do utworów z tamtych lat, bo uważam, że mają w sobie coś, czego wielu dzisiejszym kompozycjom brakuje…

 

 

Bartku, na co dzień mieszkasz i tworzysz w Poznaniu. Można cię również usłyszeć w berlińskich klubach. Poznań i Berlin – potrafią przyciągać? Co takiego jest w tych miastach, że dobrze się w nich żyje? Otwartość?

Poznań jest miastem, w którym rozpoczynałem swoją przygodę jako Loop Trigger. To tu stawiałem swoje pierwsze kroki grając covery na ulicy Półwiejskiej. Tu, dzięki wspaniałym ludziom, którzy mi dopingowali, przekonałem się, że warto rozwijać to, co robię. Bez nich z pewnością nie byłbym tu, gdzie jestem teraz.

Z Berlinem wiąże się nieco inna historia. Tam również próbowałem swoich sił grając na ulicy, jednak przede wszystkim rozpocząłem współpracę z branżą eventową. Podczas jednej z takich imprez miałem zaszczyt zagrać m. in. dla prezydenta Niemiec Franka Steinmeiera. Było to dla mnie niezwykłe przeżycie.

Bardzo cenię sobie otwartość berlińczyków i ich profesjonalizm. Berlin to miejsce, w którym ciągle tętni życie. Pełno tu artystów i różnych interesujących wydarzeń. Za każdym wracam do Berlina z uśmiechem na twarzy.

 

Masz na swoim koncie współpracę z takimi osobistościami, jak Zbigniew Wodecki, Stanisława Celińska, Jan A.P. Kaczmarek czy Ray Wilson. Praca z  którą z tych osób była największą satysfakcją?

Współpraca z każdą z tych osobistości sprawiała mi wielką satysfakcję. Najbliższy kontakt miałem ze Stanisławą Celińską, z którą miałem przyjemność grać w zespole. Przemiła kobieta i świetny muzyk. Z pozostałymi współpracowałem jako członek orkiestry. Każdy z nich był prawdziwym profesjonalistą i miał swoje wyjątkowe podejście do muzyki. Cieszę się, że miałem okazję ich poznać. Szkoda, że nie wszyscy z nich są jeszcze wśród nas…

 

Mieszasz dźwięki w muzyce, którą tworzysz. A prywatnie? Czego słucha Loop Trigger?

Praktycznie wszystkiego. Nie ograniczam się do konkretnego gatunku muzyki. Uważam, że każdy z nich niesie za sobą coś interesującego. Lubię brzmienia elektroniki i syntezatorów. Uwielbiam Faithless. Chętnie słucham również muzyki techno, w szerokim tego słowa znaczeniu. Podoba mi się minimal music w wydaniu Phillipa Glassa czy Steve’a Reicha. Cenię sobie muzykę baroku i neoklasycyzmu. Jestem wielkim fanem Nirvany. Hip-hop też nie jest mi obcy. Raczej ten w oldschoolowym wydaniu…