Jeden z najzdolniejszych saksofonistów w Polsce. Przy pierwszym spotkaniu skromny, ale na scenie prawdziwy wulkan energii. Mówi: „słuchając muzyki i grając, od pierwszych dźwięków szukam emocji, szczerości, a to są elementy najistotniejsze”. Jan Adamczewski – wybitny saksofonista, aranżer i kompozytor. Skąd czerpie inspiracje? Jak pracuje mu się ze światowej sławy ikonami jazzu? Czy Poznań pobudza twórczą kreatywność?

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Archiwum prywatne

 

Muzyka łagodzi obyczaje?
Muzyka zawsze łagodziła obyczaje, najlepszym przykładem są wszystkie spotkania na wysokim szczeblu, którym koncerty, widowiska muzyczne towarzyszyły. Warto również podkreślić, że muzyka jest nieodzownym elementem naszego świata emocji, takich jak miłość, radość, smutek, nostalgia, tęsknota. Trzeba przyznać, że muzyka potrafi również motywować do działania. Tutaj przychodzi mi do głowy utwór Saxbuster, który skomponowałem i nagrałem na mojej ostatniej płytowej produkcji o tym samym tytule wraz z Maciejem Mokrzyckim – DJ-em Wetty. Tyle ile kolorów, tyle barw w muzyce. Czasami muzyka potrafi nastrajać bardzo mrocznie i negatywnie, ale to na pewno nie moja bajka.

A jazz?
Dla mnie jazz to rodzaj sztuki, która pokazała mi, jak piękna może być improwizacja. Improwizacja to klucz do całego mojego muzycznego dorobku, ponieważ nigdy nie chciałem być odtwórczy. Nawet na etapie szkolnej edukacji muzycznej zadawałem niewygodne pytania, „dlaczego muszę zagrać taką kadencję? Ona jest ładna, ale to jest kadencja na koniec utworu i zarazem moje solo, to chciałbym zagrać ją po swojemu…”.

Bliższa jest Ci muzyka rozrywkowa, czy właśnie jazz?
Zdecydowanie najbliższą jest dobra muzyka. Nigdy nie lubiłem kategoryzowania i katalogowania sztuki. Słuchając muzyki i grając, od pierwszych dźwięków szukam emocji szczerości, a to są elementy najistotniejsze. Wirtuozeria dodatkowo podbija wartość muzyki i bardzo ją lubię, czy to w klasyce, czy w jazzie, ale pasja zawsze będzie na pierwszym planie nawet dla laika – którym również w wielu gatunkach muzycznych jestem.

Janie, skąd Twoja pasja do grania?

Pochodzę z Sierakowa, z rodziny farmaceutów, ale w moim domu zawsze była muzyka. Tata grał na akordeonie i pianinie, mama na gitarze, siostra i brat grali na akordeonach i w orkiestrze dętej. Moja ścieżka była podobna. Akordeon chwyciłem mając sześć lat, a na saksofonie gram od dziewiątego roku życia. Siostra zainteresowała mnie muzyką Glenna Millera i tak wpadłem w jazz. Miłość do dużych zespołów została, ponieważ prowadzę Sharp Eleven Big Band – siedemnastoosobowy zespół, ale najczęściej występuję jako solista lub w składach kameralnych: trio, kwartet.

Solidne wykształcenie dało Ci możliwość rozwoju, a tym samym współpracy z topowymi nazwiskami w świecie muzyki…
Kontakt ze świetnymi saksofonistami i muzykami jazzowymi był dla mnie najważniejszy. Maciej Sikała, Piotr Baron, Maciej Kociński to mentorzy, którzy mnie zawsze wspierali, stąd na mojej mapie edukacji była Zielona Góra, Wrocław i Poznań. Trzeba jednak podkreślić, że najwięcej nauczyłem się podczas wielu koncertów, obserwując i dzieląc czas na scenie z takimi sławami, jak Urszula Dudziak, Gary Guthman, Zbigniew Wodecki, Jan Ptaszyn Wróblewski, Zbigniew Namysłowski, Andrzej Dąbrowski. To postaci, które swoim zachowaniem uczyły i profesjonalizmem dawały dużo do myślenia.


Jakie emocje wyzwala w Tobie gra na saksofonie?

Chyba wszystkie – od radości, smutku, tęsknoty, złości… Grając, widzę obrazy i kolory: burzę, słońce, piękny błękit nieba czy wody. Można powiedzieć, że mam ciągoty do muzyki obrazowo-filmowej.

Jesteś inicjatorem wielu wydarzeń muzycznych. Sam też w wielu uczestniczysz. Pasja grania pozwoliła Ci spełniać marzenia, ale również zarabiać?

Działanie i zmysł organizacyjny mam chyba wpisane w kod genetyczny. W czasach, kiedy muzyka była dopiero moim hobby, organizowałem turnieje siatkówki plażowej w Sierakowie. Kiedy pojawiłem się w Poznaniu, kilkanaście lat temu, to zacząłem organizować regularne jam session. Uczestniczę czynnie w życiu muzycznym Poznania, gram w poznańskim klubie Blue Note, a ostatnio współtworzę sceny muzyczne w restauracji Sarbinowskiej i murach przepięknej kamienicy Młyńskiej 12. Gram też w zespole Bibobit, który koncertuje regularnie w największych miastach Polski.

Masz w swoim dorobku cztery płyty. Która z nich jest Ci najbliższa?
 Jako artysta cały czas komponuję. Oczywistą formą mojego rozwoju jest rejestracja moich muzycznych pomysłów. W 2013 roku nagrałem swój pierwszy solowy album Jan Adamczewski, który z pewnością jest dla mnie najważniejszy, ale każdy kolejny projekt to część mojej muzycznej drogi. Chopin Profanum; Around The World, Around The Movie; SaxBuster to płyty bardzo zróżnicowane, ale nie omieszkałem w nich zawrzeć dużej cząstki siebie.

Skąd czerpiesz inspiracje do komponowania?
Najbardziej inspirują mnie podróże i przyroda. Wróciłem kilka dni temu z koncertów w Finlandii. Surowość klimatu i przyroda tego kraju spowodowały, że mam kilka zalążków nowych kompozycji.

Tworzysz i mieszkasz w Poznaniu. Miasto i ludzie Cię inspirują?
Uważam, że ostatnio w Poznaniu muzycy mają coraz więcej możliwości. Przez kilka ostatnich lat stworzyło się muzyczne środowisko, jest coraz więcej miejsc i okazji, gdzie artyści mogą wyrażać się przez sztukę. Jest to również zasługa poznańskiego biznesu.

Jakie marzenia ma Jan Adamczewski – te prywatne, ale również muzyczne?
Moim najbliższym celem jest nagranie płyty Jan Adamczewski Trio. Do tego projektu zaprosiłem znakomitego pianistę Jacka Szwaję oraz perkusistę Waldka Franczyka. Mam nadzieję, że najnowszy projekt uda mi się wypromować nie tylko w Polsce, ale także poza granicami kraju.


A kolejna płyta? Kiedy możemy się spodziewać kolejnego wydania?

Już kończymy pracę nad nowym materiałem i wydaje się, że końcówka roku będzie odpowiednim czasem, żeby zarejestrować moje kompozycje.