Paweł Sakowski – tłumacz, aktor, dyrektor szkoły, który od wielu lat mieszka i pracuje w Poznaniu – zagrał w Grze o tron, jednym z najbardziej znanych seriali na świecie. Ze sceny poznańskiego teatru „U Przyjaciół” mieszczącej pięćdziesięciu widzów, trafił na plan serialu, który oglądają miliony ludzi.

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Teatr „U Przyjaciół”

Aż trudno uwierzyć, że trafił Pan na plan serialu – którego każdy odcinek ogląda średnio dwadzieścia pięć milionów widzów – zupełnie przypadkiem…

Ale naprawdę tak było. Jestem aktorem i tłumaczem, ale także dyrektorem Zespołu Szkół TEB Edukacja. Ze swoimi uczniami z technikum byłem akurat na praktykach zawodowych w Irlandii. To są dorośli ludzie, mieszkają u miejscowych rodzin, pracują w firmach, nie trzeba się nimi cały czas opiekować, więc miałem sporo wolnego czasu. Pewnego wieczoru w pubie przysiadł się do mnie człowiek związany z serialem Wikingowie. Stwierdził, że nadawałbym się do tej produkcji i zapytał, czy nie miałbym ochoty zagrać jakiegoś epizodu. Zgodziłem się i dał mi namiary na trzy agencje castingowe.

Po ilu Guinnessach odbyła się ta rozmowa?

(śmiech) Faktycznie, siedzieliśmy przy Guinnessie – drugim, może trzecim – w Irlandii smakuje wyjątkowo. To była luźna rozmowa, jak to w pubie, do końca nie miałem nawet pewności, czy to nie żart. Nie robiłem też notatek, więc przez pomyłkę wysłałem aplikację nie do agencji, która odpowiada za Wikingów, ale do tej od Gry o tron, a oni poprosili mnie o przesłanie wideo, na którym odgrywam wybraną scenę, a później zaprosili na plan. Wcześniej nie obejrzałem nawet jednego odcinka Gry o tron, czytałem książki George’a R.R. Martina, na bazie których powstał scenariusz, ale słyszałem, że serial znacząco odbiega od pierwowzoru i nie chciałem sobie psuć przyjemności lektury. Wciąż czekam na szósty tom, choć serial też już oczywiście obejrzałem.

Marzyłem wcześniej o zagraniu w jakiejś dużej zagranicznej produkcji, ale w nawale obowiązków nie było czasu na realizację tego planu. Może los chce mi przez ten niesamowity przypadek coś powiedzieć? Trochę jak w anegdocie o człowieku, który w trakcie powodzi wszedł na dach domu. Podpływa łódź, załoga mówi: „wsiadaj, uratujemy cię”. A on na to: „nie, Bóg mnie uratuje”. Podpłynęła druga łódź, znów to samo, trzecia – ta sama historia. W końcu utonął. Kiedy trafił do nieba, mówi do Boga: „przecież miałeś mnie uratować!”. A Bóg na to: „trzy razy łódź po ciebie wysyłałem!”. Może właśnie przypłynęła moja łódź.

 

Największe zaskoczenie na planie?

Zdjęcia z moim udziałem trwały w sumie dwanaście dni, w niektórych scenach

grało nawet około pięciuset osób, więc skala na pewno była szokująca, podobnie jak niektóre rozwiązania techniczne – wysięgnik, który wysuwa kamerę sto metrów w górę czy greenscreen [filmowe tło – przyp. red.] o wymiarach pięćdziesiąt na pięćdziesiąt metrów. Największym zaskoczeniem był jednak poziom dyskrecji towarzyszący realizacji serialu. Na planie kręcone są alternatywne wersje nawet kluczowych scen, na wypadek gdyby „wyciekły” przed premierą. Nie wolno nam było wnosić telefonów, robić zdjęć. Kiedy jednemu ze statystów wypadł w czasie kręcenia sceny ukryty w bucie telefon – od razu wyleciał z hukiem. Pod względem aktorskim też nie było łatwo. W takiej produkcji bardzo dużo rzeczy, które widzimy później na ekranie, dorabia się komputerowo i nie ma ich na planie. Często więc trzeba np. zagrać kogoś przerażonego, nie widząc zagrożenia.

Oprócz aktorstwa i zarządzania szkołą jest Pan także tłumaczem. Kolejna praca?

Z wykształcenia jestem anglistą, specjalizuję się w tłumaczeniu poezji, ale nie traktuję tego jako pracy. To raczej swoista umysłowa joga – coś, co pozwala mi odpocząć, odetchnąć, choć przekłada się na coraz więcej konkretnych propozycji. W tym roku byłem wśród ośmiu osób nominowanych w konkursie na najlepszego tłumacza poezji w Polsce w ramach nagrody Europejski Poeta Wolności. Nie wygrałem, ale zaproszono mnie do kolejnej edycji konkursu, pozwolono mi nawet wybrać poetę, którego będę tłumaczył.

Bardzo lubię też Charlesa Bukowskiego, którego tłumaczę na swój sposób, znacząco inny od przekładów, które można znaleźć w Polsce.

 

Poznaniak z urodzenia? Ma Pan tu swoje ulubione miejsca?

Urodziłem się w Choszcznie w Zachodniopomorskim. Do Poznania przeniosłem się na studia i już zostałem, ale rodzina mojego ojca pochodzi z Wielkopolski. Niektórzy mówią, że Poznań to małe, prowincjonalne miasteczko. Pewnie tak jest, w porównaniu z Warszawą, ale mi ta prowincjonalność – w pozytywnym znaczeniu tego słowa – bardzo odpowiada. Poznań to bezpieczne, spokojne miasto z dużą ilością zieleni. Moim magicznym miejscem są Jeżyce, uwielbiam też park Sołacki, okolice Starego Rynku czy Śródkę po rewitalizacji.

 

W Poznaniu można też Pana spotkać na deskach teatru „U Przyjaciół”.

Kiedy kolejny spektakl?

W teatrze „U Przyjaciół” gram od sześciu lat, sprawia mi to ogromną przyjemność. To teatr wymagający dla widza, ale nie hermetyczny. W sumie zagrałem w pięciu spektaklach, dwa są w bieżącym repertuarze. Najbliższy spektakl – „Horla. Przypadek rodziny Sablé”, już 27 września. To historia dysfunkcyjnej rodziny, która dla prawie każdego może być przyczynkiem do analizy własnej rodziny. Gram tam doktora Parenta, demonicznego hipnotyzera. Sam się trochę tej postaci boję…

Scena „U Przyjaciół” mieści około pięćdziesięciu widzów. Czy czuje się Pan gotowy na kolejne występy dla milionowej publiczności?

Po Grze o tron dostałem propozycję zagrania drugoplanowej roli w serialu

Quantico, ale ze względu na termin i wcześniejsze zobowiązania nie mogłem jej przyjąć. Jestem otwarty na kolejne propozycje.

Dużej publiczności się nie boję, byłem frontmanem zespołu rockowego, jestem też tłumaczem konferencyjnym – ta praca wiąże się z ogromnym stresem, ale takie „występy” na żywo przed liczną publicznością sprawiają mi dużą frajdę. Byłem tłumaczem wielu znanych osobistości ze świata kultury, mediów czy polityki, nie o wszystkich mogę mówić, bo obowiązuje mnie tajemnica, ale tłumaczyłem np. Fisha znanego m.in. z grupy Marillion czy Bruce’a Dickinsona, wokalistę Iron Maiden. Podobno tłumacz „kabinowy” – a takimi tłumaczeniami też się zajmuję – to najbardziej wyczerpujący zawód świata, zaraz po oblatywaczu samolotów wojskowych. Po dniu spędzonym w kabinie potrafię stracić na wadze trzy-cztery kilogramy.

 

Sporo tych aktywności jak na jednego człowieka…

Może już pora, aby skupić się na jednej i robić to na sto procent?