Przez blisko pięćdziesiąt lat tańczyła w repertuarze Polskiego Teatru Tańca na scenach w Poznaniu, Wielkopolsce, Polsce i na świecie. Współpracowała z największymi osobistościami tańca i kultury. Edukuje młodych ludzi i cały czas kocha tańczyć! Ewa Wycichowska – mistrzyni, ikona tańca, która kocha Poznań i wciąż potrafi zaskakiwać!

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Patryk Pawłowski

 

Spotykamy się w Restauracji Nad Różanym Potokiem, mieszczącym się w Parku Rekreacyjno-Sportowym fairPlayce, gdzie w dniach 18-25 sierpnia odbędzie się Dancing fairPlayce Poznań, którego ambasadorką jest Ewa Wycichowska.

 

Pani Ewo, przyznam się bez bicia. Nie wiem od czego zacząć. Siedzi przede mną ikona tańca. Legenda. Trochę się krępuję… (uśmiech)

(śmiech) Jeszcze nie czuję się jak legenda. Próbuję nadal pisać swój taneczny życiorys. Chciałabym bardziej go rozbudować. Całym moim życiem był, jest i będzie taniec. Najpierw jako wykonawczyni, później pedagog oraz choreografka poznawałam jego tajniki. Doświadczałam nowych emocji, które mi towarzyszyły podczas występów. Przez dwadzieścia siedem sezonów jako dyrektor Polskiego Teatru Tańca decydowałam o tym, co zobaczą widzowie. Miałam wpływ na poziom tego, co było prezentowane na scenach teatru. Teraz, niby na emeryturze, nadal czynnie działam i się rozwijam. Wykładam na dwóch uczelniach – główny etat na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Tam mam wspaniałych studentów, którzy studiują choreografię, pedagogikę, teorię tańca. Drugi kierunek, na którym wykładam, znajduje się na poznańskiej Akademii Wychowania Fizycznego – Taniec w kulturze fizycznej. Na tym kierunku mamy dwie specjalizacje – nauczycielską oraz tancerz choreoterapeuta.

Edukacja taneczna w Polsce jest na dobrym poziomie?

Jeśli chodzi o uczelnie wyższe, szkoły baletowe czy szkoły prywatne, to poziom edukacji na nich jest coraz wyższy. Taniec stał się bardzo popularną dziedziną dla utrzymania zdrowia, kondycji fizycznej. Cieszy mnie to, bo dzięki temu absolwenci tych uczelni są bardzo rozwinięci. Mają wiedzę, która przyda im się w praktyce. Taniec to nie tylko artystyczne przeżycie. To także nauka, wiedza – właściwie cywilizacja, cała kultura. Kształtuje on nasz charakter, osobowość. Leczy.

Zawód tancerza jest bardzo trudny.

Nie należy on na pewno do zawodów łatwych. Brak etatów, wcześniejszych emerytur, choroby zawodowe – głównie problemy z kręgosłupem – nie ułatwiają podjęcia decyzji o jego wykonywaniu.  Zdobycie funduszy na działalność artystyczną w sztuce wysokiej również nie jest proste. Zawód ten też jest wymagający, często zabiera sporą część życia prywatnego. Z doświadczenia jednak wiem, że decydując się na jego uprawianie, człowiek w pełni będzie mógł się realizować. Taniec daje radość, pozwala się rozwijać nie tylko fizycznie, ale również emocjonalnie. Jest on ogólnodostępny, dla każdego. Możemy z niego korzystać. Możemy się w nim zatracić i poddać się magii tańca.

Tej magii poddała się również Pani córka – Paulina Wycichowska. Mama wspierała córkę od samego początku w jej działaniach?

Na początku byłam przeciwna, aby była tancerką. Ale jak widać charakter i upór Pauliny zwyciężył. Sama napisała podanie do Szkoły Baletowej, ciocie – tancerki przygotowały ją do egzaminu i okazało się, że zdała. Przyznam się szczerze, że nie wierzyłam w jej możliwości. Paulina wyjechała do najlepszej szkoły w Londynie London Contemporary Dance School. Jest nadal tancerką, choreografem i rozchwytywanym pedagogiem. Jestem z jej dumna i ogromnie kibicuję jej poczynaniom. Ciągle się uczy. Teraz kończy doktorat.

Kilkadziesiąt lat na scenie, setki występów na scenach na całym świecie. Jakie emocje najczęściej Pani towarzyszyły podczas tych wydarzeń? Miała Pani tremę?

Trema była zawsze. Miałam poczucie odpowiedzialności przed widzami, którzy poświęcili czas i przyszli „na mnie”. Kiedyś ludzie przychodzili do teatru na występ danego tancerza. Nie można zawieść publiczności. To najgorsze, co można zrobić. Tę ciężką pracę traktowałam jak ofiarę, oddanie dla publiczności. Czułam otrzymywaną z powrotem energię, która dawała siłę do dalszego rozwoju projektów, występów i często trudnych choreografii.

Ciężko jest nawiązać kontakt z publicznością?

To jest coś niesamowitego nawiązać kontakt z publicznością. Publiczność trzeba sobie kupić. Pamiętam, że łódzką publiczność zachwyciłam rolą Królewny Śnieżki, gdzie przychodzili rodzice z dziećmi. Po latach te dzieci przychodziły ze swoimi dziećmi na moje spektakle. Wiedziałam, że to jest ta publiczność, która przez lata wychowała się na tym spektaklu i często utożsamiała mnie z rolą Śnieżki przy innych projektach. Publiczność pamięta różne role, te, które wykonywałam, ale również te, które realizowałam jako choreograf.

Pani Ewo, powrócimy na chwilę do samych początków Pani drogi tanecznej. Skąd pomysł, aby zostać tancerką?

Wszystko zaczęło się, kiedy miałam cztery latka. Jako małe dziecko chodziłam do przedszkola muzycznego. Moi rodzice bardzo chcieli, abym grała na jakimś instrumencie – konkretnie pianinie. Ja się zbuntowałam i nie grałam. Bardziej podobały mi się zajęcia z rytmiki. Chodziłam również na zajęcia z tańca do poznańskiego MDK, którego w zasadzie nie opuszczałam.

Taniec można traktować jako terapię?

Ależ oczywiście! Pomógł mi w najtrudniejszych momentach w moim życiu. Rozwód rodziców, rozpad mojego związku. Przez taniec możemy wyrażać siebie. Uwalniać emocje, które kumulujemy.

Patrząc z perspektywy lat, było warto?

Tak. Pomimo trudnych momentów, dołków, załamań, zwątpień, to bilans tych pięćdziesięciu lat pracy artystycznej wychodzi na plus. Nie mogłabym w życiu robić czegoś innego.

Osoby, które Pani poznała podczas całej swojej kariery, na które Pani natrafiła, to topowe nazwiska związane z tańcem, kulturą.

Miałam wielkie szczęście spotykać mistrzów na swojej drodze. Od moich pedagogów w poznańskiej Szkole Baletowej zaczynając, po choreografów, z którymi współpracowałam, również wybitnych pedagogów od teorii, którzy wpłynęli na to, że zostałam pierwszym w Polsce profesorem belwederskim od tańca. Było to dla mnie bardzo wzruszające otrzymać nominację stojąc tuż obok profesorów np. z Uniwersytetu Jagiellońskiego czy Uniwersytetu Warszawskiego. Sztuka i nauka tego dnia się spotkały i były traktowane na równi. Byłam bardzo dumna, że tak się stało.

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść?

Z każdej sceny. Na razie jestem pedagogiem. W tej kwestii realizuję się obecnie najlepiej.

Edukuje Pani młodych. Cały czas pracuje z uzdolnionymi tancerzami. Inspirują Panią?

Każdy człowiek potrafi zainspirować. Zawsze powtarzam młodym, żeby mieli pasje. Taniec musi być pasją. Ważna jest kreatywność, charyzma, umiejętność pracy z drugim człowiekiem, jaki ma fokus na scenie. Taniec to dziedzina, w której zawsze się mówi prawdę. Od razu widać w nim fałsz, jeśli nie znajdzie się odpowiednich narzędzi.

Pani Ewo, chciałbym zapytać jeszcze o marzenia. Te najskrytsze.

O czym marzę… o czasie na spotkania z przyjaciółmi. (śmiech) Pomimo tego, że jestem na emeryturze, nie mam go za wiele.  Chciałabym również doczekać się wnuka (uśmiech), ale rozumiem, że na wszystko przyjdzie czas. A dalej zobaczymy. Najważniejsze, aby zdrowie dopisało.