Kryminał to najlepsza konwencja do opowiadania historii o demonach, o człowieku jako jednostce podatnej na złe wpływy – mówi Michał Larek, pisarz i wykładowca akademicki. Na co dzień – w Zakładzie Literatury i Kultury Nowoczesnej Instytutu Filologii Polskiej UAM – bada literackie techniki przyciągania uwagi, a w swoich książkach opisuje najgłośniejsze kryminalne historie Wielkopolski.  

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Karol Małolepszy

 

Wszystkie Twoje książki, w mniejszym lub większym zakresie, są oparte na konkretnych policyjnych śledztwach. Skąd literaturoznawca zna tylu policjantów?

Jeszcze parę lat temu nie miałem nic wspólnego z policją, więc wszystkie te kontakty musiałem wypracować. W 2011 roku, z moim przyjacielem, prawnikiem, byłym prokuratorem Waldemarem Ciszakiem, postanowiliśmy napisać reportaż kryminalny poświęcony sprawie Edmunda Kolanowskiego, słynnego zabójcy i nekrofila, który grasował po poznańskich cmentarzach. Do tego konieczny był solidny research – lektura relacji dziennikarskich, ale przede wszystkim dotarcie do akt sprawy i jej głównych bohaterów: ówczesnych milicjantów, adwokatów, którzy bronili Kolanowskiego czy sędziego, który skazał go na karę śmierci. Efektem była książka Martwe ciała, a praca nad nią otworzyła mi drzwi do świata kryminalnego. Później napisaliśmy jeszcze razem Mężczyznę w białych butach o sprawie Tadeusza Kwaśniaka, pedofila i dusiciela, który grasował w Poznaniu na początku lat 90. Zawarte wtedy znajomości trwają do dziś. Polubiłem tych dawnych milicjantów, ich historie, sposób myślenia – chyba wolę rozmawiać z policjantami niż na przykład z pisarzami. Zacząłem coraz bardziej wchodzić w ten świat i konsultować z nimi moje kolejne książki. Na pierwszych spotkaniach oczywiście mówili ostrożnie, używali oficjalnego języka, ale stopniowo pojawiało się więcej „łaciny” i coraz ciekawsze historie dotyczące poznańskich realiów tamtych czasów, w które trudno było uwierzyć.

 

Czy Twoje literackie historie bardzo się różnią od policyjnej rzeczywistości? 

Jeszcze przed redakcją książki wysyłam ją do zaprzyjaźnionych policjantów, aby wyłapali momenty, kiedy rozmijam się z ich realiami pracy. Uwzględniam ich uwagi, ale z niektórych wątków celowo nie chcę rezygnować. W moich książkach powraca na przykład scena, w której bohaterka, młoda policjantka powala mężczyznę kopniakiem w przysłowiowe jaja – czytelniczki bardzo ją lubią. To trochę jak w Bondzie – wiemy, że w kolejnej części pojawi się konkretna scena i zaczynamy za nią tęsknić. Z punku widzenia realiów to jednak zupełnie nieprawdopodobne – młodych policjantek nie wysyła się do zatrzymania groźnych przestępców.

 

Interakcja z czytelnikiem – która najbardziej zapadła Ci w pamięć?

Kiedyś odezwała się do mnie czytelniczka, która znała dziewczynkę zamordowaną przez Edmunda Kolanowskiego. Jej wujek milicjant brał udział w poszukiwaniach zaginionej Alinki. Umówiliśmy się na spacer, żeby pokazała mi miejsce na cmentarzu, gdzie pochowano Alinkę. Po drodze zapytałem ją, czy zna jakąś inną kryminalną sprawę z tego fyrtla. Opowiedziała mi historię pijanego męża, który na oczach dziecka wbił nóż w brzuch swojej żony. Moja literacka wyobraźnia od razu zaczęła działać. W myślach dopowiadałem sobie dalszy ciąg takiej traumy – alkohol, narkotyki, depresja. Zapytałem, co się stało z tą dziewczynką. Odpowiedziała, że wszystko w porządku. Skąd wiesz? – drążyłem. Bo to ja jestem tą dziewczynką – odpowiedziała.

 

Kiedy czytam o Tobie „specjalista od storytellingu i technik przyciągania uwagi” mam obraz pisarza, który umiejętnie i świadomie manipuluje czytelnikami…

To prawda i wcale tego nie ukrywam. W akademickim świecie literackim może zabrzmiałoby to dziwnie, ale ja jestem przesiąknięty kulturą filmową i serialową, gdzie mówi się wprost, że kreowanie historii to manipulowanie emocjami odbiorców. W podręcznikach do scenopisarstwa uczą, że jeśli planujesz jakąś scenę, to musisz przypisać jej konkretną emocję, którą chcesz wywołać u odbiorcy. Więc jeśli pytasz mnie o warsztat, to jak najbardziej – pisząc, wiem, jaką „temperaturę” ma mieć konkretna scena.

Im więcej napisanych książek, tym większa wiedza o czytelnikach. A w moim przypadku głównie czytelniczkach. Dla mojego wydawcy i mnie samego pewnym zaskoczeniem był fakt, że w tej grupie przeważają kobiety w wieku 35+. Obecnie skupiam się na tym, aby moja „poetyka” była atrakcyjna dla jak najszerszego grona odbiorców. Cieszę się na przykład, gdy czytelniczki Harry’ego Pottera piszą pozytywnie o moich kryminałach. (śmiech)

 

Jesienią możemy się spodziewać w księgarniach trzeciej części Twojej kryminalnej serii DekadaFatum, której akcja – podobnie jak w przypadku Furii i Na tropie – umiejscowiona jest w latach 90. Czy w kolejnych książkach pozostaniesz wierny tej scenerii i konwencji kryminału? 

Chciałbym pociągnąć dalej Dekadę, dobrze mi się pisze o tamtym dziesięcioleciu – wszystko zależy od czytelniczek i czytelników. Póki co, dostaję bardzo pozytywne recenzje Na tropie… Mam trochę pomysłów na inne książki, zastanawiam się między innymi nad nową serią, współczesną, poświęconą temu, co człowieka aktualnie najbardziej dręczy, ale utrzymaną również w konwencji kryminału. To najlepsze tło do opowiadania historii o demonach, o człowieku jako jednostce podatnej na złe wpływy. Moim zdaniem studium upadku najlepiej sprawdza się właśnie w kryminale.

 

Jakie emocje wzbudza w tobie Poznań?

Urodziłem się w Gryfinie pod Szczecinem, przyjechałem tu na studia dokładnie 20 lat temu, ale moja rodzina od strony ojca pochodzi stąd – mieszkaliśmy w okolicach Bytynia, między Poznaniem a Pniewami. Moje zaskoczenie było spore, kiedy pisząc Furię odkryłem, że mapa zabójcy i gwałciciela pokrywa się z mapą moich rodzinnych okolic.

Lubię kameralność Poznania, jego spokój, legendarny porządek i szacunek dla pieniędzy. Czasami mnie denerwuje, ale jest mi tu dobrze, niedawno kupiliśmy z żoną mieszkanie, to moje miejsce na Ziemi.

 

Gdzie najchętniej spędzasz czas? 

Bardzo lubię plażę miejską na Szelągu. Niektórym trudno to zrozumieć, ale mam też słabość do galerii handlowych, lubię sobie strzelić kawkę w Plazie. (śmiech) Jest takie świetne opowiadanie Alana Edgara Poe’go Człowiek tłumu. Główny bohater siedzi w kawiarni, czyta gazetę. Zapada zmierzch, rozpoczyna się gra świateł, a on przez szybę obserwuje ludzi na ulicy. I wtedy kamera zaczyna się wyostrzać, bohater przygląda się konkretnym postaciom, a obserwacje Poe’go na ich temat są mistrzowskie. Nagle dostrzega starego mężczyznę, który go frapuje. Myśli – to jest morderca, po czym wstaje i obłąkańczo, maniakalnie zaczyna go ścigać…