Położona na zachodzie Wielkopolski Winnica Lipka Wielka skrywa wiele tajemnic. Jedną z nich – najważniejszą – jest znakomite wino. Z Józefem Napierałą, założycielem winnicy oraz jego córkami, Dagmarą Semrau i Aleksandrą Dobrzyńską, rozmawiam o przyjemności tworzenia miejsca wyjątkowego, gdzie każdy może odpocząć i oddać się przyjemnościom związanym z winnym smakiem.

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Emilia Emi Staszków

 

Panie Józefie, winnica zapiera dech w piersiach. Malownicze krajobrazy i przyjemny klimat nie pozwalają stąd szybko wyjechać. Skąd pomysł na stworzenie tak wyjątkowego miejsca?

Pasja uprawy winorośli i produkcji wina nie wzięła się z przypadku. Jako hodowca koni, a zarazem weterynarz, miałem przyjemność podróżować szczególnie po Francji z hrabiną Janiną Tyszkiewicz-Łącką. Chodziliśmy po winnicach jej przyjaciół w Bordeaux, Prowansji. To wzbudziło we mnie ogromne zainteresowanie, a potem chęć posiadania swojej własnej winniczki. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie miasteczko Cognac, gdzie produkcja wina znacząco wzrosła. Podróże dały mi ogromną wiedzę i rozbudziły chęć do stworzenia swojej własnej winnicy. Inspirująco zadziałał również na mnie wyjazd do Atlanty, gdzie poznałem kompletnie inny sposób produkcji wina. Duże rzędy pomiędzy krzewami pozwalają na swobodny przejazd traktorem. Tworząc swoją winnicę, przeniosłem ten schemat właśnie tutaj.

Same początki – jak Pan je wspomina?

(śmiech) Wiadomo, że popełniłem kilka błędów i do tego trzeba się przyznać, jednak z biegiem czasu doświadczenie i pomoc córek pozwoliło na obsadzenie kolejnych pól. Jedna z moich córek, Dagmara, skończyła studia podyplomowe enologiczne na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. To też pozwoliło nam rozwinąć skrzydła. Przede wszystkim trzeba pamiętać o odpowiednim doborze drożdży, utrzymaniu higieny i fermentacji.

Cierpliwość jest tu chyba potrzebna aż nadto?

Dokładnie tak. Nie można czegoś nie zrobić. Są momenty, kiedy z ogromną skrupulatnością i oddaniem trzeba analizować czynniki temperatury i procesu dojrzewania wina, aby utrzymać aromat i jego jakość.

Założenie i prowadzenie winnicy to ogromna inwestycja. Nie żałuje Pan decyzji, że powstała?

Nigdy! Po czterdziestu latach pracy jako weterynarz dużych zwierząt teraz mogę oddać się mojej nowej pasji – winiarstwu. Od ośmiu lat zajmuję się winnicą, a od dwóch lat mamy przyjemność również raczyć winem innych. Jestem dumny z tego, co rodzinnie stworzyliśmy. To ogromne szczęście, że moje córki też chcą to prowadzić. Gdyby nie one, nie miałoby to sensu.

Państwa winnica jest rodzinną manufakturą.

Otóż to. Działam tu ja, moje córki, ale również, ku mojej uciesze, wnuki. Syn Oli Dawid pomaga nam przy nasadzeniach czy butelkowaniu wina. Ma dopiero czternaście lat, a już widać w nim zapał.

Duma jest?

Ogromna. Współpracują ze sobą. Uzupełniają się – a dla rodzica to jest najważniejsze, aby jego dzieci się wspierały i sobie pomagały.

Wspólnie z córkami Pana Józefa idziemy się przejść po Winnicy. Z dumą oprowadzają mnie między rzędami szczepów Chardonnay czy Riesling.

Teren, na którym się znajdujemy jest różnorodnie ukształtowany.

Dagmara Semrau: Tego wymaga właśnie winnica. Dzięki różnicom wytwarza się odpowiedni mikroklimat, który wpływa na jakość winogron. Wzniesienia oraz odpowiednie nachylenia terenu pozwalają nam uchronić krzewy przed mrozem. Są one sadzone z ukosa. Ważna jest również ekspozycja słoneczna, która też ma ogromny wpływ na jakość owoców.

 

Tworzenie wina stało się dla Was pasją?

Aleksandra Dobrzyńska: Poniekąd tak. Zaraził nas nią nasz tata. Osoby, które nas odwiedzają zawsze powtarzają, że mamy niesamowite miejsce, gdzie mogą się spotkać artyści, ludzie z pasją. Dagmara skończyła wspomniane studia, co też dało nam możliwość jej profesjonalnego rozwoju. Efektem jest to, że możemy produkować dobrej jakości wino, które zaczyna już znajdywać swoich miłośników.

Sama sztuka tworzenia wina jest przyjemna?

D.S.: Sama w sobie owszem jest. Wpływa na nią wiele czynników począwszy od tych teoretycznych związanych z doborem winogron, odpowiednimi proporcjami, drożdżami, poprzez czynniki, na które często nie mamy wpływu – mam na myśli panujący klimat. „Praca pod chmurką” nie jest wcale pracą łatwą. Każdy rok jest inny. Smak wina z każdego roku jest inny. Smakuje ziemią, wiatrem, słońcem. Nie ma powtarzalności smaku. Wszystko jest lokalne i regionalne.

A.D.: Bardzo dużo zawdzięczamy ludziom, którzy nam kibicują. Wszyscy nam bardzo pomagają. Nastrajają do rozwijania się i tworzenia nowych projektów promujących to miejsce. Chociażby koncert Grażyny Łobaszewskiej, który odbędzie się u nas 28 sierpnia, inauguruje duże imprezy, które będziemy tu organizować. Mamy ogromne wsparcie ze strony Nowotomyskiego Ośrodka Kultury czy Miejskiego Domu Kultury, to dla nas ogromny zaszczyt. Jesteśmy otoczeni dobrą energią regionu.

Winnica Lipka Wielka oddalona jest godzinę drogi od Poznania. Można tu nie tylko skosztować znakomitego wina, ale również zdrowego ekologicznego jedzenia.

D.S.: Każdy z naszych gości może liczyć na kosztowanie lokalnych produktów. Sami hodujemy kury. Mamy swój własny ogród z warzywami, owocami.

Spędziłem tu już trochę czasu i przyznam szczerze, nie chce się stąd wyjeżdżać.

A.D.: To prawda. Miejsce przyciąga i ma w sobie to coś. Ten magnetyzm.

Miło jest też patrzeć na to, jak się uzupełniacie.

A.D.: Wzajemnie się nakręcamy, czasami się kłócimy i spieramy. (śmiech) Zawsze jednak wracamy do tego początku – do tego, że mamy cel, własne miejsce, które chcemy rozwijać i pokazywać innym osobom.

Marzenia na przyszłość?

D.S.: Mamy ich sporo. Chcemy mocniej rozwinąć nasza agroturystykę. Myślimy nad kolejnymi projektami muzycznymi, spotkaniami, wydarzeniami, które będziemy tu organizować.

A.D.: …no i chcemy też jeszcze mocniej zarazić tą pasją nasze dzieciaki. W końcu to one będą kiedyś nią zarządzać, a tak jak wspomniałeś, jest to projekt rodzinny i chcemy, aby przetrwał.