W moich piosenkach często używam słowa „zmiana”, bo głęboko wierzę, że zawsze jest możliwa. Sam dokonałem kilku takich istotnych zmian – z przeprowadzką do Poznania dekadę temu na czele – mówi Ray Wilson. Ze szkockim wokalistą, gitarzystą, autorem tekstów rozmawiamy tuż przed jubileuszowymi koncertami z okazji pięćdziesiątych urodzin artysty.  

 

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Darek Kawka, Justyna Szadkowska

 

Jakie jest Twoje ulubione polskie słowo?

Od razu nasuwa mi się jedno, ale nie do zacytowania w Waszym magazynie. I jeszcze „przepraszam”, dla Szkotów ekstremalnie trudne do wymówienia, ale to byłoby nudne. Postawię więc na całe zdanie, które kiedyś zaśpiewała mi moja dziewczyna Gosia: „Dzień dobry, kocham Cię, już posmarowałem Tobą chleb” [Ray śpiewa niemal perfekcyjną polszczyzną fragment piosenki Strachów na Lachy – przyp. red.]

 

Przed nami dwa Twoje urodzinowe koncerty w CK ZAMEK – 7 i 8 września. Ten drugi dokładnie w dzień Twoich pięćdziesiątych urodzin. Jak to jest mieć prawie pół wieku?  

Im starszy jesteś, tym przyjemniejsze jest życie. Myślałem podobnie, kiedy skończyłem czterdzieści lat i nic się nie zmieniło. Mam w sobie teraz większy spokój, nie przejmuję się tak bardzo rzeczami, które nie są tego warte, nie jestem już tak wrażliwy na sytuacje, które kiedyś mogły popsuć mi humor.

Jako dwudziesto- czy trzydziestolatek byłem pod ciągłą presją własnych ambicji, teraz nie muszę już nikomu niczego udowadniać, a rzeczy, o których marzyłem i tak osiągnąłem gdzieś po drodze. W tym wieku możesz już pozwolić sobie, aby życie po prostu się toczyło. Można to porównać do swobodnego zjazdu na nartach z góry. Cieszę się każdym dniem i nie zamierzam niczego zmieniać.

 

Dlaczego wybrałeś Poznań na te jubileuszowe koncerty, a nie np. Berlin czy Edynburg?

Mogłem wybrać Berlin, który jest trochę bardziej w centrum Europy i gdzie często koncertuję, ale to nie byłoby to samo. Poza tym Zamek to niesamowite miejsce – przez kontekst historyczny i panującą tu atmosferę. Kiedy mówię znajomym z zagranicy, że będę występował na zamku – to brzmi egzotycznie.

Po raz pierwszy – jako że to urodzinowe koncerty – w jednym miejscu spotka się moja publiczność z wielu różnych krajów. To norma na dużych festiwalach, takich jak Rock am Ring w Niemczech, ale one mają zupełnie inny, mniej osobisty charakter. Nigdy wcześniej nie rozdzielałem też repertuaru, a teraz na pierwszym koncercie zagram tylko piosenki Genesis, a na drugim te z moich solowych albumów i nagrane w ramach Guaranteed Pure, Stiltskin czy CUT. Z kilku powodów będą to więc koncerty wyjątkowe, chciałem, aby odbyły się w Poznaniu.

Nie brakuje Ci Szkocji?

Szkocja to piękny kraj, a Edynburg to jedno z najpiękniejszych miast na świecie na długi spacer. Możesz sto razy przejść tę samą trasę i za każdym razem dostrzec coś innego, ale w sensie duchowym czuję się bardziej zadomowiony w Poznaniu – to pewnie kombinacja mojej dojrzałości i klimatu miasta.

Jeśli jest coś, za czym tęsknię, to za niesamowitym szkockim powietrzem – czujesz się tam tak, jakbyś oddychał po raz pierwszy w życiu. Trochę brakuje mi też szkockiego sarkazmu.

Kiedy jestem w trasie, nigdy nie czuję silnej tęsknoty za domem czy jakimś konkretnym miejscem. Czuję się Europejczykiem, chciałbym, aby granice byłe otwarte, a narodowość nie ma dla mnie znaczenia – ludzie to ludzie, dobrzy albo źli, niezależnie skąd pochodzą.

 

Na jakich salach i przed jaką publicznością występuje się najlepiej?

Lubię intymne koncerty w małych salach albo w takich, które są kameralne pomimo swoich dużych rozmiarów. Kilka lat temu występowałem ze Stevem Hackettem w Royal Albert Hall w Londynie. Choć zmieści się tam osiem tysięcy ludzi, to na scenie czujesz, że jesteś bardzo blisko publiczności. Lubię też kościół na Kreuzbergu w Berlinie, w którym odbywają się koncerty – wspaniałe miejsce, mieści może sześćset osób – nawet teksty piosenek nabierają w takich warunkach innego znaczenia. Nie przepadam za dużymi koncertami na stadionach – to wygląda dobrze tylko na zdjęciach.

Co do publiczności to jest ona podobna, niezależnie od kraju. Skandynawowie czy ludzie z południa Europy reagują trochę inaczej ze względu na inny temperament, ale we Francji, Niemczech czy Polsce – jest mniej więcej tak samo. Najbardziej lubię jednak występować przed working class – w Glasgow, Liverpoolu, Zagłębiu Ruhry, w Katowicach czy Sosnowcu. To jest zawsze najlepsza publiczność. Najbardziej zapamiętałem dwa koncerty w Glasgow, to były tak intensywne emocjonalnie doznania, że chwilami nie mogłem wydobyć z siebie słowa.

W ciągu roku dajesz nawet sto dwadzieścia koncertów, średnio co trzy dni. Jak to wytrzymujesz?  

Czuję się lepiej kiedy pracuję. Z głosem jest trochę jak z mięśniami – jest coraz słabszy, jeśli go nie używamy. Na przełomie roku są zwykle trzy-cztery tygodnie przerwy, nienawidzę tego. Kiedy wracam w styczniu czuję, jakbym wspinał się na wielką górę. Największym wyzwaniem są podróże – rocznie przejeżdżamy samochodem nawet osiemdziesiąt tysięcy kilometrów. Siedzenie to najtrudniejsza część mojej pracy.

 

Mieszkasz w Poznaniu już prawie dziesięć lat. Jak zmieniło się miasto przez ten czas?  

Najbardziej znacząca zmiana – w całej Polsce, nie tylko w Poznaniu – to fakt, że ludzie stali się bogatsi. Zmieniły się nie tylko samochody na ulicach, ale także nastawienie – jest trochę zimniej, nie w sensie temperatury, ludzie bardziej się izolują. Nie jesteś już tak blisko rodziny, bo stać cię na własne mieszkanie, nie musisz jeździć z innymi autem, bo masz swój własny – to naturalne, na zachodzie Europy jest podobnie.

Kiedy tu zamieszkałem, Poznań był bardzo niebezpiecznym miejscem dla pieszych. Ludzie podchodzili do zebry, a samochody nawet nie zwalniały. To w Szkocji nie do pomyślenia. Kierowcy jeździli strasznie, za każdym razem, kiedy Gosia wyjeżdżała gdzieś rowerem, naprawdę poważnie się o nią bałem.

Teraz Poznań staje się coraz bardziej przyjazny dla pieszych i rowerzystów. Jeśli przez to kierowy czują się w mieście niekomfortowo – doskonale. Niech pojadą autobusem albo tramwajem.

 

Ulubione miejsca w Poznaniu?

Stary Browar – dla mnie to nie galeria handlowa, ale dzieło sztuki. Lubię okolice Starego Rynku, kiedy się tu przeprowadziłem, zamieszkałem na Paderewskiego. To było najgłośniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek mieszkałem, ale uwielbiałem to. Często jeżdżę rowerem wokół Malty, lubię Rusałkę i Strzeszynek. Poznań to piękne miasto, kiedy odwiedzają mnie przyjaciele, którzy nigdy wcześniej nie byli w Polsce, są pod dużym wrażeniem – architektury, jedzenia, ludzi.

W Amen to that śpiewasz „It’s never too late to get up and walk away”. W życiu zawsze można zacząć od nowa?  

W moich piosenkach często używam słowa „zmiana”, bo głęboko wierzę, że zawsze jest możliwa, jeśli coś fundamentalnie nie gra w twoim życiu – osoba, z którą jesteś, miejsce, gdzie mieszkasz, praca, którą wykonujesz. Sam dokonałem kilku takich istotnych zmian – z przeprowadzką do Poznania po trzymiesięcznej znajomości z Gosią na czele. Wiele osób podejmuje decyzje głową, ja bardziej słucham serca, intuicji i nigdy nie żałowałem swoich decyzji, nawet tych trudnych, bo gdy patrzę wstecz, wiem dlaczego to zrobiłem. Nikt nie wie lepiej niż ty, co jest dla ciebie dobre.

 

W teledysku do wspomnianej piosenki wcielasz się w kilkanaście różnych zawodów. Gdybyś miał wybrać dla siebie inną pracę, na co być postawił?

W centrum Edynburga jest Góra Artura (Arthur’s Seat). Nazwano ją tak, bo król Artur z tego miejsca obserwował walki Anglików i Szkotów. Dookoła góry jest kręta droga. Kiedy mieszkałem w Edynburgu, często tam wchodziłem i godzinami rozmyślałem. Często spotykałem na górze mężczyznę, który kosił trawnik i myślałem sobie: spokojna, nieskomplikowana praca, chciałbym to robić. Gdybym więc nie śpiewał, kosiłbym trawniki. Choćby tu, w parku przed Starym Browarem.