O swoich pasjach – biżuterii i podróżach – mogłaby rozmawiać godzinami. Historie, które jej się przytrafiły, to gotowy scenariusz na film, który by szokował, edukował, ale przede wszystkim wzruszał. Magdalena Maria Kwiatkiewicz – fotografka, podróżniczka. Mama oraz babcia, która zaraża swojego wnuka miłością do fotografii oraz podróżowania. Od trzydziestu siedmiu lat współtworzy markę biżuteryjną YES, która obdarowuje kobiety przepięknymi ozdobami.

 

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Archiwum Magdaleny Marii Kwiatkiewicz

 

Spotykamy się w siedzibie marki YES w Poznaniu. Można tam zobaczyć część z unikatowej kolekcji biżuterii etnicznej, której właścicielką jest Pani Magdalena.

Ma Pani słabość do biżuterii?

Oczywiście, a nie widać? (śmiech)

Właśnie miałem pytać, kto stworzył tak piękny naszyjnik, który ma Pani dzisiaj na sobie?

Jego autorem jest Jacek Byczewski, jeden z najlepszych w moim odczuciu artystów w Polsce –

nomen omen urodzony w Poznaniu.

Zawsze nosi Pani na sobie biżuterię?

Oczywiście! Rzadko, bo rzadko, ale czasami zdarza mi się o niej zapomnieć, gdy poruszam się w biegu, jednak bez niej czuję się po prostu źle. Często jestem ubrana „wyłącznie” w biżuterię. Mała czarna, skromna sukienka i do tego wyeksponowana biżuteria. To zawsze się sprawdza.

Coś symbolizuje?

Biżuteria sama w sobie ma wiele ukrytych znaczeń. Ma tę cudowną cechę, że mówi o emocjach i o indywidualnościach. Mówi o rodzinie. Przykładowo biżuteria etniczna niesie za sobą kompletnie różne przesłania. Mówi o ludziach, którzy na końcu świata za pomocą biżuterii muszą się odróżnić od innych plemion, które obok siebie mieszkają. Potrafi być ona piękna, szokująca, ale i duża. Często biżuteria stanowi cały majątek rodziny. Z kolei biżuteria artystyczna to sztuka jedna z najwybitniejszych. Nie powiem, że każda biżuteria jest dziełem sztuki, ale sama forma pracy nad nią, którą można traktować również jako małą formę rzeźbiarską na pewno wpływa na jej artystyczny wymiar.

Często mówimy również o biżuterii rodowej…

To kolejny przykład na to, że biżuteria może w nas wyzwalać emocje. Przekazywana z pokolenia na pokolenie ma w sobie zapisaną historię ludzi, którzy wcześniej byli jej właścicielami. Raz do roku organizuję w mojej Galerii wystawę, gdzie pokazujemy biżuterię noszoną przez różne osoby, których zdjęcia wiszą obok eksponatów. Na jednej z pierwszych wystaw przyszła kiedyś młoda kobieta, która na zdjęciu zobaczyła swoją babcię. Obok był noszony przez nią pierścionek. Nigdy nie zapomnę tego, jakie emocje jej towarzyszyły podczas tego wieczoru. Ta jej babcia była wśród nas – w naszych emocjach i również historii, która była ukryta w jej pierścionku.

To, jaką biżuterię nosimy, świadczy również o nas samych?

Ależ oczywiście! Zakładając różne formy biżuterii możemy wyrazić swoją osobowość. Pokazuje styl życia, pozycję zawodową, status materialny. Biżuteria ma wiele znaczeń i dobrze o tym wiemy, ponieważ to ona od zawsze była blisko ludzi.

A amulety? Czy je również możemy traktować jako biżuterię?

Podróżując po najróżniejszych zakątkach świata, widziałam, że wielu szamanów ma biżuterię, która niesie ich moc. Jest związana z ich wierzeniami. Kamień, który jest amuletem, możemy oprawić w formę pierścienia, naszyjnika. To też stwarza nam kolejną płaszczyznę, aby traktować biżuterię właśnie jako amulet.

Wspomniała Pani o podróżach. Chciałbym, abyśmy właśnie o nich chwilę porozmawiali. Odwiedza Pani najróżniejsze zakątki świata. Często są to miejsca niebezpieczne, zamieszkiwane przez dzikie plemiona. Jak reagują tubylcy na białą kobietę, filigranową blondynkę, która chce poznać ich świat?

Wszystko zależy od tego, jakie to są plemiona. Zdarzało się, że dzieci w plemionach, których biali nie odwiedzają, reagowały na mój widok krzykiem, płaczem. Biały człowiek kojarzy im się z białym duchem. Na przykład w Afryce są takie kraje, gdzie biali ludzie nie są mile widziani, szczególnie w dużych miastach. Przed każdą podróżą muszę dokonać dokładnego przeglądu dostępnych informacji na temat tego, co można, a czego nie można robić na terenie danego państwa. Każda społeczność ma swój kodeks kulturowy, historyczny. Trzeba uszanować ich wolę oraz tradycję. Wracając jednak do pytania, w większości miejsc, które odwiedziłam, jednak nie zauważałam problemu z tym, że jestem biała. Często nawet mogłam liczyć na pomoc tubylców np. aby sfotografować jakieś unikatowe miejsce. Zapraszano mnie do domów, gdzie mogłam przez kilka dni uczestniczyć w życiu ich mieszkańców.

Zdarzały się niebezpieczne sytuacje?

Oczywiście, że tak. Na szczęście nie podróżuję sama. Zawsze staramy się zaplanować tak wyprawę, aby była ona w miarę bezpieczna. Towarzyszy nam miejscowy przewodnik. Czasami jednak życie weryfikuje i musimy się głowić nad zmianą planów.

Podróżując, poznaje Pani nie tylko kulturę danych plemion, ale również ma możliwość podziwiania wytwarzanej przez nich biżuterii.

Dwa lata temu byłam u Koronowajów, plemienia, które żyje w domach zbudowanych w koronach drzew. Tym, co mnie zaskoczyło, było to, że jedyną ich ozdobą są naszyjniki zrobione z psich zębów, które mężczyzna przez lata zdobywa wyłącznie z własnych psów. Od razu muszę nadmienić, nie zabijają ich ani nie jedzą. Liczba zębów na naszyjniku świadczy o statusie materialnym. Z tą wyprawą wiąże się jeszcze jedna anegdota. Podczas naszego pobytu wódz tego plemienia po raz pierwszy w życiu opuścił swoją rodzimą wioskę i na chwilę z nami przeszedł do świata zewnętrznego. Było to niesamowite przeżycie zarówno dla niego, jak i dla nas.

Niezły ładunek emocjonalny.

Dokładnie. Przebywanie z tymi ludźmi, poznawanie ich kultur, stylu życia utwierdza mnie w tym, że my biali, z naszego kręgu kulturowego ludzie nie do końca potrafimy cieszyć się tym, co mamy. Stawiamy na dobra materialne, a one wcale nie są nam do szczęścia potrzebne. To jest wielka lekcja pokory, zrozumienia i walki o ten świat, który powoli sami zaczynamy niszczyć. Nie rozumiemy go. Niszczymy kultury, obyczaje plemion, które przez wieki pielęgnowały swoje tradycje. Nie dziwię się, że co niektóre plemiona nie chcą mieć styczności z białym człowiekiem. Walczą o swoją autonomię i wolność wyboru sposobu życia.

Podczas przebytych podróży na pewno wiele momentów Panią wzruszało. Które z nich wyzwoliły największe emocje?

…było ich na pewno wiele. Zawsze, kiedy spotykam dzieci na ulicy się wzruszam. Jednak chyba najbardziej emocjonującym momentem było otwarcie szkoły mojego imienia w Nepalu w wiosce Bakrang. Była to dla mnie ogromna niespodzianka i bardzo ważna chwila w życiu.

To ogromna nobilitacja.

Wiem, że nie mogę ich zawieść. Muszę i chcę pomagać, na tyle, na ile mogę.

Pani Magdo, cofnijmy się trochę w czasie. Jak narodziła się myśl, aby profesjonalnie zająć się wytwarzaniem biżuterii?

To był początek lat osiemdziesiątych. Wspólnie z moim mężem wyjechaliśmy za granicę na wakacje dorabiać na saksach do Norwegii. Tam trafiliśmy do producenta biżuterii, od którego nauczyliśmy się podstaw techniki jubilerskiej, które to pozwoliły nam samodzielnie wytwarzać biżuterię. Sprzedawaliśmy ją w Oslo czy Sztokholmie. Później był etap życia w Londynie, gdzie oprócz pracy w restauracji zajmowaliśmy się handlem biżuterią na Markecie Camden Lock. Pamiętam, że to było kultowe miejsce, gdzie poznaliśmy wielu interesujących ludzi, nowe kultury, style życia, potrawy. I wtedy również  po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się, że jest coś takiego jak mleko ryżowe wegańskie. (śmiech) Dzisiaj jest ono dla nas ogólnodostępne. Wtedy było dla nas egzotyką.

Od trzydziestu siedmiu lat prowadzą Państwo rodzinną firmę YES. To wielki sukces przetrwać tyle czasu na rynku, gdzie klient z roku na rok jest coraz bardziej wymagający.

To prawda. Rynek się zmienia. Ale to świadczy przede wszystkim o zmianach, jakie zachodzą w potrzebach naszych klientów. Jeździmy po świecie. Obserwujemy innych ludzi. Poznajemy kultury. Dzięki temu bardziej otwieramy się na nowe. Jesteśmy coraz bardziej wymagający i tym samym więcej wymagamy od takich firm, jak chociażby nasza. Staramy się zaspokajać potrzeby naszych klientów, którzy dobrze wiedzą, czego chcą. A jeśli jest inaczej, to my im w tym możemy z przyjemnością pomóc.

Jesteście firmą, która pokazuje, co oznacza wielkopolska przedsiębiorczość. Ponad połowa projektów Waszych kolekcji jest tworzona tu na miejscu w Poznaniu, przez Wasze projektantki. Lokalność jest dla Państwa ważna?

Oczywiście. Staramy się na tyle, na ile możemy, promować nasz region, przedsiębiorczość, ale również naszych rodzimych artystów. Jednym z takich działań było stworzenie przeze mnie dwadzieścia lat temu Galerii YES. Oprócz tego, że prezentujemy tam własne kolekcje oraz biżuterię z moich podróży – ponad pięćset eksponatów – to celem jest również promowanie młodych artystów. Obecnie mamy wystawę Sary Gackowskiej, pochodzącej z Międzychodu artystki, która jako jedna z czterech osób wybranych spośród setek artystów z różnych dziedzin designu ma swoją własną wystawę w Muzeum Designu w Londynie. To ogromny sukces dla Polski i dla naszej lokalności.

Spełnia Pani marzenia innych. A jakie ma Pani własne?

A tego to akurat jest u mnie sporo. (śmiech)

Zatem w najbliższym czasie?

Książka o artystach, tworzących biżuterię. Chciałabym pokazać, jak w Polsce zmieniał się sposób wytwarzania, projektowania biżuterii. Zależy mi również na tym, aby pokazać sylwetki ludzi, którzy tworzyli i tworzą nadal wspaniałe projekty. Kolejny punkt na liście to nowa wystawa oraz wystawienie mojej kolekcji w jakimś muzeum, gdzie będzie można zapoznać się z nią szerzej. A przechodząc w poważniejszy ton, to chciałabym aby nie było tyle okrucieństwa na świecie, szczególnie dotyczącego tych najsłabszych dzieci, kobiet. Wiem, w jak ciężkich warunkach ci ludzie muszą egzystować i to najbardziej boli. Staram się robić to, co mogę, aby pomóc dzieciom, czy też rodzinom, które poznałam podczas podróży. Jeżeli mogę coś zrobić i coś zmienić, to się staram i to robię.