Pasję przerodzili w biznes. Ratują meble, które nie tylko przypominają nam o tym, co działo się w Polsce na przestrzeni lat, ale przede wszystkim pomagają zachować historię ludzi, którzy projektowali i tworzyli cuda meblarskiego designu. Z Przybyradem Paszynem rozmawiam o tym, czy w masowej dostępności produktów na rynku potrafimy docenić nasz polski rodzimy design.

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Archiwum prywatne

 

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie cuda polskiego designu znajdują się w mieszkaniach naszych rodziców, dziadków… i nie mówię tu o sławnej już meblościance… (śmiech)

Oj tak, wiele osób pluje sobie w brodę, gdy nagle dowiaduje się, że na jednym z portali aukcyjnych krzesło, które stało u babci, a później skończyło w piecu, osiągnęło zawrotną cenę tysiąca złotych… (śmiech) Świadomość tego, jaką wartość mogą mieć meble po rodzicach lub dziadkach rośnie. Dzięki temu wiele osób przed ich spaleniem lub wyrzuceniem sprawdza fora, portale społecznościowe, czy aby na pewno nie jest to jedna z pereł polskiego meblarstwa. Oczywiście to działa w dwie strony. Pod hasłem „meble PRL” w Internecie można znaleźć niewyobrażalną liczbę bezwartościowych krzeseł, foteli i stołów, które nigdy nie powinny wrócić pod polskie strzechy, a mimo to wystawiane są na sprzedaż za duże pieniądze. Niech przykładem będzie już słynna meblościanka. Uważam, że jako mebel o określonej funkcjonalności się sprawdził, ale w określonym czasie i w określonej rzeczywistości. Daleko jej do perły designu i nikt mnie nie przekona do zmiany zdania. A jednak co rusz widzę próby sprzedania meblościanki za dość wysokie kwoty… (śmiech)

Moda na meble z PRL-u chyba cały czas się rozwija?

Tak, myślę, że jesteśmy w apogeum tego rozwoju. Powstało kilka rozpoznawalnych rodzimych firm, które zajmują się wznawianiem mebli z PRL-u, kilkadziesiąt firm zajmujących się profesjonalną renowacją tychże mebli. A amatorów renowatorów są tysiące. Wystarczy spojrzeć, jakie jest zainteresowanie na kursy renowacyjne! Ja dostaję tygodniowo po kilka maili z pytaniem, czy nie przyjmiemy na praktykę do naszej pracowni. Rośnie spore grono kolekcjonerów polskich mebli z tego okresu i osób, które żyją z tych kolekcjonerów. To wszystko narodziło się niesamowicie szybko. Jeszcze na początku tego dziesięciolecia był może jeden sklep w Polsce, który sprzedawał meble tego typu, a firma, która ruszyła z pierwszą reedycją mebla z PRL-u powstała w 2012 roku. To bardzo młoda sprawa w porównaniu z trendem na meble skandynawskie. Parę lat temu spokojnie można było się przejechać samochodem po poznańskich śmietnikach i zebrać niesamowitą kolekcję. Wystarczyły wiosenne miesiące i można było wzbogacić się na lata… (śmiech) Teraz już nie ma szans na takie historie. Powstały nawet na Facebooku specjalne grupy pod nazwą „Uwaga śmieciarka jedzie”, na których ludzie informują się wzajemnie, gdzie można znaleźć jakiś bezpański mebel. Ceny PRL-owskich mebli do renowacji wzrosły na tyle, że ten kto myśli o odnowieniu i sprzedaży, może zapomnieć. Ten czas już minął.

Co takiego jest w meblach z tamtego okresu, że chętnie po nie sięgamy?

Historia. Ale mogę być nieobiektywny, bo jestem historykiem z wykształcenia. (śmiech) Ale tak już szczerze, to na pewno ich historia i fakt, że są nasze, specyficzne. Moda na meble PRL czy też trend na nie to element pewnej większej całości. Proszę zobaczyć, że w społeczeństwie rozwija się nostalgia za przeszłością, za naszą polska historią. Po roku 1989 nastąpił boom na wszystko, co zachodnie. Naród wreszcie uwolniony wręcz łaknął tego, co dotychczas było niedostępne. Przecież w PRL-u wszystkiego brakowało, a teraz nareszcie półki w sklepach były pełne. Można było mieć wszystko. W pewnym sensie „dogoniliśmy” mityczny Zachód. Nikt wtedy nie chciał oglądać się za siebie, myśleć o tych ohydnych tapicerkach w kwiaty, komodach na wysoki połysk, meblościankach sięgających od podłogi do sufitu wypełnionych kryształami. Wydaje mi się, że było w nas jakieś poczucie wstydu po 1989 roku. Przygniótł nas fakt, że na zewnątrz mieli wszystko, a my w PRL-u nie mieliśmy nic. Wszystko było złe, bo kojarzyło się ze złymi czasami. Teraz niemal trzydzieści lat po PRL-u chyba go wreszcie odchorowaliśmy. Przynajmniej te pokolenia, które pamiętają ten okres raczej jak przez mgłę lub młodsze, dla których to kicz lat 90., i ta masa plastiku i pstrokacizny jest kiczowata. Nowe pokolenia nie mają kompleksów, nie wstydzą się przeszłości, są wręcz jej ciekawe. Może nie zawsze ta ciekawość jest dostatecznie pogłębiona, czasem łapiemy się na proste hasła, ale nadal jesteśmy zafascynowani naszą przeszłością. Do tego dochodzi ogólnoświatowy trend na rozwój rzemiosła, recycling, na rezygnację z produktów masowych itp. I gdzieś w tym tłumie odnajdują się meble z PRL-u. Odnajdują się, bo są nasze, specyficzne, inne od tych z Zachodu. Inne, bo opowiadają naszą własną polską historię. To, że nasze mieszkania były małe, to, że w fabrykach nie było odpowiednich maszyn, to, że są solidnie wykonane, bo miały starczyć socjalistycznemu społeczeństwu po wsze czasy… Sięgamy po nie, bo odkrywamy ich wartość, to, że z rzeczy anonimowych stają się przedmiotami z historią, bo ktoś odkrywa nazwisko projektanta i mebel dostaje drugie życie.

Skąd zrodziło się u Was zamiłowanie do renowacji starych mebli?

Zostaliśmy dotknięci ich pięknem… (uśmiech) Wraz z Michałem, moim wspólnikiem, jesteśmy przyjaciółmi od lat. Po liceum każdy wyjechał do innego miasta. Ja do Poznania, on do Berlina. Przez cały czas się odwiedzaliśmy. Pamiętam, że przed jego mieszkaniem w Berlinie był sklep ze skandynawskimi meblami. Duża witryna, pięknie zorganizowana przestrzeń, dobrze oświetlone meble. Za każdym razem przyklejaliśmy się do witryny i podziwialiśmy te meble, aż któregoś razu Michał zapytał się mnie „Ty jesteś po historii, powiedz mi, a co z naszymi meblami z PRL-u? Wiesz coś na ten temat?”. Nic nie wiedziałem, ale rozbudził moją ciekawość. Michał później wpadł na pomysł, byśmy otworzyli w Berlinie sklep z naszymi polskimi meblami. Jednak często te nasze polskie perły wymagały interwencji stolarskich lub tapicerskich. Wynikało to z tego, że ludzie wówczas nie mieli wielu szans na wymianę mebli, dlatego też szybciej się zużywały. Chcąc je sprzedać, musieliśmy przejść przyśpieszony kurs renowacji.

Internet był dla Was kopalnią wiedzy podczas nauki renowacji?

Kiedy my zaczynaliśmy przygodę z POLITURĄ, to trend na renowacje mebli nie był duży. Co za tym idzie, informacji w Internecie było niewiele. My głównie opieraliśmy się na podglądaniu starych rzemieślników w akcji. Moim dobrym sposobem było przynoszenie im mebla i później odwiedzanie ich pod pretekstem wypicia kawy. (uśmiech) Wtedy chłonąłem, ile się da, pytałem się, a do czego służy to narzędzie? A do czego tamto? A jak właściwie można zrobić to czy owo? Okazuje się, że nawet chętnie opowiadali o swojej pracy, gdyż mało osób doceniało ich pracę. A renowacja to ciężki kawałek chleba. Teraz rzemiosło wszelkiego typu wraca do łask. Dużo się zmieniło, niesamowicie szybko. Uważam, że jesteśmy bardzo chłonnym społeczeństwem. Może rzeczywiście pewne trendy przychodzą do nas później, ale jak już się pojawią, to na całego.

Jeśli chodzi o renowację, to można śmiało powiedzieć, że Internet płonie. (śmiech) Zwłaszcza różnego rodzaje portale społecznościowe, na których tworzą się grupy miłośników renowacji. Ludzie dzielą się radami, proszą o pomoc, chwalą się swoimi realizacjami. Naprawdę fajnie to wygląda.

Polskie wzornictwo tamtego czasu to kopalnia wspaniałych projektów autorstwa rodzimych projektantów.

No tak, byliśmy w PRL-u zamknięci na świat i nie miały szansy dotrzeć do mieszkania zwykłego Kowalskiego meble duńskich czy szwedzkich projektantów. Byliśmy zdani na siebie i swoje możliwości. Myślę jednak, że w całym tym okrutnym systemie, który panował w Polsce, nasi projektanci dali radę. Uważam, że pomimo licznych wad i wypaczeń system meblarski, który powstał w Polsce pod koniec lat 50. XX wieku pchnął polskie meblarstwo. Powstała centrala meblarska w Poznaniu (ZPM), która stworzyła główne biuro projektowo doświadczalne, gdzie eksperymentowano i szukano najlepszych rozwiązań. Centrala dążyła też do tego, by przy każdej większej fabryce powstała tzw. komórka wzorcująca, która będzie zajmować się profesjonalnym projektowaniem mebli. Wcześniej zajmowano się tym trochę na dziko, wiele rzeczy robiono na podstawie doświadczenia fabrycznej załogi. Od tamtego momentu meble mieli projektować zawodowcy. Dobrym przykładem jest Edmund Homa i Juliusz Kędziorek, dwaj projektanci z Fabryki Mebli z Gościcina. Byli oni absolwentami PWSSP w Gdańsku, zagłosili się do nowo powstałej komórki wzorcującej w Gościcinie. Edmund Homa wspominał, że opór materii w fabryce był wielki. Stolarze w fabryce nie chcieli ich słuchać, bo jak ktoś taki może mieć pojęcie o meblu? A jednak wraz z Kędziorkiem mozolnie i systematycznie przygotowywali nowe projekty mebli, które były koniec końców wdrażane. Polskie meblarstwo zaczynało być nowoczesne. Trzeba jednak pamiętać, że projektowane w Polsce meble miały swoją specyfikę. Były tworzone w konkretnych warunkach dla konkretnego odbiorcy. Przykład, katalogi wydawane przez centralę meblarską nosiły tytuły Meble do małych mieszkań. Polska PRL-u to kraj blokowisk, ciasnych mieszkań, braków mieszkaniowych. Kraj zrujnowany po wojnie musiał być szybko wypełniony mieszkaniami, a te mieszkania meblami. Małymi, funkcjonalnymi, ale też prostymi, bo w końcu dla socjalistycznego człowieka. Te rzeczy stanowiły niejako ramę, w której projektant musiał się poruszać. Nie było dużego pola do popisu, przynajmniej w przemyśle. Znów wrócę do Edmunda Homy, który opowiadał, że w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego w Warszawie, to panie projektantki mogły godzinami giąć, bawić się sklejką do krzesła, które i tak nie trafi do mieszkań. W przemyśle nie było na to czasu i zgody. Dodatkowym utrudnieniem dla polskich projektantów był archaiczny park maszynowy. Wiele polskich mebli z tamtego okresu ma kanciaste kształty, proste linie, bije z nich prostota i surowość. Tylko niewiele fabryk posiadało sprzęt na poziomie zachodnim, a jeżeli nim dysponowano, to produkcja była głównie nastawiona na eksport. Wtedy pozwalano puścić wodze fantazji projektantom.

Poznań swojego czasu był stolicą designu meblarskiego w Polsce, działało tu Zjednoczenie Przemysłu Meblarskiego. Jak dotarliście do projektów osób związanych z Poznaniem?

Cieszę się, że wspominasz o Poznaniu. Nie jestem poznaniakiem, więc nie będzie można mnie oskarżyć o patriotyzm lokalny w tym, co powiem. (uśmiech) Tak, Poznań w okresie PRL-u był niekwestionowaną stolicą polskiego meblarstwa. O tym fakcie się zapomina. Jeżeli dziś myślimy o wzornictwie przemysłowym i meblarstwie, to na myśl przychodzi nam głównie Warszawa z Instytutem Wzornictwa Przemysłowego. Faktycznie, to była niesamowita instytucja, wręcz pionierska, która na pewno dała impuls polskiemu meblarstwu. Jednak to dopiero Zjednoczenie Przemysłu Meblarskiego stworzyło z Polski potęgę meblarską. Taka ciekawostka. W latach 1954-1966 w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego opracowano siedemdziesiąt cztery wzory mebli, a w tzw. CORM-ie (Centralny Ośrodek Rozwoju Meblarstwa), który podlegał pod ZMP, mieścił się w Poznaniu i był głównym ośrodkiem projektowym, tych projektów powstało aż pięćset dwanaście. Dla dodatkowego uzmysłowienia tego, co tu się w Poznaniu działo to dodam, że wszystkie komórki wzorcujące znajdujące się przy fabrykach mebli w całej Polsce, w tym samym czasie przygotowały pięćset dziewięćdziesiąt dwa wzory mebli. Chyba nie muszę mówić, ile projektów IWP trafiło faktycznie do Polskich mieszkań, a ile przygotowanych przez Poznański CORM… (śmiech)

Śmiało można powiedzieć, że Poznań dostarczał większość mebli do polskich mieszkań. To tutaj pod kierunkiem Janusza Różańskiego działał zespół ludzi, których zadaniem było opracowywanie wzorów mebli, mających trafić do polskich mieszkań. Część tego zespołu po upadku ZMP przekazywała swoją wiedzę kolejnym pokoleniom projektantów, wykładając na poznańskim ASP (obecnie Uniwersytet Artystyczny). Trzeba tu wspomnieć o takich nazwiskach, jak Kuczma czy Wróblewski. Schemat działania CORM-u polegał na tym, że w tej właśnie jednostce projektowano meble, a ich wykonanie później ZMP rozdzielał po fabrykach, które zostały uznane za najlepsze do ich produkcji.

Dlaczego właśnie Poznań stał się tym centrum, a nie Warszawa?

Moim zdaniem zadecydowały dwa czynniki – lokalizacja oraz MTP. Proszę zauważyć, że wszystkie większe fabryki meblarskie, późniejsze tzw. wielkie kombinaty meblarskie znajdowały się na ścianie zachodniej. Wrocław, Zielona Góra, Swarzędz, Gościcino, Słupsk. W tych miejscach znajdowały się duże poniemieckie fabryki. Z Poznania łatwiej było to wszystko kontrolować. Dodatkowym atutem stolicy Wielkopolski były Międzynarodowe Targi Poznańskie. One pełniły ważną rolę w systemie ZMP. Polska do dziś jest jednym z największych eksporterów mebli na świecie. To właśnie w PRL-u zaczęła rodzić się ta potęga. To tu w Poznaniu odbywały się dwa razy do roku targi meblarskie, na których można było prezentować zachodnim inwestorom nasze meble, a co ważniejsze, oferować im możliwości produkcyjne polskich fabryk. Przecież IKEA jest w Polsce od lat 60. XX wieku, przepraszam, produkuje w Polsce… (śmiech)

Jak dotarliście do tych wszystkich historii? Do ludzi z tamtych lat?

Hmmm… trzeba skończyć historię, mieć masę uporu i cierpliwości oraz trochę szczęścia… (uśmiech) Jeśli chodzi o poszukiwania, to rzeczywiście studia historyczne dużo mi dały. Umiejętność poruszania się po bibliotekach i archiwach to rzecz niezbędna. Całe meblarstwo PRL-u to historia sprzed Internetu, więc tego nie da się odkryć siedząc przed komputerem w domu. Trzeba ruszyć w teren. Miałem to szczęście, że mieszkam w Poznaniu, a to tu mieściła się centrala meblarska. Wiedziałem gdzie zacząć szukać, od jakiej instytucji. Michał też mi niesamowicie pomógł, miał masę świeżego spojrzenia. Kiedy się blokowałem w poszukiwaniach w jakimś miejscu, on zadawał mi masę pytań dotyczących poszukiwań i potrafił wychwycić etapy, które pominąłem. Wpadał czasem na nieszablonowe rozwiązania i namawiał mnie, bym je zrealizował. Poszukiwaliśmy swego czasu projektanta, który zaprojektował jeden z najbardziej popularnych foteli w PRL-u. Udało nam się poznać nazwisko i imię. Dzięki rozmowom z osobami, które pracowały w tym samym zakładzie pracy, ustaliliśmy przedział wiekowy. Wszystkie informacje wskazywały, że ta osoba już dawno nie żyje. Nikt nie miał kontaktu do rodziny. Jak znaleźć rodzinę nieboszczyka? Wpadliśmy na pomysł, by sprawdzić poznańskie cmentarze. Udało się poprzez wyszukiwarkę kwater. Udało się odnaleźć miejsce pochówku osoby, której dane pokrywały się z danymi projektanta. Poprzez administrację cmentarza udało nam się skontaktować z rodziną. Trafiliśmy.

Projekty polskich artystów sztuki meblarskiej w obecnych czasach to prawdziwe perełki. Jakie meble z poprzedniej epoki są teraz najbardziej w trendzie?

Prym głównie wiodą oczywiście meble tych projektantów, których historię udało się odtworzyć. Na pewno poszukiwane są meble poznaniaków Rajmunda Teofila Hałasa, który był profesorem na ASP w Poznaniu, a także Janusza Różańskiego. Hałas był bardzo innowacyjnym projektantem, dużo pracował w sklejce, jego krzesełko z kompletu kombinowanego typ 1329 to na pewno rarytas. Oparcie krzesła przechodzi płynnie w siedzisko i zostało wykonane z giętej sklejki. Widać w tym krześle nawiązanie projektanta do mebli ludowych. Z pewnością perłą, która osiąga wysokie ceny na różnych portalach jest fotel Janusza Różańskiego typ 360. Dla mnie to wręcz kosmiczny projekt. Powstał pod koniec lat 50. XX wieku. Siedzisko tapicerowane, na wygodnych sprężynach osadzone na metalowych chromowanych nogach, a podłokietniki były wykonane z fornirowanej płyty stolarskiej. Świetny projekt! Podobno fotele te trafiły na Kreml! Jakby ktoś pomógł mi to ustalić, to byłbym wdzięczny… Oba projekty mam w swojej osobistej kolekcji, jednak moim prywatnym faworytem i liderem wśród pereł jest krzesło GFM 120 z 1967 r. projektu Edmunda Homy. To prawdziwe cudo! Nawiązujące w swej formie do najlepszych mebli skandynawskich. Do dziś wiele osób sprzedaje ten mebel podpisując „duńskie krzesło”.

 

Jak myślisz – to, co teraz mamy w naszych domach kiedyś również wróci do łask?

IKEI wcale bym tak nie demonizował. Ona zrobiła i robi kawał dobrej roboty, jeżeli chodzi o wzornictwo i urządzanie domu. Przecież te meble są ładne, a legendarna jest już ich żywotność, ale umówmy się, jak kupujemy stolik, strzelam, za 39,99 zł to on nie ma prawa być z drewna. Jakość materiałów kosztuje. Proszę spojrzeć na meble z wyższej półki cenowej, tam już jakość materiałowa idzie znacząco w górę. Porównując to, co robi część dużych i popularnych polskich firm meblarskich, IKEA nadal pod względem designu bije ich na głowę. Druga sprawa, że musimy jeszcze popracować nad sobą. Brakuje w polskiej edukacji przedmiotów artystycznych, które wyostrzają pewne zmysły. Myślę, że to jedna z przyczyn, dla których czasem pada to stwierdzenie, że w polskich domach tylko IKEA, IKEA i IKEA. Ktoś powie, że Polaków nie stać na inne meble. To też fakt. Jednak jak widzę czasem, jakich wyborów dokonują bogaci Polacy, to stwierdzam, że to jednak kwestia edukacji. Janusz Różański, poznaniak, projektant i kierownik wspomnianego przeze mnie CORM-u napisał kiedyś: „Kultura mieszkania nie jest umiejętnością ani powszechną, ani łatwą. Trzeba się uczyć sztuki mieszkania – może nawet pokoleniami”.