Oglądaliście serial The Crown? Tam jest o tym sporo. I nie mam tu na myśli wielkich namiętności ani walk o polityczne wpływy na dworze jej królewskiej mości. Bardziej chodzi mi o dziedziczenie praw do tronu i związane z tym skomplikowane emocje. Chodzi mi o sukcesję. I chociaż nie znam nikogo, kto odziedziczyłby prawa do tronu, to znam osoby, które odziedziczyły coś równie cennego.  Rodzinną firmę. A temat przekazywania i dziedziczenia własnej spuścizny nie jest łatwy dla żadnej z zaangażowanych stron. Ani dla ustępującego (rodzica), ani dla sukcesora (dziecka). Ani w czasach Elżbiety II, ani w czasach biznesów rodzinnych.

Właściciel i spadkobierca. Rodzic i dziecko. Bardzo często inne emocje, inne oczekiwania, inne wizje przyszłości. Jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Dla właściciela firma to bardzo często tak naprawdę pierwsze dziecko, zanim jeszcze urodzą się te „prawdziwe”. Wychuchane, wypielęgnowane, ukochane. Pełne pasji, miłości i zaangażowania. Wyjątkowe. Z którym jest się na dobre i na złe, które napawa dumą w chwilach sukcesu oraz przyprawia o ból głowy i nieprzespane noce w chwilach mniej spektakularnych. To swego rodzaju pomnik, wartość sama w sobie. Aż tu nagle przychodzi moment, że czas się z tym ukochanym, cudownym dzieckiem rozstać – przekazać w ręce swoich prawdziwych dzieci. Oczekując oczywiście, że będą się nim zajmowały przynajmniej tak dobrze jak do tej pory (cudo)twórca, a może nawet i lepiej. A także ochoczo i bez dyskusji. Bo przecież tylko droga i wizja życia (cudo)twórcy jest dobra, a osiągnięty sukces mówi sam za siebie. I tego samego chce dla swoich prawdziwych dzieci, podarowując im z pełnym przekonaniem o słuszności swojej wizji swoje pierwsze, cudowne dziecko.

I tu często pojawia się problem, bo nie zawsze „prawdziwe” dziecko tę wizję podziela i taki prezent chce przyjąć. Z różnych względów. Bo nie jest gotowe, bo ma prawo do własnego życia, swoich wyborów, swoich błędów i wynikających z nich konsekwencji. Bo mimo że podziwia (cudo)twórcę, to samo chce zapracować na własne nazwisko. Bo nie chce spełniać niczyich oczekiwań. Bo nie chce iść tą samą, już wytyczoną ścieżką. Bo chce najpierw spełnić siebie, aby móc docenić to, co otrzymuje i tym samym stać się lepszym człowiekiem. Czasami jednak problem jest głębszy – niechęć do kontynuowania biznesowego dziedzictwa rodziców może wynikać z poczucia braku – miłości, uwagi, akceptacji w dzieciństwie oraz poczucia, że firma zawsze była i jest na pierwszym miejscu, a jedyne co się liczy, to pieniądze.

Kiedy jednak dziecko decyduje się przejąć schedę po rodzicach, warto również zastanowić się, czy nie robi tego tylko dlatego, że czuje się niewystarczająco silne, aby sobie samo poradzić, a wpisanie w rubrykę „zawód – syn/córka” jest najprostszą i najbezpieczniejszą opcją.

Idealna sytuacja jest wtedy, kiedy „prawdziwe” dziecko od początku jest nie tylko szanowane i rozumiane, ale również stale uczone (!) jak kochać i szanować pasję i dorobek rodziców w postaci ich cudownego dziecka – rodzinnej firmy. Wówczas jest największa szansa, że dziecko „prawdziwe” pójdzie za „cudownym” dzieckiem swoich rodziców, traktując je jako coś naturalnego i nie zagrażającego mu na innych płaszczyznach (samorozwoju, pasji) i tak samo jak wcześniej (cudo)twórca będzie chciało tworzyć, rozwijać i kontynuować jego wizję.

Przeprowadzenie efektywnej i satysfakcjonującej dla obu stron sukcesji nie jest prostą sprawą. Kluczem zawsze powinna być rozmowa oraz poznanie i zrozumienie wzajemnych oczekiwań, obaw i motywacji. Może dobrym początkiem ku inspiracji będzie wspólne obejrzenie The Crown?

 

 

Izabela Sowińska-Bajon – absolwentka Wydziału Zarządzania na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, coach i psycholog z dyplomem Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, od lat związana z prywatnym biznesem, współwłaścicielka Kreacji Ciała, gdzie na co dzień pomaga klientom poznać i zrozumieć przyczyny ich problemów.