Mikrofon, głos, muzyka, chórki. Walc, freestyle, samba, jazz. Chef, wrzątek, poché, fondant. Apartament, rezydencja, basen, penthouse. Ale po kolei…

Szaleństwo zaczęło się od śpiewania. Wysyp talent-show z wokalistami w rolach głównych: covery, częste fałsze, ale i przyjemne dla ucha dźwięki. Kilkanaście lat temu pojawiły się pierwsze programy, które wyprodukowały rzeszę śpiewających celebrytów. Stały się również trampoliną dla kilku spektakularnych karier i pozwoliły wypłynąć na powierzchnię show-biznesu naprawdę świetnym głosom, jakimi dysponują między innymi Ania Dąbrowska, Monika Brodka czy Ewa Farna. Kilka formatów, kilka stacji telewizyjnych, malejąca widownia, aż wreszcie śpiewanie zeszło na boczny tor i zastąpione zostało nową, bardziej widowiskową aktywnością. Przez kilka kolejnych lat byliśmy narodem, który zwinnie przebierał nogami w rytmie „trzy-czte-ry”. Prezenterki, aktorki i piosenkarze tańczący na lodzie, na parkiecie, w łyżwach albo zwykłych trzewikach odnajdywali siebie, kobiety odkrywały uśpioną kobiecość, a mężczyźni wygrywali życie. Tymczasem otwieranym na potęgę nowym szkołom tańca dorównywały liczbą wyłącznie dyskonty.

Ile jednak można pląsać na parkiecie? Może by tak zająć się czymś pożytecznym, odpowiednim dla każdego? Sprowadziliśmy więc do Polski programy na licencjach, z których dowiedzieliśmy się, co to znaczy al dente, poznaliśmy nieznany dotąd w kraju format kawy – ristretto, zaczęliśmy stosować orientalne przyprawy, a potrawy rodem z Azji czy Ameryki Południowej podbiły nasze talerze i podniebienia. Kursy gotowania stały się częstą atrakcją firmowych integracji. Po kilku latach i stanie przy garach zaczęło się (nomen omen) przejadać. Nie wspomnę już o tym, że w tzw. międzyczasie te chudsze i ci lepiej zbudowani mogli też zostać topowymi modelami i modelkami, mamionymi szybką światową karierą, która w najlepszym przypadku kończyła się na okładce tygodnika z programem telewizyjnym. Wydaje się, że wszystko już było? Kilka lat temu wraz ze zmianą zasobności portfeli Polaków, a także udzielanymi masowo kredytami hipotecznymi nadeszła nowa moda, która zatacza coraz szersze kręgi, wdzierając się do naszych domów, mieszkań, do naszego życia. Nie musimy znać nut, uczyć się kroków tanecznych ani też potrafić łączyć ze sobą smaków kwaśnych, słonych, słodkich i wytrawnych. Wystarczy, że udamy się do tej jednej jedynej sieciówki i kupimy białe jak śnieg meble do samodzielnego złożenia. Co wprawniejsze ręce mogą wykonać krzesło, stołek, a nawet szafę własnoręcznie, a więc DIY, co tłumacząc na polski oznacza „zrób to sam”, a uczył nas tego już Adam Słodowy.

Śledząc program telewizyjny można śmiało stwierdzić, że staliśmy się specjalistami od urządzania wnętrz. Mnożą się programy, które prowadzone są przez garstkę osób, z których może dwie mają wykształcenie w tym temacie. Znane z mediów osoby, których nazwisk i tak nie pamiętamy, pokazują swoje wielopoziomowe apartamenty. Wnętrza wyglądają na nigdy nieużywane. Wszystko błyszczy, połyskuje i sprawia wrażenie, jakby dopiero co oderwano folię ochronną z frontów kuchennych, jakby wielki karton skrywający designerski fotel wyleciał właśnie przez balkon. Estetycznie, często ascetycznie, czasem na bogato.

Co ciekawe – w kadrach różnych programów powtarzają się książki o designie, czasopisma modowe (w tym znana wszystkim „biblia” mody), albumy ze sztuką oraz książki poświęcone projektantom. Moją ulubioną audycją jest program w odcinkach, w którym znana gwiazda pomaga celebrytom urządzić mieszkanie. Tak naprawdę jest to dla osób znanych z twarzy tylko wymówką, aby pokazać swoje dopieszczone, urządzone w stylu angielskim albo skandynawskim wnętrze i na dwadzieścia minut przypomnieć o sobie. W ten sposób można obskoczyć kilka stacji telewizyjnych i dotrzeć do całkiem sporej widowni, która na szczęście nadal wyposażona jest w piloty. Jeden przycisk i już można oglądać pędzącego przez sawannę lamparta czy polujące surykatki, które na szczęście wszystkie te celebryckie popisy przyjmują z obojętnością.

Krzysztof Koczorowski – od kilkunastu lat zajmuje się projektowaniem marki. Na swoim koncie ma ponad 150 nazw, które stworzył na potrzeby powstających firm, wprowadzanych na rynek produktów oraz usług. Opracował i wdrożył kilkadziesiąt strategii komunikacyjnych zarówno dla międzynarodowych korporacji, jak i firm rodzinnych. W 2010 roku założył Studio Brandingowe KARAT-e. Absolwent programu MBA oraz studiów podyplomowych: innowacyjne zarządzanie marką, projektowanie usług, psychologia w biznesie. // www.karat-e.pl