Jak wprowadzić w swoim życiu zmiany, które przybliżą nas do drogi niekoniecznie zgodnej z oczekiwaniami innych, ale z tym, co jest ważne dla nas? M.in. na takie pytanie pomaga odpowiedzieć Agnieszka Maruda-Sperczak – trenerka biznesu, mówczyni inspiracyjna, mentorka, promotorka przedsiębiorczości kobiet, jedyna trenerka w Europie z licencją na certyfikowane szkolenia z metody Instant Influence – Błyskawicznej Motywacji. Poznanianka z wyboru

Rozmawia: Michał Gradowski

 

Właśnie ruszyła trzecia poznańska edycja Programu Mentoringowego, którego w tym roku jest Pani koordynatorką. Jak taki program wygląda w praktyce?

Całe przedsięwzięcie trwa rok, biorą w nim udział osoby pracujące w poznańskich firmach, a także zarządzające nimi, o różnym doświadczeniu i kompetencjach. W czasie rekrutacji dobraliśmy w sumie 17 par składających się z Mentee i Mentora bądź Mentorki, które będą uczestniczyły w warsztatach poświęconych tematyce świadomego rozwoju zawodowego i pracy nad swoimi kompetencjami oraz warsztatach metodycznie wspierających prowadzenie procesów mentoringowych. Istotą tego projektu są jednak indywidualne sesje mentoringowe, w czasie których Mentor pracuje z Mentee nad celami, które są dla niego/niej ważne.

 

W tym programie występuje Pani w podwójnej roli – koordynatorki i mentorki, ale obecnie skupia się Pani głównie na prowadzeniu szkoleń i warsztatów. Z czym ich uczestnicy mają największy problem – w życiu prywatnym i biznesie?

Problemy są bardzo różnorodne, jednak zazwyczaj można je sprowadzić do dość uniwersalnych schematów. W naszej kulturze w ludziach tkwi głęboki lęk przed zmianą, a także byciem ocenianym przez innych. Zbiorowo „polujemy” na niewiedzę, nieprzygotowanie – zaczyna się już w szkole, w której nie tyle nagradza się za osiągnięcia, co obniża ocenę za każdy błąd. Polacy boją się więc popełniać błędy – a to przecież naturalna faza w uczeniu się nowych rzeczy. Boją się, co inni o nich pomyślą, więc często robią to, czego się od nich oczekuje, zapominając o tym, co jest ważne dla nich samych. To się dzieje często latami, aż w końcu się „ulewa” i ludzie zaczynają szukać swojej drogi. Zwykle zapominamy, że najpierw potrzebujemy zadbać o siebie, by dobrze zatroszczyć się o innych. Tak jak w samolocie – maskę tlenową zakładamy najpierw sobie, później dziecku. Dopiero jeśli sami będziemy mieli siłę i moc sprawczą, będziemy mogli przekazać ją innym.

Bardzo często spodziewamy się też tego, co najgorsze i strach przed czarnym scenariuszem nas paraliżuje, uciekamy przed problemami i działamy dopiero wtedy, kiedy się już „pali”. Znacznie gorzej radzimy sobie z planowaniem celów i myśleniem o tym, co chcemy osiągnąć, szczególnie wtedy, kiedy jest dobrze. Wydaje nam się, że po polsku autentycznie można tylko cierpieć, dlatego nie rozumiemy optymizmu Amerykanów czy Australijczyków. Tak w dużym uproszczeniu można by streścić te główne wyzwania.

Jak często zmiany, które mają swój początek na szkoleniach, są głębokie i trwałe?

Wychodzę z założenia, że trawa nie urośnie szybciej tylko dlatego, że będę za nią ciągnąć. Nie oczekuję od ludzi, że zrobią coś, na co nie są gotowi. Jestem raczej osobą, która przychodzi i proponuje pewne podejście, rozwiązania, narzędzia, ale odpowiedzialność za ich wdrożenie leży już po stronie uczestników warsztatu czy szkolenia. Efekty widać choćby wtedy – i to daje mi dużą satysfakcję – kiedy ludzie wracają i chcą więcej, bo szkolenia dały im coś, co jest dla nich ważne. Czasem dopiero po kilku miesiącach, a nawet latach wraca do mnie informacja o tym, że ktoś stosuje to, czego się ze mną nauczył lub dokonał dobrych dla siebie zmian pod wpływem inspiracji z mojego szkolenia czy wystąpienia. W mojej pracy warto mieć świadomość i wewnętrzną zgodę na to, że pozytywna informacja zwrotna może w ogóle do nas nie dotrzeć, albo trafi do nas dopiero po kilku latach i sama potrzebuję wiedzieć, czy jestem zadowolona z tego, co zrobiłam.

Czasem zdarza się też, że ktoś po prostu nie jest gotowy na żadną zmianę. Zdarzyło mi się, że w czasie szkolenia jedna pani usiadła na podłodze na środku sali i oznajmiła, że to wszystko ją nudzi. Reszty nie nudziło. I to też może się zdarzyć. Zwłaszcza w przypadku ludzi młodych, przyzwyczajonych do powierzchownych i szybkich efektów, którzy unikają także dogłębnych pytań, bo odpowiedzi wymagają wysiłku i mogłyby zaskoczyć. Tego również się uczę i szukam nowych sposobów dotarcia do tej grupy.

 

Lubi Pani swoją pracę, np. występy na scenie z widownią liczoną w setkach, a nawet tysiącach ludzi?

Największa widownia, przed którą do tej pory występowałam liczyła 2,5 tysiąca osób. Czekam na większą. Takie wystąpienia mają swoją dynamikę, wszystko może się zdarzyć. Czasem tzw. „miotacz” slajdów nie zadziała, a perfekcyjnie ułożone dane nagle rozsypują się na prezentacji (pomimo, że zawsze sprawdzam to z reżyserką i w razie potrzeby poprawiam na miejscu). Stojąc na scenie można też usłyszeć słowa koleżanki, która poszła do toalety, ale – ku uciesze publiczności, a mojemu zaskoczeniu– nie odłączyła mikroportu. I trzeba na to jakoś zareagować. W czasie takich wystąpień nie da się przekazać ludziom czy wytrenować konkretnych umiejętności, trudno też osiągnąć trwałą zmianę podejścia czy zachowań, ale można sprawić, że ludzie wyjdą po nich z jakąś ważną refleksją dla siebie, nowym pomysłem czy inspiracją, które później zaprocentują. Prowadzenie warsztatów i szkoleń daje mi mnóstwo satysfakcji i radości. Najbardziej lubię szkolenia dla biznesu w niewielkich, kilkunastoosobowych grupach. Wymiana energii pomiędzy ludźmi jest wtedy bardzo duża. Jednak niezależnie od tego czy prowadzę szkolenie z zarządzania zmianą, warsztaty sprzedażowe czy pobudzania motywacji wewnętrznej, są to szkolenia miękkie – uważam, że procesy są ważne, ale sama ich znajomość nic nie da bez autentycznego zaangażowania ludzi.

Lubię swoją pracę także dlatego, że dzięki niej sporo podróżuję, co umożliwia mi odwiedzanie przyjaciół i znajomych, a to bardzo pomaga w podtrzymywaniu relacji. Zamiast samotnie spędzać czas w hotelu, sączę kieliszek wina i rozmawiam o ważnych sprawach na kanapie przyjaciół.

Coraz popularniejszy coaching kierowany jest głównie do kadry managerskiej. A co z innymi pracownikami?

Pracownicy wyższego szczebla rzeczywiście dominują w projektach coachingowych. Natomiast jeśli chodzi o szkolenia pracowałam też np. dla dużej firmy produkcyjnej ze Szczecina, prowadząc szkolenia motywacyjne dla spawaczy. Nauczyłam się wtedy, że spawanie to trudna sztuka, a najlepsi w tym fachu potrafią robić mistrzowskie spawy. Wiele problemów czy wyzwań w firmach, niezależnie od branży, sprowadza się do niedostrzegania ludzkich potrzeb. W pewnej firmie produkcyjnej wymyślono np. przerwy dla pracowników na produkcji „na zakładkę”, przez co mijali się, nie mogli nawet wspólnie zjeść posiłku. Efekt? Zaczęli przesiadywać dłużej w toaletach, spędzając tam pół godziny zamiast pięciu minut. Kierownictwo zastanawiało się, co się stało z pracownikami, a oni po prostu potrzebowali tego czasu czy też wspólnej przestrzeni dla siebie.

Pani swoją przestrzeń znalazła w Poznaniu. Warto było?

Poznań to moje miasto z wyboru. Przyjechałam tutaj na studia i zostałam. Urodziłam się w Gliwicach, moja mama pochodzi z Wrocławia, a tata z Gródka koło Czarnolasu – tego Czarnolasu Jana Kochanowskiego. Pewnie nieprzypadkowo mieszkam w Poznaniu na ulicy jego imienia. Jako nastolatka zaczytywałam się w „Jeżycjadzie” i oto jako dorosła kobieta zamieszkałam na Jeżycach, które sprawiają, że w Poznaniu można się poczuć jak w małym mieście. Tu w Poznaniu jest mnóstwo zieleni, liczne jeziora (prawie jak na Mazurach) i dużo przestrzeni, a ja z tego wszystkiego bardzo chętnie w wolnym czasie korzystam. Zawsze chętnie pokazuję miasto swoim zagranicznym gościom i zwykle się w nim zakochują.