W czasach kartonowych opakowań z mlekiem nikt już nie pamięta, jak to wyglądało tuż po 1945 roku. W sklepach spożywczych znajdowały się aluminiowe kadzie, z których sprzedawczyni przy pomocy nabierki pół- lub litrowej nalewała biały płyn do naczynia przyniesionego przez klienta. Był to z reguły obtłuczony emaliowany dzbanek.

Tekst: Dobiesław Wieliński

Zdjęcia: Archiwum prywatne autora

 

Później zastąpił go aluminiowy z przykrywką. Ale to dopiero po zbudowaniu huty aluminium w Skawinie. Konwie po mleku wystawiano przed sklep, skąd zabierane były do mleczarni konnym transportem. Takie były realia PRL-u.

Transport był zresztą bardzo ważnym ogniwem. Spółdzielnie mleczarskie powstają masowo pod koniec lat 80. XIX stulecia. Do Poznania mleko i jego przetwory dostarczano koleją oraz zaprzęgami konnymi. Te ostatnie docierały nawet z odległych miejscowości. Sama mleczarnia poznańska posiadała trzynaście zaprzęgów konnych.

Rozwój branży ułatwiał fakt, że zakłady im. H. Cegielskiego oferowały budowę kompletnych obiektów mleczarskich. Do użytku wprowadzano wirówki i filtry do mleka nowej generacji. Urządzano chłodnie do przechowywania mlecznych wyrobów.

Produkty poznańskiej mleczarni rozwoziły konne cysterny. Wyposażone w kranik pozwalały na sprzedaż mleka bezpośrednio na ulicy. Zbiorniki zabezpieczano plombami, celem uniknięcia „chrzcenia” przez woźniców. Później konnymi dorożkami transportowano śmietanę i kefir w butelkach.

Mleko dla miasta dostarczały także mleczarnie w Kościanie, Damasławku, Czempiniu i Strzelnie. Z początkiem XX wieku spożycie mleka w Poznaniu osiągnęło, a nawet przekroczyło przysłowiową szklankę – 0,26 litra. Mimo tego konsumpcja mleka była w Poznańskiem o wiele niższa niż w Niemczech. Miały na to wpływ relatywnie wysokie ceny produktów mleczarskich. W latach poprzedzających I wojnę światową w Poznaniu istniały oprócz Mleczarni Poznańskiej przy ul. Ogrodowej trzy podobne zakłady dysponujące jednak znaczenie mniejszą mocą przerobową. Była to mleczarnia Hoffmana przy Drodze Dębińskiej 11, położona nieco dalej za Drogą Dębińską, Mleczarnia Sanitarna oraz Zakład Kuracji Mlecznej „Schweitzerhof” który sprzedawał produkty przy ul. Głogowskiej w pobliżu Gąsiorowskich. „Szwajcarski Dwór” dostarczał do mieszkań nawet mleko w butelkach, a w lepszych sklepach można było nabyć sterylizowane mleko w puszkach wrocławskiej mleczarni „Jordansmuhl”.

Większość mieszkańców Poznania zaopatrywała się w mleko i jego produkty na targowiskach. Mleko to było jednak gorszego gatunku i dzieci często chorowały. W 1905 roku skażone mleko stało się przyczyną epidemii tyfusu. W rok później władze miasta powołały do życia Miejską Kuchnię Mleczną. Była to mleczarnia usytuowana w przyziemiu budynku restauracyjnego Rzeźni Miejskiej z wejściem od Grochowych Łąk. Zakład przerabiał dziennie do 1500 litrów mleka z kontrolowanych weterynaryjnie obór z okolic Poznania.

Mleko z Kuchni było poddawane nowoczesnej obróbce i w początkach jej istnienia traktowane było jako „kuracyjne” z przeznaczenie dla dzieci i osób chorych.  Z czasem Kuchnia wrosła w organizm miasta i traktowana była na zasadzie miejskiej mleczarni. Od jesieni 1906 roku także w innych dzielnicach miasta pojawiły się punkty sprzedaży „mleka kuracyjnego”. Było też osiągalne w niektórych aptekach.

Branża nieustannie rozwijała się. W 1907 roku w kilku punktach Poznania pojawiły się pijalnie mleka. Na placu Wolności i Chwaliszewie ustawiono kioski z szyldami „Stadttischer Milchverkauf”. Potem przybyły kolejne: przy wejściu do parku Wilsona, na rynku Wildeckim, Jeżyckim i Wiosny Ludów. W każdym z tych punktów można było się napić mleka zimnego lub podgrzanego w butelkach zamkniętych tekturowymi krążkami.  Pojemność butelek była różna: od jednej piątej do litra. Pijalnie mleka spowodowały wycofanie go z aptek. Tym bardziej, że Miejska Kuchnia oferowała mleko po zaniżonych cenach szkołom, urzędom i kasom chorych.

Wybuch I wojny światowej powoduje znaczący upadek branży. Wprowadzone zostają kartki na mleko i masło. Dopiero w 1924 roku następuje odbudowa mleczarstwa. Jednak większość mleczarni stanowi własność niemiecką, w których park maszynowy jest wyeksploatowany i przestarzały. Trzeba było odbudować stada bydła przetrzebione przez armie. Dopiero w 1929 roku we Wrześni powstaje staraniem Wielkopolskiej Izby Rolniczej szkoła mleczarska połączona z zakładem przetwórczym. Przerabiał on do pięciu tysięcy litrów mleka dziennie, a w późniejszych latach nawet trzydzieści tysięcy. To zasługa inżyniera Tadeusza Dziamy, jednego z pionierów wielkopolskiego mleczarstwa.

W dwudziestoleciu międzywojennym nabiałem handlowano na sześciu targowiskach trzy razy w tygodniu. Mleko, śmietanę i masło sprzedawali przekupnie oraz ludność wiejska. Bardziej wymagający klienci nabywali nabiał w trzech firmowych sklepach Mleczarni Poznańskiej oraz Mleczarni Szwajcarskiej z ulicy Kolejowej należącej do hr. Stanisława Turny z Objezierza. Oba zakłady rozwoziły swe produkty pojazdami konnymi. Mimo tego roczne spożycie jest niewielkie. Sięga 72 litrów na głowę.  Pomimo że we Wrześni posiadaliśmy najnowocześniejszy zakład w Europie. Rocznie mleczarnia skupowała 2300 litrów mleka od jednej krowy.

Jednak mleko nadal było zbyt drogie dla wielu mieszkańców. Po demonstracjach bezrobotnych magistrat ustanowił doraźne zapomogi – litr mleka dziennie dla niemowląt, pół litra dla dzieci do lat czterech.

Wybuch II wojny światowej znowu pogarsza sytuację. Niezniszczone zakłady przechodzą pod zarząd okupanta. Wprowadzone zostają obowiązkowe dostawy mleka. Na kartki żywnościowe Polakom przysługuje 0,75 litra na tydzień.

Po wyzwoleniu następuje poważna reorganizacja. Centralizacja branży w postaci Centrali Spółdzielni Mleczarsko-Jajczarskich, utworzenie rejonowych zlewni. Z dniem 1 stycznia 1951 roku wszystkie zakłady mleczarskie zostały upaństwowione, a administrację nad nimi przejął Centralny Zarząd Przemysłu Mleczarskiego. Pojawiają się pierwsze autocysterny. Nie sprawdziła się jednak państwowa forma organizacji mleczarstwa w latach 1951-57, dlatego władze pod koniec 1957 roku zniosły obowiązkowe dostawy i reaktywowały spółdzielczość mleczarską oraz powołały 1 stycznia 1958 roku Związek Spółdzielni Mleczarskich jako organizację naczelną w strukturze spółdzielczości mleczarskiej. ZSM przekształcił się w 1961 roku w Centralny Związek Spółdzielni Mleczarskich. Zainicjowana zostaje akcja „Szklanka mleka dla każdego ucznia”.

W grudniu 1966 roku powstaje wielka mleczarnia na Dębcu. Mleko jest butelkowane i przykryte tekturowym wieczkiem. Potem zastąpionym przez aluminiowy kapsel. Na Dębcu przerabiane jest 250 tysięcy litrów dziennie. Od 1979 roku wspiera ją mleczarnia w Gostyniu. Nadal czynny jest zakład we Wrześni.

W 1985 roku zbudowana zostaje mleczarnia na terenie PGO Naramowice. Produkuje mleko, śmietanę, kefir.

W latach 70. XX wieku rodzi się tradycja dostawy mleka butelkowanego pod drzwi mieszkań. Sceny uwiecznione w wielu filmach tamtej epoki. O co chodziło z butelkami mleka pod drzwiami?

W dobie PRL-u czymś powszechnym było to, że na wielu osiedlach można było wykupić miesięczny abonament na mleko. Płaciło się z góry za miesiąc, a także dawało parę groszy za doniesienie. Dzięki temu mleko codziennie o świcie docierało pod drzwi, na klatkę schodową. Brzęczenie skrzynek i butelek w okolicach sklepów była dla mieszkańców bloków znakiem, że czas wstawać i szykować się do pracy.

Ten system miał również słabe strony. „Dość często zdarzało się jednak, że mleko ginęło. Bywały takie przypadki, że niektóre panie kradły mleko dla swoich dzieci. Trzeba też pamiętać, że klatki schodowe nie były zamykane, więc czasem mleko znikało, pochłonięte przez biesiadników powracających z balangi o poranku. Mieli kaca, więc zaspokajali pragnienie. Aby zapobiec kradzieżom, niektórzy prosili roznosiciela, by dzwonił do drzwi i wymieniali butelkę pustą na pełną. Natomiast zimą bywało, że mleko w ogóle nie docierało. Przy niskiej temperaturze zamarzało i rozsadzało butelki. Nierzadki był widok, że przed sklepem leżała kupa szkła i biała zamarznięta masa.

Dziś usługa donoszenia mleka już nie istnieje. Ale zdaniem wielu była to pozytywna strona PRL-u.

Stopniowo zmieniały się kształt i forma opakować. Szwedzkie „tetrapaki” w kształcie ostrościanu zastąpione zostały przez woreczki z folii. Ale świat powrócił do butelek, jako najwygodniejszej formy przechowywania, transportu i konsumpcji. Dziś plastikowe butelki i kartony całkowicie zastąpiły tamte realia. Krowy mogą być zadowolone widząc, ze ich produkcja nie marnuje się.