Reprezentują rozmaite kraje: Czechy, Ukrainę, Turcję, Estonię, także tak dalekie, jak Filipiny, Brazylia, Peru czy USA. Konsuli honorowych w Poznaniu jest prawie trzydziestu. Pomagają cudzoziemcom, dbają o międzynarodowe kontakty biznesowe i promują kulturę danego państwa. O ich pracy opowiada Włodzimierz Walkowiak, dziekan korpusu konsularnego w Poznaniu i konsul honorowy Wielkiej Brytanii.

Rozmawia: Krzysztof Grządzielski

Zdjęcia: Poznan.pl / UMWW / WUW / Archiwum prywatne

 

Bycie konsulem honorowym wydaje się prestiżowym zajęciem.

To prawda. Powołanie kogoś na konsula honorowego jakiegoś państwa jest z pewnością wyróżnieniem. Jednakże o prestiżu nie świadczy samo nim bycie, ale to jak wypełnia się zadania wyznaczone przez ambasadę do realizacji.

Został Pan konsulem honorowym Wielkiej Brytanii w Poznaniu dwadzieścia cztery lata temu. Jak to się stało?

Tak naprawdę to nie wiem. Sam byłem tym zaskoczony. (śmiech)

Dlaczego?

Nigdy bowiem nie szukałem możliwości czy sposobu na zostanie konsulem. Całe życie zawodowe byłem związany z branżą turystyczną. Przez ponad sześć lat pracowałem w Wielkiej Brytanii. W 1989 roku wróciłem do Polski i założyłem własną firmę zajmującą się głównie organizacją wyjazdów biznesowych. Kiedy odbywały się targi, zawsze odwiedzałem tzw. pawilon brytyjski. Na nich spotykałem pracowników ambasady Wielkiej Brytanii. Pewnego dnia otrzymałem telefon z pytaniem, czy będę miał czas spotkać się z konsulem generalnym. Podczas kolacji rozmawialiśmy, aż nagle padło takie stwierdzenie: „jak już będziesz naszym konsulem, to wtedy…”. I to było dla mnie kompletne zaskoczenie, tym bardziej że w Poznaniu istniał wtedy jedynie konsulat honorowy Holandii. Po sprawdzeniu mojej kandydatury przez brytyjskie i polskie służby dyplomatyczne, w listopadzie 1994 konsulat mógł zostać oficjalnie otwarty.

Na czym zatem polega ta honorowość w byciu konsulem honorowym, a nie zawodowym?

Przede wszystkim nie jesteśmy opłacani, a więc państwo mianujące na tę funkcję tak naprawdę, nie ponosi kosztów. Można by powiedzieć, że to jest taki wolontariat. Zawodowy konsul otrzymuje stałe wynagrodzenie, jest wysyłany do różnych krajów, może awansować lub zająć się dyplomacją. My jesteśmy przywiązani do miejsca i kraju. Różni nas też zakres obowiązków i odpowiedzialności. Konsulowie zawodowi odpowiadają przed swoim państwem. My zaś przed państwem, które nas powołuje do służby.

Jakie zadania ma konsul w ramach tej służby?

Z tym jest bardzo różnie. Każda ambasada ma swoją specyfikę i sposoby współpracy z konsulami. Są takie, które nakładają na nich dość dużo obowiązków. Niektóre wspierają nawet finansowo. W przypadku Wielkiej Brytanii koszty utrzymania biura czy personelu pozostają na moich barkach. Co ciekawe, gdy dwadzieścia cztery lata temu otwierano mój konsulat przy ulicy Obornickiej, to media lokalne pisały „konsulat na peryferiach miasta”. (śmiech) Obecnie biuro już mi nie jest potrzebne. Całą pracę wykonuję zdalnie.

W jakich zatem sytuacjach konsul pomaga cudzoziemcom?

Głównie w nagłych i losowych, a bywają one rozmaite. Zdarzały mi się nieraz kontakty z policją, gdy Brytyjczyk padł ofiarą przestępstwa lub sam je popełnił. Były sytuacje pobytu Brytyjczyków w szpitalach, wypadki drogowe, a nawet przypadki zgonów. Tak naprawdę, jako konsulowie, musimy być zawsze gotowi do niesienia pomocy, kiedy obywatel jakiegoś państwa takiego wsparcia potrzebuje.

Bardzo wiele rzeczy zmieniło się w Polsce od momentu kiedy został Pan konsulem. Jesteśmy już choćby w Unii Europejskiej czy w strefie Schengen. Jak te zmiany wpływały na Pana pracę konsularną?

Rzeczywistość faktycznie się zmieniła. Dla przykładu: zanim weszliśmy do UE, każdy Brytyjczyk, który przyjeżdżał do Poznania zostawiał w konsulacie kopie swojego paszportu i dane kontaktowe. Miałem więc kartoteki przyjeżdzających i doskonale wiedziałem, ilu Brytyjczyków jest aktualnie w mieście. Obecnie nie mam już pojęcia. Co też ciekawe, przed UE, Polki wyjeżdzały do Wielkiej Brytanii szukać męża Brytyjczyka, a teraz to Brytyjczycy przyjeżdzają do Polski, by ożenić się z Polką.

A po brexicie nie przybędzie Panu pracy?

Oczywiście wszyscy dziś zastanawiają się, jak to będzie wyglądało. Póki co, z zapowiedzi wynika, że nic się nie zmieni, jeśli chodzi o relacje polsko-brytyjskie i sytuację Polaków w Wielkiej Brytanii, jak i Brytyjczyków w Polsce.

Dziekanem korpusu konsularnego jest zawsze konsul najstarszy stażem. Czy dla Pana ta funkcja oznacza dodatkowe obowiązki?

Tak naprawdę sam sobie wyznaczam te obowiązki. Czuję się odpowiedzialny za cały ten korpus. Pilnuję zawsze, by jego delegacja brała udział w różnych, oficjalnych uroczystościach w mieście. Spotykamy się też z władzami Poznania czy województwa. Dobrze się składa, że jestem już na emeryturze i mam na wszystko więcej czasu. Wielu kolegów i koleżanek konsuli jest aktywnych zawodowo. Część z nich ma pracy realnie mniej. Inni, jak aktualnie konsul Ukrainy ze względu na dużą imigrację, mają jej bardzo dużo. Stąd niektórym pomagają w konsulatach asystenci.

A czy konsul honorowy ma jakieś przywileje?

Mamy jedynie legitymacje konsularne wydawane przez MSZ. One dają nam immunitet i zobowiązują służby danego państwa, by udzielić konsulowi wszelkiej pomocy, ale tylko wtedy, gdy wykonuje swoje działania konsularne.

Podsumowując, warto było zgodzić się dwadzieścia cztery lata temu?

Zdecydowanie tak! W tej pracy miałem szczęście być zaproszony z rodziną na garden party do Buckingham Palace. W Warszawie byłem przedstawiony królowej Elżbiecie II i księciu Filipowi oraz księżnej Kate i księciu Williamowi. Byłem również zaproszony na kolację z księciem Karolem i księżną Kamilą do Pałacu Prezydeckiego. Miałem też okazję poznać premiera Tony’ego Blaira jak i wiele innych osób. Zatem oprócz pomocy Brytyjczykom, poznałem także ludzi, których być może nigdy bym nie spotkał.