Kiedyś skrupulatnie zbierałam wszystkie recenzje, zdjęcia ze spektakli. Teraz wiem już, że to zawód tak ulotny, tak szybko przemijający, że trzeba cieszyć się każdym momentem wejścia na scenę, każdym kontaktem z publicznością. I robić wszystko, żeby ją uwieść – mówi Irena Dudzińska, aktorka Teatru Nowego w Poznaniu, która w tym roku świętuje 50-lecie pracy artystycznej. Już 16 marca zobaczymy ją w monodramie Co się właściwie stało z Betty Lemon? w reżyserii Mikity Valadzko

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Jakub Wittchen

Teatr jest dla Pani ciągle miejscem zaskoczeń?

Rutyny nie ma, każda nowa sztuka przynosi nowe oczekiwania, nowe wyzwania. To trudna praca na własnym organizmie. Trzeba ciągle szukać w sobie tego, o czym czasem nawet nie wiemy, że to w nas jest. Dobrze, jeśli trafi się na reżysera, który skłania do takich poszukiwań. Z dużą przyjemnością mogę powiedzieć, że miałam wielkie szczęście do inspirujących spotkań z reżyserami:

Krystyną Meissner, Aliną Obidniak, Bogdanem Hussakowskim, Mikołajem Grabowskim, Krystianem Lupą, Pawłem Szkotakiem czy dyrektorem Piotrem Kruszczyńskim, dzięki któremu mam obecnie okazję pracować z bardzo młodym reżyserem z Białorusi – Mikitą Valadzko. Spotkanie z reżyserem, który zadaje pytania, który jest dociekliwy i wymagający, który swoje racje potrafi przekazać w taki sposób, że nie mam żadnego oporu, aby sprawdzić, co proponuje – to fenomenalna sprawa. Jego uwagi są szalenie trafne, to wnikliwy obserwator, często zauważa rzeczy, do których ja – improwizując na początku – nie przywiązuję wagi. Nigdy nie mówi „ja bym chciał”, tylko „nam potrzeba”, „musimy razem poszukać”, „my jeszcze tego nie rozumiemy”. Jestem tym człowiekiem zachwycona – jeżeli spektakl będzie tak dobry, jak nasza współpraca, to będę bardzo szczęśliwa.

 

Czy zaraz po spektaklu aktor wie, czuje, że się udało?

Aktor ma bardzo czułe ucho na to, z jakim rodzajem ciszy się spotyka. Czasem wie, że ta cisza jest wynikiem ogromnej koncentracji, którą wywołał swoją grą. Wtedy jak widzowi spadnie program z kolan, to jest huk. Ale jest też cisza wynikająca z kompletnego braku zainteresowania. Zawsze uważałam, że wina jest wtedy na scenie. Jeśli publiczność nie daje się zabrać ze mną w drogę, którą im proponuję, to znaczy, że ja źle tę drogę pokonuję. Wiadomo też oczywiście po brawach – są brawa uprzejmościowe i te autentyczne, wynikające z akceptacji.

Kiedy gram na Małej Scenie, staram się nie patrzeć na publiczność, żeby mnie nikt ani nic nie zdekoncentrowało. Po kilku kwestiach najczęściej już jednak wiemy, czy mamy publiczność za sobą, czy następuje wymiana energii między nią, a aktorami. Wtedy czujemy, że to, co mówimy rezonuje po drugiej stronie.

Role zostają w głowie?

Najtrudniejszy jest okres prób. Nie można się wtedy oderwać, zapomnieć. Jest wiele bezsennych nocy, dopóki nie dojdzie do pierwszego kontaktu z publicznością, która wszystko weryfikuje. Pełna gotowość musi być do ostatniej chwili – czasem i na trzeciej generalnej próbie wszystko wywracamy do góry nogami.

Później jest już łatwiej – coś tam wcześniej zafiksowaliśmy z reżyserem i nie musimy już szukać, ale wtedy rozpoczyna się budowanie w sobie ciągle na nowo tej energii, tych intencji, tej siły przekazu. Wszystkiego tego, co sprawia, że przychodzi Pan do teatru, słucha i patrzy, i nie zostawia to Pana obojętnym.

Wracając do najnowszego spektaklu – Co się właściwie stało z Betty Lemon? na podstawie sztuki Arnolda Weskera – kim na scenie będzie tytułowa Lemon? Zrzędliwą, nienawidzącą całego świata samotną staruszką czy kobietą o ogromnym harcie ducha? 

Ten spektakl ma kilka warstw, kilka poziomów, których dotyka. Spojrzymy na Betty Lemon przez pryzmat jej życia rodzinnego, przeszłości, doświadczenia, ale też szeroko pojętej polityki. To będzie kameralne przedstawienie, w którym starsza pani – niepozbawiona poczucia humoru, dosyć złośliwa – dochodzi do ciekawych, uniwersalnych konkluzji. W podobnej sytuacji może się znaleźć wiele kobiet, ale też dla mężczyzn będzie tam sporo ciekawych refleksji. Tekst dramatu powstał w 1986 roku, ale jest zdumiewająco aktualny. Znałam go już od kilku lat, ale musiałam się do niego zestarzeć.

Dużo się zmieniło na teatralnych scenach przez te 50 lat?

Na pewno bardzo zmieniła się estetyka teatralna w ogóle – nie mówię tutaj o Teatrze Nowym. Kiedyś chodziło się do teatru po wzruszenie, refleksję, po kontakt z zupełnie inną rzeczywistością. Obecnie coraz częściej to, co widzimy na scenie, niewiele się różni od tego, co możemy zobaczyć na ulicy. Brakuje mi też wyjątkowych scenografii z wyraźnym rysem artystycznym i rozbudowaną metaforyką. Pamiętam jak w Teatrze Polskim we Wrocławiu swego czasu oglądałam Jak wam się podoba Szekspira w reżyserii Krystyny Skuszanki, ze scenografią Krystyny Zachwatowicz, żony Andrzeja Wajdy. Sceny w Lesie Ardeńskim przenosiły widzów w tajemniczy, magiczny świat – nad pochylonym, okrągłym, wielkim ciemnozielonym podestem wisiała ogromna złota gałąź jemioły, a aktorzy ubrani na biało przemykali przestrzeniami pomiędzy liśćmi. Sceny dworskie aktorzy odgrywali natomiast w przepysznych kostiumach. Jakie to było bogactwo tkanin! Dzięki temu widzowie poznawali w teatrze nie tylko konkretną historię, ale też mogli się dowiedzieć, jak ubierali i zachowywali się ludzie w XVI wieku. Intencją teatru nie było powielanie życia. Żałuję, że teatr tak rzadko obecnie korzysta z tradycji, że dominuje postdramaturgia. Brakuje mi teatralnej szlachetności w treści i estetyce, przekonania, że bez slajdów, wideo i nowoczesnych instalacji też można coś ważnego przekazać.