Dla większości ludzi zdjęcia z miejsca zbrodni są dowodem okrutnej brutalności. Ja patrzę na zdjęcie, miejsce czy ciało ofiary i dociera do mnie coś innego, nieuchwytnego… Dla mnie to nie jest statyczne zdjęcie, w mojej wyobraźni wyświetla się film – mówi poznańska pisarka Joanna Opiat-Bojarska

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Beata Cichecka

 

„Cudownie jest robić to, co się kocha. Nawet jeśli to polega na myśleniu o tym, jak i czym kogoś uśmiercić” – napisała Pani na swoim blogu. Gdyby miała Pani porównać swoje życie przed wydaniem pierwszej książki i to obecnie, jakie byłyby największe różnice?

Przed debiutem zajmowałam się nieruchomościami. Teraz właściwie robię to samo – martwy człowiek jest nieruchomy, a ja planuję jak skutecznie się go pozbyć. (śmiech) Tak naprawdę moje życie zmieniło się diametralnie. Nigdy nie marzyłam o napisaniu książki. To nie była moja bajka. Studiowałam zarządzanie inwestycjami i nieruchomościami. Byłam przekonana, że emerytura zastanie mnie w dyrektorskim fotelu jakiegoś dużego centrum handlowego. Realizując ścieżkę zawodową spotkałam się z niechęcią co do mojej płci. Pamiętam proces rekrutacji na stanowisko dyrektora zarządzającego znanymi centrami  handlowymi. Pracodawca miał na ostatnim etapie do wyboru mnie – młodą bezdzietną kobietę z kierunkowym wykształceniem, wiedzą na temat marketingu, ekonomii i doświadczeniem oraz starszego mężczyznę o wykształceniu budowlanym. Wybrał mężczyznę. Wielokrotnie słyszałam, że gdybym była mężczyzną, byłabym wymarzonym pracownikiem. To dlatego otworzyłam własną firmę. Wracając jednak do zmian. Dwa lata temu całkiem wycofałam się z prowadzenia firmy. Nie jeżdżę już codziennie do pracy do miasta. Siadam za to przed komputerem i piszę. Nie wiem, czy największa różnica nie byłaby widoczna przy porównaniu przekroju poprzecznego mojego mózgu – sprzed debiutu i teraz. (śmiech) Kiedyś byłam umysłem ścisłym. Teraz stanowię dziwną mieszankę humanizmu i konkretów.

 

Pani przygoda z pisaniem zaczęła się od choroby, zespołu Guillain-Barre, która objawiła się uszkodzeniem nerwów ruchowych. W jednej chwili ciało przestało działać. Na bazie tych doświadczeń powstała książka Kto wyłączy mój mózg?.  Jak z perspektywy czasu patrzy Pani na te wydarzenia?

Kiedy dziesięć lat temu leżałam w szpitalu całkowicie sparaliżowana, zadawałam sobie pytanie: dlaczego ja? Teraz już wiem. Gdyby TO się nie wydarzyło – nie zaczęłabym pisać. Byłam tak bardzo skupiona na pracy, że nie zauważyłabym subtelniejszych znaków. Musiałam dostać obuchem w głowę.

Najpierw były powieści obyczajowe, później kryminały. Czy forma i wymogi gatunku mają dla Pani duże znaczenie?

Największe znaczenie ma dla mnie historia. To do niej dobieram formę oraz  sposób narracji. Zadebiutowałam powieścią autobiograficzną. Przez chwilę pisałam powieści obyczajowe, wzbogacając je o tematy trudne społecznie. Do czasu, kiedy moja znajoma powiedziała: „wiesz, podobno powieść obyczajową może napisać każdy, ale żeby napisać dobry kryminał, trzeba mieć talent”. Zawsze uwielbiałam czytać kryminały, więc pomyślałam sobie z przekorą: „Talent? Świetnie, muszę sprawdzić, czy go mam.”

Pisze Pani w dość zawrotnym tempie – książka co pół roku. Jak to wygląda w praktyce? Pomysł, research, a później systematyczna praca? Jakieś pisarskie rytuały?

Pół roku na książkę to nie jest zawrotne tempo. Jestem pracoholikiem i piszę na pełen etat. No dobrze, czasem może nawet na dwa etaty (jeśli historia pochłonie mnie zbyt mocno). Mniej więcej miesiąc potrzebuję na znalezienie inspiracji: prawdziwych spraw, doniesień medialnych, tematów tabu. Jak już coś  zaskoczy, szukam konsultantów, czyli osób, które w krótkim czasie mogą przekazać mi swoją specjalistyczną wiedzę. Nie wyobrażam sobie pisania o czymś, o czym nie mam pojęcia. Jeśli np. planuję transakcję sprzedaży nerki w Koneserze, to muszę wiedzieć wszystko na temat długości „życia” nerki poza ciałem dawcy, zgodności tkankowej dawcy i biorcy oraz liczby personelu dokonującego transplantacji. Czasami inspiracje same przychodzą do mnie. Kiedyś, kiedy byłam w fazie poszukiwania odpowiedzi o czym będzie Gra o wszystko, spotkałam pewnego mężczyznę. Rozmawialiśmy na różne tematy, aż nagle on powiedział: „wiesz, bo ja tak naprawdę mam kilkanaście lat, to znaczy moja pamięć działa od kilkunastu lat, bo kiedy byłem na studiach zachorowałem i całkowicie straciłem pamięć. Nie wróciła. Wszystkiego musiałem uczyć się na nowo”. Opowiadał mi o tym, że koledzy pokazywali mu dziewczynę, w której kochał się w szkole podstawowej, a on nie kojarzył ani dziewczyny, ani uczucia zakochania. Słuchałam jak zaczarowana, bo właśnie przyszła do mnie odpowiedź na pytanie, jaki wątek pojawi się w książce.

Po zebraniu inspiracji, uporządkowaniu ich, przygotowaniu konspektu powieści zaczyna się zwyczajne pisanie – czyli wypełnianie powieści tekstem. To zdecydowanie najbardziej żmudna część mojej pracy. Kilka miesięcy stukania w klawiaturę i przebywania w fabule, o której nikt, poza mną, nic nie wie. (śmiech)

W swoich książkach porusza Pani bardzo szerokie spektrum tematów dość odległych od powszechnych doświadczeń – od dopalaczy po handel organami. Czy stykanie się tymi nowymi światami jakoś Panią zmienia i przenika do rzeczywistości? 

Poznawanie nowego świata to dla mnie zawsze wyzwanie – bo zazwyczaj muszę pokonać trochę trudności zanim się do niego dostanę – i źródło niesamowitej energii. Czy to mnie zmienia? Chciałabym odpowiedzieć, że nie, ale… zdaję sobie sprawę z tego, że dostęp do kolejnych półek z wiedzą, często taką, którą muszę zachować tylko dla siebie, odkłada się w mojej świadomości. Najwidoczniejszą zmianę obserwuję w najbliższym otoczeniu. Kiedyś mogłam godzinami dyskutować z mężem o planowaniu morderstw czy o miejscach/ludziach/przedmiotach, które mnie inspirują. Potem weszłam na wyższy poziom „kryminalnej specjalizacji”, a mąż zaczął mówić: stop, więcej nie chcę wiedzieć. Nie czuł się komfortowo słuchając o na przykład o moich wizytach w Zakładzie Medycyny Sądowej, o tym jak niesamowicie wygląda przestrzelona wątroba. Mówiłam więc coraz mniej. Teraz zatrzymuję dla siebie ponad dziewięćdziesiąt procent informacji, które do mnie docierają. Nie widzę np. sensu w opowiadaniu o zdjęciach, które widziałam. Zdjęciach zgwałconej i zamordowanej dziewczynki w wieku mojej córki. Bo dla większości ludzi takie zdjęcia to dowód okrutnej brutalności. Ja patrzę na zdjęcie, miejsce czy ciało ofiary i dociera do mnie coś innego, nieuchwytnego… Dla mnie to nie jest statyczne zdjęcie. W mojej wyobraźni wyświetla się film – dziewczynka wracająca z kościoła, napastnik się czai, atakuje, następuje między nimi wymiana energii. Jeśli to, co widzę potrafi mnie poruszyć, to znak, że znajdzie się w książce [wątek dziewczynki można znaleźć w Grze o wszystko – przyp. red.].

Jakie rodzaje interakcji z czytelnikami lubi Pani najbardziej? Czyta Pani opinie na temat swoich książek?
Najbardziej cenię sobie kontakty osobiste, ale z tych internetowych też czerpię energię. Czytelnicy pomagają mi podczas pisania, np. Ania testowała ostatnio czy w bagażniku Punto zmieści się ciało. Z uwagi na to, że zawsze inspirują mnie prawdziwe zdarzenia czasem zdarzają się ciekawe rozmowy. Ostatnio odebrałam wiadomość od policjanta, który po lekturze opowiadania Modus vivendi napisał: „z coraz większymi rumieńcami na twarzy i niedowierzaniem czytałem każdy kolejny wers. Historia, którą Pani opisała dotknęła mnie osobiście, uczestniczyłem w oględzinach na miejscu zdarzenia.”

W Wielkopolskim Słowniku Pisarek można przeczytać o Pani: „poczęta, urodzona i mieszkająca w Poznaniu, absolwentka poznańskiej Akademii Ekonomicznej”. Czy ta „poznańskość” jest dla Pani ważna?

Z trzynastu moich książek – akcja dwunastu umiejscowiona jest w Poznaniu. Może Pan z nimi spacerować po Poznaniu i sprawdzać, czy Opiat-Bojarska na pewno trafnie opisała miejsca, które Pan mija. To chyba mówi samo za siebie.