W latach 50. minionego stulecia liczba lekarstw w poznańskich aptekach ograniczała się głównie do proszków na ból głowy, wody utlenionej, kilku maści, bandaży i plastrów do ich przyklejania. Większość medykamentów farmaceuta sporządzał sam. Maszerowałem zatem do najbliższej apteki z receptą, której i tak nie potrafiłem odczytać.

Tekst: Dobiesław Wieliński

Była nią istniejąca do dziś apteka na Garbarach, opodal skrzyżowania z Groblą. Przypominała komnatę tajemnic Harry’ego Pottera. Panował w niej półmrok i cisza. Wysokie aż po sufit ciemne szafy podzielone były na dziesiątki szufladek opisanych porcelanowymi szyldzikami, kryjącymi substancje znane tylko aptekarzowi. Na półkach stały dziesiątki szklanych i porcelanowych pojemników wyraźnie opisanych, by nie było pomyłki. Kryły rozdrobnione często o dziwnej nazwie zioła, sproszkowane substancje, dziwne smarowidła. Było to tak zwane repozytorium. Za ladą kręcili się ludzie w białych kitlach, bezbłędnie odczytując zapisane recepty i wyszukując zamawiane leki. To wszystko tworzyło niesamowity klimat. Apteka była komnatą, gdzie powstawały medykamenty mające ratować życie człowieka. Panowała niczym niezakłócana cisza i powaga.

Jednak gotowych lekarstw nie było wiele. Trzeba było je przygotować przy użyciu bardzo dokładnej wagi. Przemysł farmaceutyczny nie istniał. Konieczne było sporządzanie różnych syropów czy maści z kilku składników, które skrzętnie ukryte były w którejś z tych setkach szufladek. Wtedy dostawało się maleńki kwitek z numerem zlecenia do późniejszego odbioru. Z reguły następnego dnia. Oznaczało to drugą wizytę w aptece. Syropy, mazidła antyreumatycznie z reguły umieszczano w szklanych butelkach z brązowego szkła, maści w tekturowych pudełkach. Całość owinięta była banderolą tzw. sygnaturką z nazwą leku i sposobem używania, dociśniętą gumową recepturką.

 

W aptece starszy pan pyta: „Czy mogę prosić o jedno opakowanie acidum acetylosalicynum”? – Chodzi panu o aspirynę? – dopytuje farmaceutka.
– Właśnie. Dziękuje pani za podpowiedz. Ja nigdy nie mogę zapamiętać tej nazwy.

 

Stara recepta na świerzb składała się z siarki, terpentyny, żółtka z jaja i masła. Najczęstszymi składnikami leków były: spirytus, woda, cukier, rozmaite kwasy i olejki. Jeśli trzeba było podać żelazo – w pospolite jabłko wbijano gwoździe i moczono w spirytusie. Zapamiętałem też wielką metalową kasę, na której kasjerka nabijała koszt lekarstwa. Na stojącym opodal stole krytym zielonym suknem stała karafka z wodą. Można było z niej skorzystać w przypadku spożycia na miejscu tabletki na ból głowy.

Apteka na Garbarach zaliczała się do prestiżowych w mieście, obok takich, jak Pod Złotym Lwem, Pod Białym Orłem czy Czerwona Apteka. Wszystkie były zbliżone do siebie wystrojem.

Rodowodem poznańskie apteki sięgają XV wieku. Aptekarze należeli wtedy do jednego cechu ze złotnikami, malarzami i hafciarzami jedwabiu. Organizacja zrzeszała również pomocników aptekarskich, tak jak czeladników w każdym innym zawodzie. A jedną z pierwszych była prowadzona przez Piotra Świdra.

Dopiero w 1718 roku decyzją rady miasta powołano pierwszą organizację aptekarską  Confraternitas Pharmacopolarum. Dawne naczynia apteczne wytwarzano z alabastru, drewna cyny, a później porcelany i szkła. Sprzęt laboratoryjny jak kotły, moździerze, wagi, destylatory produkowano z miedzi, brązu i mosiądzu. W poznańskim Muzeum Farmacji znajduje się moździerz wykonany z żeliwa. Do wytwarzania pigułek służyła pigulnica; forma, do której wlewano sporządzoną masę, by zastygła w kształcie okrągłych tabletek.

W małych miejscowościach apteki posiadały niewielkie ogródki lub szklarnie, gdzie uprawiano zioła niezbędne do receptury lekarstw. Apteki dworskie produkowały powidła, marynaty, korzenie. Dwory oddalone od miast i przyjmujące znamienitych gości musiały być samowystarczalne. Dlatego w aptekach produkowano pomady, mydła, świece, nalewki. Dla oczyszczenia powietrza stosowano kamforę, ocet, kadzidło, aromatyczne zioła i liście wierzbowe. Jako środki ochronne od zarazy sporządzano napary z jałowca weneckiego, korzeni i wszelkie środki przeczyszczające.

 

– Dlaczego sprzedałeś panu, który miał kaszel, środek na przeczyszczenie?
– Popatrz przez okno – stoi teraz na ulicy, bo boi się kaszlnąć!

 

Początki aptekarstwa szpitalnego sięgają roku 1825. Wtedy w szpitalu przy pl. Bernardyńskim aptekę organizują zakonnice. W tym czasie zachowała się jedynie Apteka Czerwona. Niemcy nie udzielali Polakom koncesji na prowadzenie aptek. Ponadto obowiązywał nakaz zaopatrywania się instytucji niemieckich tylko w niemieckich aptekach.

Aptekarze poznańscy upodobali sobie Stary Rynek. Właśnie tu najchętniej lokowali apteki. Były czasy, kiedy w tej części miasta działało ponad 30 aptek. Najstarsze to Czerwona Apteka, Pod Białym Orłem i pod Złotym Lwem. Nazwy aptek nawiązywały do symboli otaczających zwierzęta. Orzeł oznaczał mądrość, lew – siłę, a łabędź – czystość.

Apteka Pod Białym Orłem istniała już w 1493 roku. Prowadził ją Vincensius, zarazem ławnik i radny miejski. W 1810 roku dom z apteką, na mocy testamentu, przejął Fryderyk Beniamin Wosidło, który wprawdzie stracił kamienicę na trzy lata, lecz utrzymał aptekę i prowadził ją wzorowo, co wykazała przeprowadzona kontrola. W 1823 roku Fryderyk B. Wosidło został mianowany radcą municypalnym. Po jego śmierci w 1831 roku administratorem apteki został Edward Ferdynand Wagner, który ożenił się z córką Fryderyka i odkupił dom z apteką od teściowej. W tym czasie apteka miała opinię najznaczniejszej w Poznaniu. Zatrudniał w niej dwóch prowizorów i dwóch uczniów, zaś w ogrodzie przy ul. Św. Marcin utrzymywał hodowlę powszechnie wtedy stosowanych pijawek. W 1850 dom z apteką kupił Antoni Jagielski, właściciel fabryki sztucznych wód mineralnych. Aby dostać szklankę wody musującej, trzeba było wcześniej zaopatrzyć się w żeton. Jego syn Bolesław odsprzedał aptekę Józefowi Gierłowskiemu. Później zarządzał nią Leon Szymański, a następnie dyrektor firmy farmaceutycznej Haleza – Kazimierz Skarżyński.

 

Przychodzi małe dziecko do apteki i pyta: „Czy to pani sprzedaje tran?!”.
– Tak, to ja.
– Ty ŚWINIO!!!!

Drugą nieprzerwanie działającą apteką jest apteka Pod Złotym Lwem. Powstała w 1710 roku i związany jest z nią Józef Jasiński, który prowadził ją przez 22 lata. W 1805 roku na przetargu publicznym nabył aptekę za pięć tysięcy talarów Augustyn Kolski, pochodzący z Kargowej. O patriotycznej postawie i społecznym zaangażowaniu rodziny Kolskich świadczy, m.in. nabycie przez Eleonorę Kolską, żonę Augustyna, dwuipółtysięcznej talarowej akcji budowy „Bazaru” – ostoi polskości w Poznaniu i ofiarowanie na budowę pięciuset talarów. W aptecznym domu Kolskich mieszkał, po uzyskaniu dyplomu lekarza w Berlinie, dr Karol Marcinkowski, obecny patron Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Był on lokatorem w kamienicy aptecznej do 1835 roku, tj. do śmierci Augustyna Kolskiego. Następnym właścicielem Apteki „Pod Złotym Lwem” był aptekarz Marian Dalski, pochodzący z Grodziska Wielkopolskiego. Dalski specjalizował się w obrocie lekami homeopatycznymi. Zmarł w 1930 roku, a aptekę przejął jego jedyny syn Bogdan, który po ukończeniu studiów w 1934 roku uzyskał dyplom magistra farmacji na Oddziale Farmaceutycznym Uniwersytetu Poznańskiego. Jako jeden z niewielu aptekarzy produkował w aptece tabletki, pastylki, różne maści i specyfiki farmaceutyczne.

W chwili wybuchu powstania wielkopolskiego Niemcy posiadali 100 aptek, a Polacy 57. Oczywiście włączyli się oni licznie w szeregi powstańcze. Apteki istniały przy szpitalach polowych, a po zakończeniu walk utworzyli Towarzystwo Aptekarzy Kondycjonujących.

 

            Dawno, dawno temu, za poprzedniego reżimu, kiedy to sklepy świeciły pustkami, pustawe bywały również apteki. Do takiej apteki wchodzi facet straszliwie zachrypnięty:
– Ma pani akron?
– Niestety.
– A chlorchinaldin?
– Przykro mi.
– To co mi pani może polecić?
– Niech panu żona jajka ukręci.
– Pani jest bez serca. Do widzenia pani!

 

Poznańscy aptekarze przyczynili się także do powołania w Poznaniu studiów farmaceutycznych. Ich powstanie przypisuje się Józefowi Jasińskiemu, właścicielowi apteki Pod Złotym Lwem, naczelnikowi wydziału aptekarskiego i farmakologicznego w departamencie zdrowia publicznego ministerstwa. Przesłał on do komisji organizacyjnej Uniwersytetu Poznańskiego projekt kształcenia farmaceutów. Nauka odbywała się według wzorów niemieckich i obejmowała cztery trymestry. Absolwenci otrzymywali tytuł aptekarza aprobowanego przyznawany przez komisję państwową, której przewodniczył prof. chemii Antoni Korczyński. Na potrzeby wydziału zaadaptowano pomieszczenia Zamku Cesarskiego. A w czasie Pewuki zorganizowano zjazd aptekarzy słowiańskich. Dopiero w 1930 roku oddział farmaceutyczny znalazł siedzibę w budynku Collegium Chemicum przy ul. Grunwaldzkiej. Bilans międzywojennej dydaktyki to 886 magistrów farmacji, 24 doktorów i 5 habilitacji. Na Sołaczu utworzono ogród roślin lekarskich. W ten sposób wspierano apteki w niezbędne produkty.

Niestety w wyniku drugiej wojny światowej Poznań stracił 25 procent czynnych zawodowo farmaceutów. Zginęli zamordowali lub zaginęli w nieznanych okolicznościach. W 1945 roku w oswobodzonym mieście rozpoczęło działalność siedmnaście aptek. W niespełna rok po wojnie w Poznaniu odbył się Zjazd Aptekarstwa Ziem Zachodnich. Jednak nowy ustrój nie był aptekom przychylny. W październiku 1947 roku powołano Zjednoczone Apteki Społeczne, jako przedsiębiorstwo państwowe. Rozpoczęła się nacjonalizacja i przejmowanie placówek. Dekretem z 8 stycznia 1951 roku wszystkie apteki przejęte zostały przez Skarb Państwa. Dochodziło do absurdów. W Poznaniu zamierzano w miejsce domu towarowego na pl. Wolności utworzyć aptekę obsługującą pięćdziesiąt tysięcy osób. Sytuacja odmieniła się dopiero z momentem transformacji gospodarczej lat 90. Już w sierpniu 1990 roku w Poznaniu istniały dwie prywatne apteki. Stały się placówkami handlowymi.

 

Przychodzi krasnoludek do apteki:
– Poproszę aspirynę.
– Zapakować?
– A nie, poturlam…

 

Dziś nadal przygotowuje się niektóre leki z mieszanki składników, choć apteki pełne są opakowań z nadrukiem: „Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu”.

 

Przychodzi facet do apteki i nieśmiałym głosem mówi:
– Nervosol poproszę.
– Co proszę?
– NERVOSOL k**wa!

 

Dawne czasy przypomina jedno z nielicznych w kraju Muzeów Farmacji w Poznaniu. Wejście do środka pozostawia niezapomniane wrażenia. Zabytkowa izba dyspensacyjna z przełomu XIX i XX wieku (przeniesiona z apteki w Miłosławiu koło Wrześni) wywołuje niekłamany podziw i jednocześnie żal, że we współczesnych aptekach nie ma już takich wnętrz. Większość eksponatów to darowizny i depozyty od wielkopolskich farmaceutów i ich spadkobierców. Są nimi naczynia apteczne pochodzące z przełomu XIX i XX wieku (najstarsze z końca XVII wieku) wykonane z cyny, białego i barwionego szkła, z drewna, porcelany i kamionki. Pośród nich na półkach stoją również piękne majolikowe puszki przeznaczone do ozdoby aptecznego wnętrza. Jest sprzęt laboratoryjny, kolekcja moździerzy, destylarki, perkolatory, prasy, tabletkarki, zbiór starych opakowań aptecznych oraz apteczne archiwalia, bogaty księgozbiór fachowy i kilka starodruków. Muzeum utrzymywane jest przez Wielkopolską Izbę Farmaceutów. Podobno miasta nie stać na opłatę dzierżawy za lokal.

Przychodzi kobieta do aptekarza i mówi:
– Poproszę trutkę.
– A po co?
– Chcę otruć męża!
– Nawet jeśli panią zdradza dla innej, nie mogę pozwolić żeby pani go otruła!
Wtedy kobieta pokazuje zdjęcie jej męża kochającego się z żoną aptekarza.
Wtedy aptekarz mówi:
– Nie wiedziałem, że ma pani receptę.