Ta historia – jak sam mówi – miłości do neonowych rurek trwa ponad 50 lat! Piotr Heinze już w latach 60. i 70. ubiegłego wieku rozświetlał Poznań i robi to do dziś, choć już nie na tak dużą skalę. Jego firma Reklama Neony niedługo opuści jednak swoją kultową siedzibę przy ul. Głogowskiej 101 i przeprowadzi się do mniejszej. Czy poznaniacy zapomnieli już o neonach? 

Rozmawia: Michał Gradowski

Zdjęcia: Archiwum prywatne

 

Jak to się stało, że został Pan specjalistą od neonów?  

Od wczesnych lat szkoły podstawowej interesowałem się elektryką i nowoczesnymi technikami oświetlenia. Szybko wciągnęły mnie reklamy neonowe, chodząc do szkoły podpatrywałem, jak szklarze formowali rurki. Spodobało mi się, to chciałem robić. Po technikum energetycznym w 1967 roku stawiłem się więc w zakładzie wykonującym neony, który istniał od 1957 roku. Powiedziałem kierownictwu, że chcę tu pracować i tak też się stało. Później były różne koleje losu, różne stanowiska, aż zostałem właścicielem. Do 1992 roku była to firma państwowa, potem – do 2003 roku – spółka z o.o., a od 15 lat to już moja firma.

Neonów w przeszłości robiło się bardzo dużo. Boom na neony był w latach 60. i 70.  Poznań był wtedy bardzo rozświetlony, każda ulica, każdy sklep musiał mieć neon. Klienci czasem czekali na jego wykonanie nawet półtora roku. Najpierw powstawał projekt plastyczny, potem elektryczny i konstrukcyjny, potem wykonanie. Choć pracowników było dużo, nie byliśmy w stanie tego przerobić.

Rocznie wykonywaliśmy wtedy nawet 200-300 neonów. W naszym rejestrze wszystkich wykonanych do tej pory projektów jest już ponad dwa i pół tysiąca pozycji.  Teraz z tego bogactwa neonów zostały już resztki, wiele jest demontowanych i

trafia na złom, bo nikt się tym nie interesuje. Tylko czasem zdarza się, że stare neony, po wielu latach nieświecenia, odzyskują dawny blask. Tak było ze słynnym neonem Poznańskich Słowików, który po renowacji odsłonięto na nowo w 2007 roku. Także neonowych zegarów jest już w mieście coraz mniej.

Nowych neonów robimy teraz nieporównywalnie mniej – jeden z większych projektów powstał ostatnio dla Wyższej Szkoły Bankowej na ul. Ratajczaka, naprzeciwko Starego Browaru. Większość zamówień to obecnie mniejsze neony, sporo do wnętrz, także tych prywatnych. Jedno z dziwniejszych zamówień to na przykład neon z napisem „nygusy” – ojciec dwóm synom do pokoju zamówił. Robimy też ozdobne lampki z rurki neonowej, wykonywaliśmy również neonowe nagrody na podstawce dla festiwalu Malta – na każdej z nich była jedna litera. Wszystkie składały się w napis – nazwę festiwalu.

Ile czasu zajmuje zrobienie takiego małego neonu?

Dwa-trzy dni pracy dla szklarza, neon kilka dni musi się wyżarzyć u nas, czyli po mniej więcej dwóch tygodniach jest gotowy. Ale to ciągle ręczna rzemieślnicza praca, nie da się tego zrobić w fabryce, jak żarówki czy świetlówki, formujemy na życzenie klientów dowolne kształty i napisy. Zrobiliśmy na przykład gitarę – podświetlany kaseton od wewnątrz, na zewnątrz rurka neonowa – dla sklepu muzycznego czy napis „lilie wyrastają z mojej głowy” – artystka napisała po angielsku taki tekst i chciała z tego zrobić neon, który byłby odwzorowaniem jej charakteru pisma.

Pamięta Pan swój pierwszy neon?

Neonów było tak wiele, że trudno przypomnieć sobie pierwszy. Najbardziej w pamięci zostają te największe, najbardziej okazałe, najbardziej zajmujące.

Dlatego gdybym miał wybrać jeden, wskazałbym na ten zamontowany na nieistniejącej już Adrii w drugiej połowie lat 70. minionego wieku. Instalacja, a konkretnie wielka litera A, była tak duża, że trzeba było dobudować kolejne piętro, żeby neon nie wystawał nienaturalnie ponad budynek. Tego dodatkowego piętra tak naprawdę jednak tam nie było, tylko fasadę podniesiono i założono ciemne szyby, a za nią był tylko dach.

Inne duże neony montowaliśmy na Hotelu Polonez czy Hotelu Poznań. Wtedy myślało się o neonach już na etapie projektu, bo nie tak łatwo tak dużą konstrukcję umieścić na jedenastym czy dwunastym piętrze. Wielka płyta stała na dźwigu na ziemi, a my montowaliśmy neon. Teraz najczęściej budynek już stoi, wtedy dopiero jest pomysł na neon i trzeba ściągać specjalne podnośniki.

Piękne rurki neonowe biegły kiedyś po gzymsie Okrąglaka, na placu Wolności była neonowa palma z animowanymi kokosami, neony świeciły na ratajskich osiedlach – tylko nieliczne przetrwały do dzisiaj, ciekawe projekty robiliśmy dla sklepów, kawiarni i restauracji. Największe neony były ogromnych rozmiarów, jedna litera na neonie z napisem WBK miała 3 metry wysokości i 8 metrów szerokości.

Czy neony to ciągle Pana pasja, czy już tylko praca? Jak ocenia Pan współczesne reklamy?

Gdyby to nie była dla mnie pasja, pewnie dawno już bym tego nie robił, a ja ciągle się tym param. Choć za długo już pracuję. Mój syn przejmuje pałeczkę. Jeśli chodzi o reklamy – dzisiaj w mieście nie ma czego oglądać. Tylko szpetne plansze i szyldy. Miasto też nie interesuje się reklamami, o neonach nie wspominając.

Poznaniak z dziada pradziada?

Oczywiście. Urodziłem się na ulicy Roboczej, mieszkam na Rolnej. Posiadam stare mapy Poznania, badam historię poszczególnych ulic. Studiowanie historii Poznania to moje hobby.