Ma ponad sto lat i jest jednym z najstarszych budynków Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, a zarazem symbolem akademickiego Poznania. Pełno tu rozmaitych przejść na korytarzach, tajemniczych miejsc i elementów sztuki. Rytm i klimat nadają w nim przede wszystkim studenci. By to poczuć, wystarczy wejść do środka.

Tekst: Krzysztof Grządzielski

Zdjęcia: Krzysztof Grządzielski / fotopolska.eu

W tym roku mija dziesięć lat, od kiedy do Collegium Maius wprowadzili się studenci i pracownicy Wydziału Filologii Polskiej i Klasycznej UAM. Wcześniej budynek zajmowali geografowie, geolodzy oraz biolodzy, którzy przenieśli się na Morasko. Podobnie jak poprzednicy, filolodzy dzielą go z Uniwersytetem Medycznym. Zadomowili się tu już na dobre. Pierwotnie jednak budynek nigdy nie miał pełnić funkcji uczelni.

Różni lokatorzy

Historyczny gmach powstał na początku XX wieku i służył jako siedziba Komisji Kolonizacyjnej, której zadaniem było skupowanie polskich ziem i przekazywanie jej niemieckim osadnikom. Był częścią reprezentacyjnej dzielnicy zamkowej, której centrum stanowił Zamek Cesarski. Podczas powstania wielkopolskiego była tu Naczelna Rada Ludowa. Budynek, nazwany Collegium Medicum, stał się częścią Uniwersytetu Poznańskiego (obecnie UAM) w 1920 roku. Wtedy przekazano go na potrzeby Wydziału Lekarskiego.

Po powojennej odbudowie w 1958 roku, budynek zyskał aktualną nazwę. Umieszczono w nim wydziały UAM oraz wydzieloną, odrębną instytucję – Akademie Medyczną im. Karola Marcinkowskiego. Co ciekawe, obiekt przez lata nie był właściwie odnawiany. Dopiero w 2005 roku, po oczyszczeniu elewacji, gmach odzyskał wygląd jak sprzed stu lat. Szczególny urok zyskuje też dzięki nocnemu oświetleniu.

Ślady historii

Dostrzec je można już po kilku krokach od wejścia do środka. Trzypiętrowy hol ze ścianami wyłożonymi różnokolorowymi marmurami rzuca się w oczy. Odremontowany trzy lata temu zachwyca przepięknym, ozdobnym, szklanym dachem. Wówczas, w trakcie prac konserwatorskich, na łukach pod sklepieniem odsłonięto zamalowane wcześniej polichromie i obrazy olejne z 1905 roku. Jak tłumaczyły władze uczelni, o ich istnieniu wiadomo było ze starych zdjęć i dokumentów, a dzieła zamalowano, ponieważ pochodzą z okresu działalności Komisji Kolonizacyjnej.

W holu można odnaleźć też popiersie Karola Marcinkowskiego. – Czasem ludzie robią sobie z nim zdjęcia – mówi Paweł Binkowski. –To element pokazujący, że historia Collegium Maius to także historia Uniwersytetu Medycznego, choć studentów w kitlu już praktycznie się nie widuje – przyznaje. Obecnie przy ulicy Fredry 10 mieści się głownie rektorat i dziekanat tej uczelni. Podział gmachu na dwa uniwersytety łatwo rozpoznać. Medycy do pokoi i sal mają białe drzwi, podczas gdy reszta brązowe.

 

Nobliści

Wchodząc po majestatycznych schodach mijamy charakterystyczne witraże w oknach. Powstały w momencie wprowadzenia się filologów do budynku. Są na nich wizerunki polskich noblistów literackich: Sienkiewicza, Reymonta, Miłosza i Szymborskiej. – Mamy jeszcze dwa dodatkowe. Czasami nawet witamy się z tymi witrażami. One są takie nasze – śmieje się Paweł Binkowski. Oprócz noblistów swoje witraże mają Ignacy Krasicki oraz Jan Kochanowski. Dlaczego? Ten pierwszy był „naukową miłością” wieloletniego dziekana wydziału śp. prof. Józefa Tomasza Pokrzywniaka. Drugi, uhonorowany został w ten sposób, jako jeden z czołowych pierwszych renesansowych poetów, który tworzył po polsku. Dzieł sztuki na wydziale można znaleźć więcej. Trzeba tylko uważać, by się nie zgubić. – Przestrzeń jest tu ogromna, choć jest przy tym bardzo kameralnie, a każdy znajduje swoje ulubione miejsce – wyjaśnia Binkowski.

Zderzenie dwóch stylów

Neobarokową architekturę collegium można dostrzec nie tylko na zewnątrz, ale też w rozplanowaniu jego wnętrz. Plan budynku opiera się na prostokącie z dwoma dziedzińcami. Całość tworzy pięć skrzydeł. Bywa zaskakująco. – Na czwarte piętro nie dojdzie się głównymi schodami. Trzeba pójść bocznymi na klatce schodowej, a na dodatek ten poziom podzielony jest na pół. Nie można na raz przejść całości. Trzeba zejść i ominąć Salon Mickiewicza – tłumaczy Paweł Binkowski. Salon znajduje się tuż pod kopułą. To rzadko dostępne pomieszczenie, w którym odbywają się rady wydziału i konferencje. – Jest tam kopia pomnika Mickiewicza w wersji mini z placu Mickiewicza, a na ścianach wiszą gobeliny, na których są sceny z Pana Tadeusza. Z kolei na suficie można zobaczyć malowidła bizonów – opowiada student.

Inny styl panuje od 2009 roku na tyłach zabytkowego gmachu. Wtedy otwarto neomodernistyczny budynek wydziałowej biblioteki. W przejściu między nią a starszą częścią collegium udało się też urządzić profesjonalną salę prób teatralnych. Jest nawet i klub profesorski oraz pokój dla rodziców z dziećmi.

Klimat wyjątkowy

W budynku odnaleźć można liczne zakamarki, podziemne przejścia, zaułek teatralny czy pasaże Barańczaka, Komedy albo sale, których nazwy wzięły się od nazwisk wybitnych językoznawców. Klimat tworzą też ludzie. – Gdy na innych wydziałach studenci chodzą ze smartfonem, to w Maius biegają z książkami – zauważa Ewelina Makowska, absolwentka polonistyki. – Osobną przestrzenią jest Instytut Filologii Słowiańskiej, gdzie słychać np. serbskie pieśni – dodaje Paweł Binkowski wskazując, że wydział żyje inicjatywami studentów. Tu odbywają się czytania, pokazy filmowe, a w różnych przestrzeniach działają też po zajęciach teatrolodzy czy filmoznawcy. O wrażenie dotyczące budynku najlepiej ponoć pytać kandydatów na studia. – Jak przychodzą z dokumentami, to po wejściu na teren holu mają kilka minut zawahania i śmieją się, że będą studiować w muzeum. Potem nie wyobrażają sobie, że można by gdzie indziej, a dla niektórych to miejsce staje się niemal drugim domem – wyjaśnia student. Potwierdza to pracujący od ponad dwudziestu lat w budynku Paweł Hasała. – Niemal wszyscy pracownicy, którzy przeprowadzili się na kampus na Morasku, zawsze mówią, że z żalem opuszczali Collegium Maius. Po prostu panuje tu dobry duch.