Multiinstrumentalista, kompozytor, a obecnie również producent i wydawca. W swoich utworach perfekcyjnie łączy industrialne dźwięki z wokalem i brzmieniem instrumentów muzycznych. Wojtek Grabek – zdobywca wyróżnienia w konkursie Miller Fresh Sound & Laif, którego debiutancki album 8 otrzymał nominację do nagrody Fryderyk 2012 w kategorii Album Roku Muzyka Klubowa i Elektroniczna. Artysta kreatywny, który potrafi swoją twórczością w wyjątkowy sposób zaskoczyć słuchacza i na długo zapaść w jego pamięć. Jak to robi?

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Lili Grabek, Dawid Słowiński

 

W Twojej twórczości jest zachowana nuta tajemniczości. Odbiorca nie jest w stanie przewidzieć, jakie dźwięki zaraz do niego dotrą. Lubisz muzycznie zaskakiwać?

Lubię. Nie wiem, na ile jest to jeszcze możliwe, ale staram się. Sprawia mi to frajdę, że siadając do pianina czy biorąc do ręki skrzypce, a potem przerzucając się na syntezator czy automat perkusyjny, nie mam pojęcia, jaki będzie efekt końcowy.

Co najbardziej Cię inspiruje podczas tworzenia?

Z tym jest bardzo różnie. Na przykład do napisania ostatniej płyty inspiracją był zeszyt nutowy podarowany mi przez żonę na czterdzieste urodziny oraz zdjęcie Ziemi i Księżyca widzianych spomiędzy pierścieni Saturna. Zdjęcie zrobione przez sondę Cassini.

W nietuzinkowy sposób łączysz brzmienie skrzypiec z alternatywną muzyką elektroniczną. Nie bałeś się tego połączenia? Skąd pomysł na taki duet?

Nigdy nie zastanawiałem się nad tym w kategoriach strachu. To był dla mnie naturalny wybór – skrzypce – czyli mój instrument od którego wszystko się zaczęło – oraz elektronika, która jest fascynująca.

Zamiłowanie do muzyki wyniosłeś z rodzinnego domu. Od najmłodszych lat zakładałeś, że będziesz muzykiem?

W ogóle. Do szkoły muzycznej zapisała mnie mama. Pewnie widziała mnie w roli muzyka, sama jest skrzypaczką, jednak od samego początku widać było, że jestem leniem – zdolnym, ale leniem.

Ale na samym początku chyba bardziej ciągnęło Cię w stronę akrobatyki…

To trochę inna historia. Akrobatyka przyszła po skrzypcach – dość przypadkowo. Gdy miałem piętnaście lat rodzice wysłali mnie do szkoły w Danii. To była typowa „ungdomsskole” z internatem, w której stawiało się ogromny nacisk na kulturę fizyczną, w tym na gimnastykę sportową. Ale zmartwię Cię – mimo siedemnastu godzin WF tygodniowo przez cały rok, nigdy nie stałem się akrobatą.

Twoja córka Lili ma obecnie dwanaście lat. Czy też podchwyciła bakcyla muzycznego?

Nie, próbowaliśmy ze skrzypcami, ale Lili jest zbyt niecierpliwa, więc nie było sensu na siłę zmuszać dziecka do gry na instrumencie, który jej ewidentnie nie pasował. Przebąkiwała coś, że chciałaby grać na gitarze, ale myślę, że to było chwilowe zauroczenie. Lili bardziej od muzyki ciągnie w stronę nowych mediów – żyje światem YouTube’a, Instagrama, Snapchata, ma własny kanał, sama nagrywa i montuje filmy. Wspieramy ją w tym.

Cofnijmy się do roku 2009. Wydanie pierwszej solowej płyty, występ na Openerze. Jak wspominasz tamten czas?

To było istne wariactwo. Sam wydałem EP mono3some, wypaliłem sto egzemplarzy płyty, wysłałem materiał do dziennikarzy i zaczęło się. Nie przypuszczałem, że odzew będzie tak pozytywny, szczególnie że wszystko robiłem sam, nie miałem poparcia żadnej wytwórni, nie znałem nikogo w branży, a na rynku muzycznym nie znałem się w ogóle, więc tak na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, do kogo pisać, komu wysyłać, z kim rozmawiać. I całkiem możliwe, że to była moja mocna strona – bycie znikąd. Do momentu wydania debiutanckiego LP 8 miałem już za sobą naprawdę sporo występów również na scenach Open’er Festival, Free Form Festival, Slot Art Festival czy słowackiego Download.

Rozdawałeś swoje płyty za darmo, a utwory były dostępne w Internecie bezpłatnie. Nie bałeś się tego, że przez to możesz po prostu za jakiś czas nie mieć funduszy na dalsze tworzenie?

Faktycznie na samym początku mojej muzycznej drogi rozdawałem swoje płyty za darmo, wysyłałem fanom linki do pobrania utworów za free, ale nie traktowałem tego jako straty. To był wtedy,i pewnie nadal jest, dość powszechny zabieg ze strony nowych artystów. Potem, gdy związałem się z wytwórnią Polskiego Radia, a następnie przy okazji drugiej płyty z Kayaxem, to była już zupełnie inna bajka

W grudniu zeszłego roku miałem przyjemność uczestniczyć w Twoim koncercie w Brodziak Gallery. Jednoosobowy zespół Grabka tworzy niepowtarzalny klimat. Daleko Ci od komercji…

Tak. Tworzenie wyłącznie z myślą o osiągnięciu zysku byłoby bez sensu, bo musiałbym cały czas zastanawiać się, co się w tej chwili ludziom podoba, czego się teraz słucha i albo bym zwariował, albo musiałbym zlecić komuś napisanie muzyki. Natomiast skłamałbym mówiąc, że nie zależy mi na tym, czy ktoś moją muzykę „kupi”, czy to się spodoba. Oczywiście, że mi zależy, ale wolę żeby „kupienie” mojej muzyki było naturalne, a nie było efektem kalkulacji.

Zarówno muzyka, jak i wizualizacje, które wtedy mieliśmy okazję oglądać budowały całą atmosferę. Sam kreujesz swoje występy?

Tak. (uśmiech)

W marcu pojawi się Twoja kolejna płyta. Jak byś ją nam opisał? Czym zaskoczy nas Wojciech Grabek tym razem?

Wracam po sześciu latach przerwy. Day One to najbardziej dojrzała i osobista płyta, jaką w życiu nagrałem. To opowieść – praktycznie bez słów – o bardzo konkretnie umiejscowionych w czasie narodzinach. Opowieść o początkach nowego – bolesnych, pięknych, czasami trywialnych, czasem chaotycznych. Poza tym to bardzo „obrazowa”, wręcz filmowa muzyka. Trzeba posłuchać, bo bardzo ciężko jest mi to zdefiniować. Już 9 marca płyta będzie dostępna w czołowych serwisach streamingowych oraz na www.wojtekgrabek.pl lub www.090318.pl

Kiedy będziemy mogli posłuchać Cię w Poznaniu?

Jeszcze nie wiem. Nie planuję żadnej trasy, występów. Bardzo chciałbym zorganizować koncert premierowy w mojej ukochanej poznańskiej Meskalinie – rozmawiamy na ten temat z promotorem i prawdopodobnie pod koniec kwietnia lub na początku maja uda się to spiąć. Nie chcę robić niczego w pośpiechu – po pierwsze dlatego, że materiał jest piekielnie trudny do zagrania na żywo przez jedną osobę, po drugie – mam w głowie specyficzną scenografię i formę koncertu, która też nie jest łatwa do ogarnięcia więc – pożyjemy, zobaczymy.